Historia życia Andy Rottenberg mogłaby dostarczyć materiału na kilka książek. Urodziła się na Syberii, jej ojciec przegrał rodzinny dom w karty, a w czasie studiów grywała w brydża z Januszem Korwinem-Mikke. Jest nazywana matką polskiej sztuki. Wzbudza skrajne emocje – albo się ją kocha, albo nienawidzi.

Charakterystyczna postać. Choć drobna, bardzo wyrazista. Zazwyczaj ubrana na czarno, z ustami mocno podkreślonymi czerwoną szminką. Okulary w rogowej oprawce, krótkie, siwe włosy w artystycznym nieładzie, w dłoni papieros.

Norma jest nudna

Choć jest już na emeryturze, nadal trzęsie polskim światem sztuki. Charyzmatyczna kuratorka głośnych wystaw w kraju i za granicą. Dzięki niej sztuka współczesna zaczęła przyciągać tłumy. Nie bała się projektów kontrowersyjnych, trudnych, wywołujących skandale.

Zaczynała od oprowadzania wycieczek po warszawskiej Zachęcie, potem została jej dyrektorem. Historyk sztuki, krytyk, od wielu lat jedna z najbardziej uznanych kuratorek w Polsce. Przyznaje, że zawsze interesowały ją rzeczy, które przekraczały normę, bo norma ją nudzi. Dlatego organizowane przez nią wystawy nikogo nie pozostawiają obojętnym. Być może to właśnie dzięki niej do głosu doszło wiele innych kobiet w sztuce.

Zawsze czułam się inna

Anda Rottenberg została poczęta w radzieckim łagrze, na belach materiału w szwalni, w której pracowali jej rodzice: Rosjanka Lida Biełogłazowa i polski Żyd Wolf Rottenberg. Na świat przyszła 23 kwietnia 1944 roku w Nowosybirsku. Zaraz po wojnie całej rodzinie udało się dotrzeć do Polski. Zamieszkali w Nowym Sączu, z którego pochodził ojciec Andy.

Od początku byłam dzieckiem dwujęzycznym - z ojcem mówiłam po polsku, z matką po rosyjsku. Mama przekazywała mi też wiadomości o literaturze, obyczajach, kulturze. A ojciec nie czuł się za bardzo Żydem, nie chodził do synagogi.

Mała Anda zawsze czuła się inna. Chciała mieć na imię Kasia lub Marysia i polskie nazwisko. Dzieci nie lubią odmienności, więc musiała walczyć o swoją pozycję wśród rówieśników. Ojciec uważał, że musi być odważna i skuteczna, więc nauczył ją boksu. Biła się „do trzynastego roku życia, dopóki nie urósł jej biust”.

Lida Biełogłazowa nie czuła się dobrze w Nowym Sączu, więc namówiona przez poznaną Rosjankę, postanowiła przenieść się do Legnicy. Tam Anda rozpoczęła naukę w szkole podstawowej.

Nastoletnia buntowniczka

Rodzice się nie dogadywali, ojciec miał problem z alkoholem i przegrał majątek w karty. Utrzymanie domu spadło na matkę. Kłótnie w domu sprawiły, że Anda zaczęła się buntować.

Początkowo wzorowa uczennica i grzeczna dziewczynka z warkoczami, zaczęła obrywać dwóje, wagarować, palić papierosy i przesiadywać w kawiarniach. Choć dostała się do elitarnego ogólniaka, została z niego usunięta dyscyplinarnie za palenie i picie. Uciekała z domu.

„Do pewnego wieku byłam córeczką tylko tatusia, mniej więcej do dwunastego roku życia. I wszystko diabli wzięli w okresie dojrzewania. Wtedy on się na mnie obrażał i nie odzywał się do mnie całymi miesiącami. Przed maturą nasze życia toczyły się osobno. Z mamą rozmawiał, zresztą przede wszystkim ciągle się kłócili, mama też na mnie krzyczała.”

W wieku 17 lat zaczęła pracować, robiąc remanenty i sprzedając ciastka w cukierni. Zniechęceni rodzice zagrozili, że będą musieli wydać ją za mąż. Tak ją to przeraziło, że szybko zdała wieczorowo maturę, aby móc wyjechać na studia.

Bardzo chciałam z tego miasta wyjechać. W Legnicy nie widziałam światełka w tunelu – tu można było co najwyżej wyjść za mąż, czym rodzice ustawicznie mi grozili, albo pójść do pracy biurowej.

Przerażało ją życie w małym mieście, gdzie wszystko było przewidywalne: trzy restauracje, dom kultury, lokalne pisemko. W perspektywie miała zamążpójście i pracę w sklepie. Zarówno w w mieście, jak i w rodzinnym domu czuła się jak w więzieniu.

- Rodzice wyznawali zasadę, że z dzieckiem się nie dyskutuje. Dziecko ma zapracować na akceptację rodziców. Dobrze się uczyć, być posłuszne i nie zawracać głowy. Długo na tę akceptację pracowałam, potem się zbuntowałam. A jak się zbuntowałam, zerwałam wszelkie więzi. Dzieci nie traktowało się wtedy poważnie. Gdy podrosłam, mogłam umyć podłogę, ugotować obiad. Ale moje zdanie zaczęło się liczyć dopiero, kiedy wyjechałam.

Ucieczka na studia

Dostała się na wydział Historii Sztuki Uniwersytetu Warszawskiego. Mieszkała w akademiku na Kickiego, w którym częstym gościem bywał m.in. Janusz Korwin-Mikke, z którym Anda grywała w brydża. Na tańce chodziła do męskiego akademika. Były lata 60. królował twist i madison.

"Miałam dziewiętnaście lat, głównie myślałam o tym, w co się ubiorę, jak się umaluję i wyjdę na miasto, żeby zrobić wrażenie. To mnie interesowało w tamtym czasie, a ponieważ nie bardzo było się w co ubrać, uruchamiałam inwencję, żeby się czymś wyróżnić na ulicy. Nie ja jedna zresztą. Zdarzały się takie miesiące, że brałam stypendium, szłam na Chmielną i kupowałam sobie parę butów za 300 złotych, czyli za całość. No i później było raczej kiepsko z jedzeniem. (...) Wyglądałam chyba jak Doda Elektroda. Obcas, tapir, ciężki makijaż, szminka cyklamen, biustonosz bardotka. W związku z tym, jak na mnie patrzyli profesorowie, to co sobie myśleli? - Właśnie, co? - Że nie wiadomo, dlaczego się dostałam na historię sztuki, bo w głowie nic nie mam.”

Praca i macierzyństwo

W jej życiu pojawił się Waldemar Chołodowski, student polonistyki, organizujący w Hybrydach spotkania z pisarzami, późniejszy wybitny krytyk filmowy. Zamieszkali w suterenie na Żoliborzu, a Anda zaczęła pracować w Zachęcie. W 1971 roku urodził się ich syn Mateusz. Nie chcąc rezygnować z towarzyskiego życia, biegała między pracą, domem, wernisażami i spotkaniami ze znajomymi. Jej związek rozpadł się, zanim Mateusz skończył 3 lata.

W 1973 roku zaczęła pracę w Polskiej Akademii Nauk, w której zajmowała się badaniami nad sztuką nowoczesną i współtworzyła „Polskie Studia Artystyczne”. Próbowała związać koniec z końcem, robiąc szydełkowe sukienki, które sprzedawała koleżankom. Któregoś dnia wdarła się do gabinetu wiceministra kultury i krzyknęła, że muszą dać jej mieszkanie, bo ma dziecko. Dali. Gdy do swoich 30 metrów wstawiła polowe łóżko, była szczęśliwa.

Potem przyszedł trudny rok 1979. „Rok kompletnej beznadziei i braku perspektyw”.
- Rozstałam się z Tomkiem. Zaczęły się renegocjacje z ojcem Mateusza, bo dziecko powinno mieć ojca, więc może razem je wychowamy. Wokół szalał jakiś emocjonalny huragan. (...). Miałam wrażenie, że kosmos wiruje. W tym wszystkim Hanka akurat kończyła film o Mateuszu, a może tylko z nim w roli głównej, taką filmową przypowieść o życiu dzieci w grupie rówieśniczej. I któregoś dnia postanowiłyśmy, że zanotujemy tę naszą świadomość dojścia do ściany z waty i mgły. Nie można nawet było uderzyć głową o mur.

Tak powstał film „Bluszcz”, którego Anda była współscenarzystką. Film o pierwszym pokoleniu kobiet, dla których życiowym sukcesem nie było zamążpójście, a głównym celem nie było stworzenie rodziny.

Kobiety spełnione

„Miałyśmy swoją osobowość, zainteresowania, poglądy, ważne było to, co chcemy zrobić. Oczekiwałyśmy od mężczyzn czego innego, niż nasze mamy. (...) Ale model się nie zmienił, nadal był patriarchalny. Mężczyźni, którzy nas otaczali, nadal należeli do świata ukształtowanego przez tradycyjne wzorce. Wynieśli je ze swoich domów rodzinnych, przynajmniej, jeśli chodzi o ojca mojego dziecka. Żadne partnerstwo nie wchodziło w grę, jeśli była mowa o pieluszkach, praniu, zmywaniu, czy gotowaniu. (…) Sporo koleżanek z mojego roku nigdy nie wyszło za mąż. Nie miały dzieci. Nie dlatego, że się nie podobały, przeciwnie. To są wszystko bardzo inteligentne, bardzo utalentowane i piękne kobiety, które zajęły mocne zawodowe pozycje, na przykład Ewa Braun, wybitna scenografka, która zdobyła Oscara za dekoracje do Listy Schindlera, Malina Bardini, która przez lata pracowała w Teatrze Telewizji.

Sztuka współczesna

W połowie lat 80. powstała „Gruppa”, czyli „chłopcy Andy”. Składała się z sześciu młodych malarzy, którzy wylegiwali się pod platanem lub w salonie, pili wódkę, jedli konfitury i czasem w ferworze dyskusji łamali jakieś meble. Po latach krytycy stwierdzili, że „Gruppa” była najważniejszą formacją artystyczną dekady.

Anda poznała w Paryżu Ryszarda Egita, które chciał zainwestować w Polsce pieniądze. Wymyśliła więc szybko muzeum sztuki współczesnej. W tym celu założyła Fundację "Egit", która wyławiała ciekawych artystów.

W 1991 roku zaproponowano jej funkcję dyrektorki Departamentu Sztuki w Ministerstwie Kultury i Sztuki, kierowała także Galerią Mazowiecka w Warszawie i Centrum Sztuki Współczesnej Sorosa. W 1993 roku dostała propozycję stanowiska dyrektorki „Zachęty”. Gdy je objęła, zarówno o niej samej, jak i o Narodowej Galerii Sztuki w Warszawie zrobiło się głośno.

„Chciałam skoczyć z balkonu”

W tym samym roku umarła tragicznie mama Andy. Została zasztyletowana we własnym domu. Ponieważ od kilku lat pracowała, malując na zamówienie porcelanę, morderstwo miało najprawdopodobniej podłoże rabunkowe. Pojawiły się też problemy z Mateuszem, który chciał być artystą i malować jak chłopaki z Gruppy, ale szybko doszedł do wniosku, że świat sztuki jest sztuczny i postanowił „zmarnować swoje życie” i zostać zdeklarowanym narkomanem.

Anda wyrzucała sobie, że nie sprawdziła się jako matka, popełniła błąd, dając synowi za dużo wolności, której nie potrafił udźwignąć. Czuła się bezradna i sfrustrowana. Nie potrafiła pomóc synowi, uratować go.

- Rozmawiałam, prosiłam, krzyczałam. Płakałam. Kilka razy zawoziłam go na odwyk do szpitala, przekonywałam, żeby poszedł do Monaru. Ale nałóg to choroba, nie mogłam się za niego wyleczyć. Jemu samemu zabrakło na to siły, a społeczne czy rządowe programy opieki nad osobami uzależnionymi właściwie nie istniały.

Któregoś dnia Mateusz przyprowadził do domu swoją 17-letnią narzeczoną w ciąży. Potem zaginął. „To było najgorsze doświadczenie mojego życia. Przez dziesięć lat nie miałam z nim kontaktu. Byłam całkowicie bezradna. Przy mojej potrzebie działania przeżywałam męki. A mogłam tylko czekać na wiadomość od policji.”

W tamtym okresie codziennie myślałam, by skoczyć z balkonu i skończyć ze wszystkim, miałam głęboką depresję, ale nie mogłam rzucić na pół roku pracy w Zachęcie, aby pójść do szpitala na leczenie. Przecież wszyscy patrzyli na mnie i czekali na wsparcie.

W 2001 roku, po fali nieprzychylnych reakcji, jakie spadły na organizowane przez nią wystawy, zdecydowała się odejść z Zachęty.

Terapeutyczna autobiografia

W 2008 roku zakończyło się śledztwo w sprawie identyfikacji ciała jej syna. Okazało się, że zmarł 11 lat wcześniej wskutek pobicia, lecz dopiero po tylu latach zdołano ustalić tożsamość zamordowanego dekadę wcześniej mężczyzny. Anda zaczęła szukać jego grobu. Żeby poradzić sobie z bólem, stratą i traumą, postanowiła napisać książkę. To miała być swoista terapia. W efekcie „Proszę bardzo” stało się bardzo osobistą, pełną trudnych emocji autobiografią, będącą jednocześnie spowiedzią i poszukiwaniem swoich żydowskich i prawosławnych korzeni.

Wcześniej poszukiwania własnej tożsamości nie miały dla niej aż takiego znaczenia. Pomimo nazwiska nigdy nie czuła się Żydówką, choć niejednokrotnie spotykała się z przejawami antysemityzmu.

Jej ojciec nie był wierzący, uważał, że polska kultura jest dobra i nie ma powodu, by dziecku zawracać głowę czymś jeszcze, Andę babcia ochrzciła w cerkwi. Mama nauczyła ją, że ludzi się nie dzieli na narody, kulturę czy wiarę, tylko na dobrych i złych, uczciwych i nieuczciwych. Ona sama zawsze broniła się przed jakąkolwiek przynależnością, nie chciała być określona czy zaszufladkowana.


Ucieczka w pracę

Próbując poradzić sobie z dramatycznymi wydarzeniami, które spotykały ją w życiu, uciekała w pracę.

Tata grał, mama nałogowo jadła. Mnie poszło w pracoholizm. Kiedy nie mam nic do zrobienia, czuję niepokój. Tak sobie organizuję życie, żeby zawsze mieć coś do załatwienia. Nie umiem odpocząć.

Pisała eseje i felietony, publikowała m.in. w „Kulturze” i „Polityce” oraz zagranicznych wydawnictwach poświęconych sztuce. Była członkinią i szefem polskiej sekcji Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Sztuki. Przygotowała wystawy indywidualnych polskich i zagranicznych artystów.
Wielokrotnie obejmowała funkcję kustosza polskiego pawilonu na międzynarodowych wystawach, m.in. na biennale w Wenecji, Stambule i São Paulo.

Do 2007 roku była przewodniczącą rady programowej Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Otrzymała wiele odznaczeń, w tym, m.in. jako pierwsza kobieta została uhonorowana nagrodą im. prof. Aleksandra Gieysztora za wybitne osiągnięcia na polu działalności badawczej, wystawienniczej, społecznej i organizacyjnej, dotyczącej sztuki polskiej i światowej ostatnich dekad XX wieku.


Wojowniczka

Sama o sobie mówiła, że nie jest bohaterką, ale nie jest też ofiarą. Chyba najwięcej jest w niej z wojownika. Nigdy nie umiała udawać słabej ani bezradnej. W związkach brakowało jej cierpliwości i bała się przewidywalności.

Teraz wiem, że biegu życia nie da się przewidzieć, ale kiedyś paraliżowała mnie myśl, że „już zawsze tak będzie”, cokolwiek miało to być. Chyba dlatego zmieniałam pracę, mężczyzn, mieszkania, uciekałam od powtarzalności, rutyny. Dlatego ciągle wchodzę na inne pola zawodowe. Nawet zajęcia ze studentami każdego roku staram się prowadzić inaczej. Są ludzie, którzy uważają, że każdy dzień jest taki sam. I są tacy, którzy twierdzą, że każdy jest inny. Ja wolałabym, żeby każdy dzień był inny.

źródło: "Proszę bardzo", Elle, Styl, Dziennik, Gazeta.pl, Krytyka Polityczna, Mówią wieki, Midrasz

Czytaj także: