Wszystkie partie obiecują podwyżkę płacy minimalnej. To jedyny konkret przedwyborczy.

Ze składanych przez polityków deklaracji można by wnioskować, że po wyborach będziemy więcej zarabiać i płacić mniej danin publicznych, niezależnie kto wygra. Sobotnie konwencje wyborcze sypnęły obietnicami zmian dotyczących m.in. wynagrodzeń, podatków i składek ZUS. Premier Ewa Kopacz zapowiedziała wprowadzenie jednolitej stawki PIT 10 proc., likwidację składek ZUS i na ubezpieczenie zdrowotne pobieranych od wynagrodzenia i podniesienie płacy minimalnej. Beata Szydło w imieniu PiS zadeklarowała podniesienie płacy minimalnej i obniżenie dla małych firm stawki CIT do 15 proc.

W komentarzach ekspertów wyraźnie oddzielny jest sens poszczególnych rozwiązań od szans na ich realizację, które uznawane są za mało realne.

Zapowiadane reformy dotyczące wynagrodzeń autorstwa Platformy Obywatelskiej przypominają socjotechnikę powszechnie stosowaną przez rządzących w czasach PRL: jak nie może być lepiej, niech będzie przynajmniej inaczej. Warto pamiętać, że przed tzw. reformą emerytalną pracownika nie interesowały składki na ZUS ani ubezpieczenie zdrowotne; była to wyłącznie domena pracodawcy. A więc było dokładnie tak jak teraz proponuje aktualnie rządząca formacja.

Reformę wprowadzono, a w konsekwencji ubruttowiono wynagrodzenia o składki ZUS, po to, by każdy obywatel objęty obowiązkowym ubezpieczeniem społecznym byłświadom ile i jak "odkłada" na własną emeryturę. Taki miał być sens tej reformy. Jak wiadomo, idea ta ostatecznie padła gdy arbitralną decyzją rządzących aktywa Otwartych Funduszy Emerytalnych (OFE) zostały przekazane do ZUS.

Drugim celem reformy emerytalnej miało być doprowadzenie do likwidacji dofinansowywania emerytur z budżetu państwa. Wiadomo, że w obecnej sytuacji ekonomiczno-demograficznej ten cel także jest nie do zrealizowania w perspektywie co najmniej kilkunastu lat. W tej sytuacji faktycznie, bez bólu i żalu można wrócić do sytuacji, w której składki na ubezpieczenia społeczne znów są wyłącznie domeną pracodawców.

Nie inaczej jest ze składką na obowiązkowe ubezpieczenie zdrowotne; wynosi ona 9 proc. wynagrodzenia, z czego 7,75 proc. automatycznie pomniejsza podatek. Wynagrodzenie pracownika jest więc praktycznie obciążane o 1,25 proc. Ponieważ zmiany dotyczące składek ZUS miałyby być związane z jednoczesnymi zmianami w sposobie płacenia pracowniczego PIT, ten 1,25-proc. "ubytek" łatwo wkomponować w nowe zasady opodatkowania. Tak, by system był uproszczony, a efekt finansowy dla pracownika był żaden. "Składka na NFZ jest absurdalna. Tysiące księgowych wyliczają ją w ramach płaconego podatku dochodowego po to tylko, aby później wszystkie te pieniądze trafiły w jedno miejsce, z którego hurtowo finansowane są wydatki na podtrzymanie rządowej służby zdrowia. Zatem personalizacja tego podatku o nazwie składki nie ma najmniejszego sensu, bo każdy niezależnie ile zapłacił ma ten sam dostęp (a w zasadzie jego brak) do służby zdrowia. Propozycje przedstawione przez partię rządzącą to likwidacja tylko skrajnych absurdów" - powiedział portalowi money.pl Andrzej Sadowski, prezes Centrum im. Adama Smitha. I zwrócił uwagę, że taki system działa już w odniesieniu do sędziów i służb mundurowych. "Nie ma w nim składek, a emerytury finansowane są z budżetu, do którego wpływają różne podatki. Jeśli to jest dobre co do zasady dla polskiego sędziego, to jest też dobre dla każdego Jana Kowalskiego" - powiedział Sadowski.

Jak w niedzielę uściślił minister finansów Mateusz Szczurek, jednolita stawka PIT 10 proc. w rzeczywistości miałaby wynosić od 10 do 39,5 proc.

Bez dokładnego projektu trudno oczywiście jednoznacznie przesądzić, na ile korzystne jest to rozwiązanie dla pracowników. Ale i bez tego widać, że na pewno nie skorzystaliby na niej - a może nawet i wręcz straciliby - średnio zarabiający. Od kilku lat bowiem 94-97 proc. płacących PIT nie przekracza 18-proc. stawki podatku; reszta zaś płaci 32 proc. i to tylko od części dochodów.

Znów więc - inaczej, ale niekoniecznie lepiej. Na dodatek taka rozpiętość stawek podatkowych sugeruje bardziej skomplikowany niż obecnie system jego poboru. Minister Szczurek zresztą to potwierdził, wskazując, że zmiany wymagają zmiany systemów informatycznych oraz przygotowania się do nich samych podatników. Najpewniej mogłyby wejść w życie dopiero od 2018 r. I to pod warunkiem, że do tego czasu rząd znajdzie na to 10 mld zł - z rosnącego PKB lub konsumpcji, a więc tak czy owak - dodatkowych wpływów z podatków dochodowych i VAT.

Ze wszystkich obietnic najbardziej realne wydaje się podniesienie płacy minimalnej do godzinowej kwoty 12 zł brutto, ponieważ podobną deklarację złożyła i Ewa Kopacz w imieniu rządzącej partii, i Beata Szydło, w imieniu ugrupowania, które aspiruje do przejęcia władzy. W ujęciu miesięcznym dawałoby to kwotę 2 100-2 200 zł. Obecnie płaca minimalna wynosi 1 750 zł, a według wcześniejszych deklaracji rządu ma od stycznia 2016 r., wzrosnąć do 1 850 zł.