Szła do swej pacjentki, gdy nagle na ulicy spadł na nią samobójca. Przez wypadek stała się niepełnosprawna. Odnalezienie się w nowej rzeczywistości było trudne, ale nie poddała się i dziś walczy o tytuł miss na wózku.

Są rzeczy, które trudno sobie wyobrazić. Historia Beaty Jałochy to jednak coś więcej. Przypadek, który w Polsce jeszcze się nie zdarzył.

Tragiczny skok

Był 18 maja 2013 roku, słoneczna sobota. Pani Beata przechodziła obok budynku przy ul. Grójeckiej 101 na warszawskiej Ochocie. Z zawodu jest fizjoterapeutką, akurat szła do pacjentki na rehabilitację. Nagle z siódmego piętra budynku runął na nią mężczyzna. 22-letni Marek M. odebrał sobie życie, a Beacie zdrowie. Wtedy o jej wypadku usłyszała cała Polska.

- Mam całkowicie przerwany rdzeń kręgowy i poruszam się na wózku. Mój umysł tak naprawdę wyparł z pamięci pierwszą dobę po wypadku, głównie przez niesamowity ból - mówi.

Chociaż miała ogromną ilość urazów, to mimo wielkiego cierpienia, pamiętała o swoich pacjentach. Już dzień po zdarzeniu zadzwoniła do wszystkich powiedzieć, że tym razem nie pojawi się na rehabilitacji.

Wypadek całkowicie odmienił jej życie. Wsparcie bliskich pomagało odnaleźć się w nowej rzeczywistości, ale nie potrafiło rozwiązać wszystkich kłopotów.

- Wszystko dookoła mogło być w porządku, ale na koniec dnia człowiek i tak zostawał z problemem sam - przyznaje.

Niegdyś aktywna kobieta - oprócz fizjoterapii była instruktorką fitness - musiała zmierzyć się z tym, że ciało nie jest już tak sprawne, inaczej reaguje i wygląda. Nagle z fizjoterapeuty, który pomagał innym, stała się pacjentką. - Przejście na drugą stronę było niezwykle trudne - wyznaje. Nie zawsze trafiała na specjalistów, którzy wiedzieli, jak poradzić sobie z jej urazem. Mimo to bardzo szybko zmobilizowała się jednak, żeby „wyjść do ludzi”.

- Miałam świadomość, że muszę przepracować każdą płaszczyznę życia - opowiada. - Wiedziałam, że ktoś może mi podpowiedzieć, jak coś zrobić, ale tak naprawdę sama musiałam sobie poradzić z wyzwaniami.

Nie chodziło jedynie o korzystanie z wózka czy jeżdżenie autem. Droga, jaką przeszła, była jak poznawanie świata przez dziecko.

Samodzielny lot

Rocznicę wypadku postanowiła spędzić wyjątkowo. Chciała znaleźć coś, co sprawi, że tego dnia nie będzie myślała o tamtym zdarzeniu. Zamiast siedzieć w domu i rozmyślać, wsiadła do samolotu, a potem wyskoczyła z niego ze spadochronem (z instruktorem).

Wszystko dookoła mogło być w porządku, ale na koniec dnia człowiek i tak zostawał z problemem sam - przyznaje.

To był tylko jeden z pomysłów na korzystanie z życia. Nie tak dawno Beata zaczęła szkolenie na pilota szybowca. - Jestem w połowie drogi, mam już za sobą pierwszy samodzielny lot - podkreśla.

W 2015 roku postanowiła spróbować kolejnego wyzwania. Wystartowała w konkursie Miss Polski na wózku.

- Wtedy jeszcze nie byłam w pełni samodzielna. Chodziło o to, aby wyjść do ludzi. Znaleźć pretekst, żeby pierwszy raz założyć sukienkę - wspomina i dodaje, że dla osoby na wózku zadbanie o siebie jest trudnym zadaniem.

Zajęła drugie miejsce. Tamto doświadczenie okazało się na tyle pozytywne, że teraz znów próbuje swoich sił w konkursie piękności - Miss Wheelchair 2017, czyli wyborach Miss Świata na Wózku.

- Wtedy trudność sprawiało mi nawet pokonanie skrzyżowania, konkurs był na drugim planie. Teraz mogę już więcej, chcę się skupić na rywalizacji, czerpać z niej radość i powiedzieć o kilku ważnych rzeczach o niepełnosprawności - dodaje.

Z dziewięcioma innymi kandydatkami walczy o możliwość reprezentowania Polski w międzynarodowym finale konkursu - u boku aktualnej Miss Polski na wózku. O tym, która pojedzie, zadecyduje głosowanie SMS-owe i w internecie. Jak na razie Beata wyprzedza konkurencję. Głosowanie kończy się 18 sierpnia. O szczegółach można się dowiedzieć na stronie: www.jedyna-taka.pl

Popularna osoba

Wypadek zmienił nie tylko ciało Beaty; sprawił, że przestała być osobą anonimową. Już kilka dni po zdarzeniu znani ludzie zaczęły zachęcać swoich fanów, aby wpłacali pieniądze na konto fundacji, która wspierała jej rehabilitację. Wśród nich była Ewa Chodakowska, popularna trenerka fitness.

- Nigdy nie chciałam być osobą publiczną, ale ci, którzy mi pomagali, postanowili nagłośnić wypadek, by mnie ratować. Zgadzałam się na wywiady i nagrania, bo czułam się wobec nich dłużna - mówi Beata.

Chwilami nie potrafiła jednak poradzić sobie z zainteresowaniem mediów i dużą liczbą wiadomości, które dostawała od nieznajomych osób.

- Chciałabym, żeby media nie widziały we mnie jedynie ofiary samobójcy. Czuję jednak, że muszę mówić o tym, co się stało - wyznaje.

Jak podkreśla, pragnie przede wszystkim wykorzystać swoją historię do tego, by mówić o potrzebie integracji świata niepełnosprawnych i pełnosprawnych.

Jej strona na Facebooku ma już prawie 50 tysięcy fanów. Dzieli się tam swoimi przygodami i problemami, z którymi musi sobie radzić. Nieznajomi okazują jej mnóstwo wsparcia, a czasem opowiadają własne historie.

- Cieszy mnie, gdy ktoś pisze, że pomogła mu nasza krótka rozmowa. Sama o życiu najwięcej dowiedziałam się od osób, które wiele straciły, od swoich pacjentów - mówi Beata.