Wizerunek w ruinie, czyli jak sami sobie szkodzimy

    Wizerunek w ruinie, czyli jak sami sobie szkodzimy

    Arkadiusz Bińczyk, ekspert medialny / H&M

    Polska

    Polska

    O wizerunku Polski na świecie w tym roku dyskutujemy wyjątkowo intensywnie – oczywiście za sprawą kontrowersyjnej nowelizacji ustawy o IPN. Dobrze, że mówi się o tym, jak skutecznie walczyć z fake newsami, godzącymi w reputację kraju. Gorzej, że mniej myśli się o tym, jak skutecznie takich fake newsów samemu nie tworzyć. A na podglebiu populizmu rosną one szczególnie obficie. Sprawa sztucznie wykreowanej burzy wokół Fundacji Książąt Czartoryskich to dobry przykład tego, jak sami sobie szkodzimy. W imię populizmu, zawiści i politycznych kalkulacji.
    Wizerunek w ruinie, czyli jak sami sobie szkodzimy
    Sprawę kupna przez państwo – za ułamek rzeczywistej wartości – bezcennej kolekcji Czartoryskich usiłowano przedstawić jako aferę już w grudniu 2016 roku, kiedy transakcja doszła do skutku. Przypomnę: Czartoryscy, będący prawowitymi właścicielami wartej wiele miliardów euro kolekcji muzealnej i bibliotecznej, zdecydowali się sprzedać zbiory Polsce. Za kwotę, która robi wrażenie – 500 milionów złotych – ale która stanowi, wedle ekspertów od 3 do 5 procent rzeczywistej wartości zbiorów. Gdyby doliczyć do tego nieruchomości, przekazane bezpłatnie, ten procent byłby jeszcze mniejszy. Nawiasem mówiąc, na tle nierozwiązanych przez trzydzieści lat spraw zwrotu zagrabionego przez komunistów mienia, kupno krakowskich zbiorów stanowi chlubny wyjątek.


    Pieniądze nie trafiły na prywatne konta, ale na konto Fundacji Czartoryskich. Działalność fundacji ściśle reguluje prawo i każdy, kto orientuje się w działalności tego rodzaju instytucji, wie doskonale, że majątku fundacyjnego nie można ot, tak, przelewać sobie na prywatne konta. Każda transakcja jest pod lupą, musi mieć uzasadnienie. Mimo tego rozpętała się burza. Część komentatorów i polityków (także tych, deklarujących przywiązanie do wolnego rynku) bez mrugnięcia okiem twierdziła, że mamy do czynienia ze skandalem, bo… państwo mogło po prostu bezprawnie położyć rękę na zbiorach, a Czartoryskim pokazać figę z makiem. Na zasadzie: i co nam zrobicie? Abstrahując od etycznej strony takiego podejścia – są jeszcze sądy i w Polsce, i w Europie…

    Burza wybuchła na nowo ponad miesiąc temu, w związku z faktem przelania części środków Fundacji na konto nowopowołanej fundacji zarejestrowanej w Liechtensteinie. Podkreślę: nie na prywatne konto, a na rachunek fundacji, która nadal będzie wspierać projekty związane z polską kulturą. I dokładnie od tego czasu przeżywamy podróż w czasie, a mianowicie do lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Przesada? A do czego przyrównać fakt, że na łamach liberalnego dziennika i na konserwatywnym portalu z całą powagą pisze się, że arystokraci za PRL mieli nieźle, że od czasów Katarzyny II to podejrzane towarzystwo zdradzało Polskę, a teraz ją okrada…? Nawet ci, którzy nie sięgają do języka klasowej nienawiści, odbierają Fundacji prawo do zgodnego z przepisami dysponowania swoim majątkiem. Tak, jakby jej środki były własnością państwową. Jakby chodziło, dajmy na to, o budżet ministerstwa.

    A gdzie tu aspekt wizerunkowy? Otóż mamy do czynienia z paradoksem. Ci, którzy krzyczą, że obecna władza rujnuje wizerunek Polski na świecie, krytykują tę władzę za to, że uczciwie potraktowała właścicieli kolekcji. Że nie ukradła, a kupiła, i to na niezwykle korzystnych warunkach. Jeżeli za granicą śledzą spór wokół nieistniejącej afery (a śledzą), to do jakich wniosków dochodzą? Że w Polsce nie ma zgody co do podstawowej kwestii: iż prawo własności, jeden z fundamentów demokracji, powinno być bezwzględnie respektowane. Nie jest to dobry sygnał ani dla biznesu, ani dla zagranicznych partnerów. Przypomnę, że na to wszystko nakłada się tykająca bomba, czyli niezałatwiona przez trzy dekady sprawa reprywatyzacji.

    Nie jest to czcze zagrożenie. Przypomnę, że brak uregulowanych kwestii zwrotów mienia zabranego przez komunistów kładzie się cieniem na relacjach Polski z USA. A gdzie jak gdzie, lecz w Ameryce do poszanowania własności podchodzi się śmiertelnie poważnie. Bezkompromisowo. Co ma myśleć kongresmen, który słyszy, że w Polsce krytykuje się fakt, że państwo zawarło z prawowitym właścicielem umowę kupna sprzedaży, a nie ordynarnie zabrało jego własność? Tam, gdzie mamy do czynienia z fatalną praktyką, nie pomoże żadna ustawa ani żadna wizerunkowa kampania.

    POLECAMY:


    Czytaj treści premium w Polsce Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Nie przegap

    Wideo