piątek 03 września 2010 r. imieniny obchodzą: Izabela, Szymon, Joachim

Polska » Magazyn » Artykuł

Treliński w nowej operze znowu próbuje mierzyć się ze światem

Treliński w nowej operze znowu próbuje mierzyć się ze światem

(© PAP)

Polska

2009-11-01 19:52:53, aktualizacja: 2009-11-04 13:48:16

"Borysem Godunowem" sławny reżyser ponownie udowadnia niedowiarkom, że doniesienia o końcu imponujących operowych fajerwerków są zdecydowanie przesadzone - pisze Mariusz Grabowski

Nie łudźcie się. Na spektakl "Borys Godunow", który na scenie wystawi Mariusz Treliński, biletów nie ma już od tak dawna, że pojawiły się plotki, że nigdy ich nie było. Panie pracujące w kasie też mogą więc wreszcie odetchnąć, bo zdarły gardła od nieustannego powtarzania "wyprzedane" spóźnialskim operomaniakom. Słowem: hit kasowy, a zapewne także artystyczny, bowiem stało się już
regułą, że czego tknie się Treliński, zamienia się w gigantyczny triumf.

A nasz eksportowy operowy maestro mierzy wysoko. Na rozpoczęcie operowego sezonu 2009/2010 wybrał monumentalną klasykę spod ręki Modesta Musorgskiego. Mroczną jak rosyjska jaźń, pełną krwi i iście szekspirowskich namiętności, przez dwie i pół godziny ambarasującą widzów zagadnieniem władzy. Jeszcze w tym sezonie na deskach Teatru Wielkiego Treliński pokaże legendarną "Traviatę", muzyczne cudo Giuseppe VerdiegoAle jednocześnie pyszną plastycznie i wręcz stworzoną do wystawienia w operowym sztafażu. I to pewnie skusiło Trelińskiego, że wyszperał ją w muzycznym lamusie. - Kocham Rosję, ale nie czuję się ekspertem od rosyjskiej duszy, dlatego robię ten spektakl po europejsku - mówił reżyser na konferencji prasowej poprzedzającej premierę.

Dlatego dziś wieczorem zobaczymy coś, o czym Musorgski nawet by nie zamarzył. Na scenie królować będzie metal, który zastąpi tradycyjne operowe koronki, w industrialnym sztafażu staną soliści i chóry, wyśpiewujący odwieczną prawdę o starciu jednostki z systemem. Czyli znów mamy Trelińskiego, do jakiego przywykliśmy przez ostatnią dekadę: w roli destruktora operowych schematów. Ale przecież właśnie to, że nie podchodził na kolanach do muzycznej tradycji, zapewniło mu sławę i międzynarodowy sukces.

Ale nim dzisiejszy dyrektor artystyczny Teatru Wielkiego postawił stopę na ścieżce prowadzącej na operowy parnas, swoje miejsce widział w kinie. "Kino jest najlepszym sposobem ucieczki od banału" - mówił w jednym z wywiadów w 1990 roku po telewizyjnej premierze "Zadu wielkiego wieloryba", swojego filmowego debiutu. Portret beznadziei ludzkiej egzystencji, namalowany przez 25-letniego reprezentanta "pokolenia stanu wojennego" ("Zad..." czekał na premierę trzy lata), okrzyknięto wtedy nowym głosem w polskim kinie. Podobnie pochlebne recenzje Treliński zebrał po "Pożegnaniu jesieni" (1990), swojej wizji Witkacowskiego proroctwa dla zdegenerowanej ludzkości. Film obsypano laurami, a Waldemar Dąbrowski, ówczesny przewodniczący Komitetu Kinematografii, sprezentował mu specjalną nagrodę. Szczęśliwie, jak pokazała przyszłość, bowiem ich artystyczna znajomość trwa do dziś.
strona: 1 z 3 »

Sonda

Czy w polskich szkołach powinno odbywać się nauczanie religii?

Reklama

Polska»

Copyright © Polskapresse Sp. z o.o.
Realizacja serwisu: Gratka Technologie Sp. z o.o.

Mapa serwisu | Dla prasy | Kontakt | O nas | Regulamin | Prywatność | Reklama | eGazety | Sklep internetowy