piątek 03 września 2010 r. imieniny obchodzą: Izabela, Szymon, Joachim

Polska » Opinie » Forum Autorów » Artykuł

Szczyt klimatyczny w Kopenhadze wcale nie będzie końcem świata

Szczyt klimatyczny w Kopenhadze wcale nie będzie końcem świata

(© Andrzej Szozda/Polakspresse)

Polska

2009-11-20 22:55:32, aktualizacja: 2009-11-20 22:56:12

Czy warto umierać za Kopenhagę? Pytanie nie jest wcale tanim chwytem retorycznym _- od 6 listopada trwa strajk głodowy aktywistów ekologicznych. Będą trwać na posterunku do końca, to jest do ostatniego dnia szczytu klimatycznego ONZ COP-15. Desperacka akcja nie zmieni jednak biegu świata.

Rozpoczynający się 7 grudnia w Kopenhadze szczyt klimatyczny (doroczna Konferencja Stron Ramowej Konwencji ds. Zmian Klimatycznych Organizacji Narodów Zjednoczonych) nie przyniesie oczekiwanych skutków. Negocjacje nie zakończą się nowym porozumieniem międzynarodowym zawierającym twarde zobowiązania państw sygnatariuszy do ograniczenia redukcji emisji dwutlenku węgla w stopniu wystarczającym, by wzrost
temperatury atmosfery nie wzrósł ponad 2 stopnie w stosunku okresu przedprzemysłowego.

Mizernie także wyglądają szanse, by państwa rozwinięte zadeklarowały odpowiednio wysokie składki na rzecz Funduszu Adaptacyjnego. Powstał on po to, by pomagać krajom biedniejszym w przygotowaniu się do skutków zmian klimatycznych: powodzi, huraganów, suszy.

Złośliwi cynicy mawiają, że najwięcej do globalnego ocieplenia przyczyniają się same negocjacje: tysiące delegatów latających z miejsca na miejsce do klimatyzowanych sal konferencyjnych produkują więcej dwutlenku węgla, niż ograniczą efekty ich rozmów.

Złośliwi realiści, jak Dieter Helm, ekonomista z Oksfordu, zauważają, że póki co najbardziej do ograniczenia emisji gazów cieplarnianych przyczynił się kryzys gospodarczy. Trudno o lepszy wskaźnik niż cena CO2 na europejskiej giełdzie handlującej prawami do emisji tego gazu (kto w Unii Europejskiej chce wypuścić w powietrze więcej CO2, niż dostał w darmowym przydziale, musi prawo do nadwyżki kupić) - cena to nieco powyżej 10 euro za tonę. Gdyby koła gospodarki kręciły się szybciej, cena byłaby wyższa.

Obserwatorzy dyplomatycznej sceny dostrzegają, jak wraz z upływem czasu i zbliżaniem się grudniowego szczytu politycy z całego świata wypuszczają komunikaty, z który wynika jasno, że Kopenhaga nie zakończy się sukcesem. Dla głodujących aktywistów oznacza to, że zakończy się klęską.

Najpierw Unia Europejska grająca rolę globalnego politycznego lidera w działaniach na rzecz klimatu podczas listopadowego szczytu pokazała, że jej zapał wystygł podobnie jak piece w pogrążonych w recesji fabrykach. Szczyt miał określić zobowiązania Unii w sprawie Funduszu Adaptacyjnego. Przeciwko konkretnym zobowiązaniom zaprotestowali jednak Niemcy i koalicja dziesięciu państw z Polską jako liderem.

Na nic zdał się list arcybiskupa Desmonda Tutu apelującego bezpośrednio do uczuć naszych przywódców: wykażcie solidarność z biedniejszymi, tak jak 20 lat temu świat solidaryzował się z waszą walką o wolność, wszak należycie dzisiaj do klubu najbogatszych państw na świecie!
Bogactwo rzecz względna, wie o tym każdy. Chętnie byśmy pomogli, lecz nie ma solidarności bez sprawiedliwości. A nie jest sprawiedliwe, by wysokość składki obliczać proporcjonalnie do ilości emitowanego CO2 (zgodnie z zasadą: polluters pay - płacą brudasy). Wszyscy bowiem wiedzą, że Polska produkuje wyjątkowo dużo CO2 w stosunku do dochodu narodowego. Nie wszyscy jednak wiedzą, że to skutek historii rozwoju naszego kraju, którego jednym z aspektów jest system energetyczny oparty w ponad 90 proc. na węglu. Coraz bardziej zniecierpliwiony Zachód pyta jednak, jak długo jeszcze będziemy używać argumentacji postkolonialnej, zwalając odpowiedzialność za wszystkie problemy na decyzje komunistów i PRL.

Wet za wet, jeśli oni tak, to my inaczej: popatrzcie lepiej, jak wykonaliście swoje zobowiązania redukcji emisji zapisane w protokole z Kioto. Irlandia, Hiszpania, Portugalia - czy ich tak szybki rozwój w ostatniej dekadzie byłby możliwy, gdyby nie wzrost zużycia energii, a tym samym i emisji dwutlenku węgla? A Wielka Brytania, która tak się chwali, że zmniejszyła krajowe emisje dwutlenku węgla o kilkanaście procent? Redukcję osiągnęła, likwidując praktycznie swój przemysł. Gdzieś jednak produkty przemysłowe kupuje, a na ich wyprodukowanie potrzeba energii, a więc i dwutlenku węgla. Gdyby to zliczyć, to wyjdzie, że powodowana przez Brytyjczyków emisja wzrosła o owe kilkanaście procent.

Unijny szczyt zakończył się więc klapą, choć oficjalne komunikaty przekonywały, że osiągnięto historyczne porozumienie, a polski premier z kolei przekonywał, że osiągnął kolejne historyczne zwycięstwo. To, że biedniejsi od nas będą musieli jeszcze trochę poczekać? Dobrze skwitował ten problem Janusz Reiter, polski ambasador ds. klimatu: pieniądze nie są najważniejsze, o wiele ważniejsze są pomysły.

Rozkodujmy: przecież wiadomo, że bezpośrednia pomoc jest najczęściej nieefektywna. Nawet jeśli pieniądze nie zginą gdzieś w kieszeniach skorumpowanych polityków i urzędników krajów rozwijających się, to zbyt hojnie obdarowani zazwyczaj nie wiedzą, co z kasą zrobić. Lepiej skorzystać z mądrości Lecha Wałęsy, który mawiał, że zamiast ryby warto podarować wędkę, tzn. dobry pomysł. W takich chwilach z nostalgią przypominają się chłopcy z Marriotta, czyli zachodni doradcy, którzy obdarowywali Polskę swoimi pomysłami na początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku.

Od hipokryzji Janusza Reitera wolę zdecydowanie brutalną szczerość Michaela A. Leviego z Rady Stosunków Międzynarodowych USA. Na łamach magazynu "Foreign Affairs" już we wrześniu pisał, że bogaci kasą nie podzielą się w takim stopniu, jaki zadowoliłby kraje rozwijające się. Dlaczego? Bo nie mają zamiaru wspierać gospodarczych konkurentów. To proste stwierdzenie doskonale pokazuje, gdzie kryje się negocjacyjny problem.

Przedmiotem klimatycznej polityki jest stan świata za pół wieku. Przedmiotem polityki realnej jest świat dzisiejszy. A ten wkracza w okres turbulencji, przy których huragan "Katrina" i topniejące lody Arktyki to drobnostka. Wystarczy przeczytać wydany niedawno po polsku raport Narodowej Rady Wywiadu USA "Świat w 2025". Amerykańscy analitycy nie mają wątpliwości, że obecny kryzys jest oznaką rozpoczęcia epoki wielkich geopolitycznych przetasowań. W ciągu najbliższej dekady-dwóch ustali się nowy ład. Starzy liderzy, Stany Zjednoczone i Unia Europejska walczą o zachowanie pozycji. Nowi gracze wdrapują się na szachownicę.

Wystarczy wczytać się w strukturę pakietu stymulacyjnego Baracka Obamy i podobnego pakietu działań przygotowanego przez władze Chin. Widać wyraźnie, że nie chodziło wyłącznie o pobudzenie gospodarki. O wiele ważniejsze jest przestawienie jej na nowe tory, przekierowanie na nowe wektory wzrostu. Zarówno Amerykanie, jak i Chińczycy olbrzymią część swych interwencyjnych pieniędzy przeznaczyli na rozwój nowych technologii energetycznych i rozbudowę nowoczesnej infrastruktury. Gdy tylko inwestycje zaczną przynosić efekt, zarówno Amerykanie, jak i Chińczycy sami będą ze sobą konkurować o to, kto pierwszy podpisze nowy międzynarodowy traktat klimatyczny. Bo trudno sobie wyobrazić lepszy instrument dla wykreowania nowego rynku na nowe technologie i oparte na nich sektory gospodarki, a tym samym ekonomiczne źródła pozycji w globalnym ładzie.

Liderzy Unii Europejskiej dobrze wyczuwają stawkę, stąd ich pomysł, by stanąć na czele klimatycznego wyścigu. Póki co to właśnie Unia (przynajmniej najważniejsza jej część) dysponuje globalną przewagą, jeśli chodzi o rozwój "zielonego" kapitalizmu. Różnica jednak szybko topnieje. Z analiz OECD wynika, że o ile USA w tej chwili dopiero rozwijają "zielone" sektory gospodarki, to jednak dysponują przewagą nad UE, jeśli chodzi o zasoby wiedzy, którą mogą przekuć w technologie. USA dysponują także, wbrew obiegowym opiniom o tym, że Chiny są fabryką świata, największym na świecie przemysłem czekającym na nowe inspiracje. Chiny tymczasem zajęły w ubiegłym roku pozycję drugiej potęgi naukowej świata i nie marzą o niczym innym niż o tym, by stać się fabryką świata, tyle tylko że produkującą panele słoneczne, turbiny wiatrowe, samochody elektryczne.

Początek wyścigu nie jest najlepszym czasem na robienie prezentów i dawanie forów potencjalnej konkurencji. Tak właśnie należy czytać oświadczenie Baracka Obamy podczas spotkania liderów świata w Singapurze. Prezydent Stanów Zjednoczonych stwierdził, że zbyt wcześnie jeszcze, by można było w Kopenhadze podpisać porozumienie zawierające konkretne ustalenia i zobowiązania. Zarzucanie amerykańskiemu przywódcy, że w ten sposób sabotuje proces negocjacyjny, jest absurdalne.

Ameryka potrzebuje więcej czasu, by poprzestawiać rozwojowe dźwignie, zarówno gospodarcze, jak i polityczne. Chodzi o to, żeby w skali całego kraju skopiować fenomen Kalifornii, najbardziej ekologicznego stanu USA, w którym panuje duża zgoda między republikanami i demokratami, że "zielony" kapitalizm to dobry pomysł na rozwój. Zgoda jest zaś możliwa, bo wszyscy na niej korzystają: proekologiczne rozwiązania podobają się zarówno biznesowi, jak i obywatelom, muszą więc także podobać się politykom.

Jeśli Obamie uda się osiągnąć masę krytyczną i przeforsować ustawę klimatyczną, wówczas trudno będzie zatrzymać USA. Na to jednak potrzeba jeszcze trochę czasu. Lepiej więc, że Obama uprzedził o tym, niż gdyby miał wchodzić w porozumienie, które stałoby się jak w przypadku protokołu z Kioto nic niewartym skrawkiem papieru.

Nie należy także zbytnio pomstować na Chiny, że wykorzystują amerykańską grę na zwłokę jako pretekst do tego, by hamować negocjacyjny protest. Chińczycy nie tylko inwestują wielkie pieniądze w nowe technologie i przemysły, lecz także szybko modernizują swoje przepisy ekologiczne. Normy emisji dla samochodów są podobne do europejskich, przepisy budowlane narzucają wysokie wymagania efektywności energetycznej nowym budynkom.

Nie wiadomo dokładnie, jakimi efektami zakończy się szczyt w Kopenhadze. Wiadomo natomiast, że proces negocjacji klimatycznych jest największym eksperymentem polityczno-dyplomatycznym w dziejach ludzkości. Przy stole rozmów zasiadają przedstawiciele blisko 200 państw, z których wiele prowadzi ze sobą wojny, a niemal wszystkie ze sobą ostro konkurują na globalnych rynkach. Ich zadaniem jest przygotowanie porozumienia, które narzuci nowe zobowiązania mające bezpośredni wpływ na gospodarkę i jakość życia. Wielu negocjatorów uczestniczy w procesie bez specjalnego przekonania albo nie wierząc w globalne ocieplenie, albo uznając, że i tak zmianom klimatycznym nie można przeciwdziałać.

Wszyscy jednak wiedzą, że od stołu odejść nie można, niezależnie od motywów, jakie kierują uczestnikami. Bo nieobecni nie mają racji, a i tak muszą przyjąć ustalenia liderów.
Kopenhaga nie zakończy się spektakularnym sukcesem, nie zakończy się jednak też fiaskiem. Końca świata nie będzie, a gra dopiero na dobre się zaczyna. Klimat nie jest w niej stawką, lecz dobrym pretekstem, by na nowo poustawiać świat. Jeśli się to uda, ludzie poradzą sobie także z klimatem.

Zaczyna się epoka wielkich roszad. Dotychczasowi gracze nie chcą robić sobie konkurencji i odmawiają biedniejszym krajom pieniędzy na walkę ze zmianą klimatu

Edwin Bendyk jest publicystą "Polityki" i dyrektorem Ośrodka Badań nad Przyszłością
"Collegium Civitas"

Wszystkie komentarze »

Komentarze (2)

Sonda

Czy w polskich szkołach powinno odbywać się nauczanie religii?

Reklama

Polska»

Copyright © Polskapresse Sp. z o.o.
Realizacja serwisu: Gratka Technologie Sp. z o.o.

Mapa serwisu | Dla prasy | Kontakt | O nas | Regulamin | Prywatność | Reklama | eGazety | Sklep internetowy