Podział stanowisk trwa, aż miło patrzeć, jak strony posady sobie wyrywają, koalicja rozrasta się nie tylko na szczeblu centralnym, zawitała także w regiony, ale w gruncie rzeczy nie bardzo wiadomo, kto te roszady robi. Ot, tak jakoś się dzieje. Nie pierwsza to zresztą koalicja w Polsce, która jest, ale jakby jej nie było. I rzecz dotyczy nie tylko mediów.
Także na szczeblach rządowych takie twory w przeszłości, i to nie bardzo odległej, się zdarzały. Teraz jednak powinniśmy wreszcie uwierzyć, że koalicji medialnej rzeczywiście nie ma, bowiem głos w sprawie zabrał sam prezes Jarosław Kaczyński, który stanowczo orzekł, że nie tylko jej
nie ma, ale generalnie w przyszłości żadnej koalicji z SLD nie będzie. Przecież prezes PiS nawet nie zna prezesa TVP, a więc o co chodzi?
Prawo i Sprawiedliwość jest zresztą partią, która nie prowadzi polityki transakcyjnej, czyli takiej, gdzie w różnych obszarach podejmuje się decyzje na zasadzie transakcji z różnymi grupami interesu. Najwyraźniej wszystkie inne partie politykę transakcyjną, godną potępienia prowadzą, stąd wielka samotność PiS i jego nadzwyczajnie niski tak zwany "współczynnik koalicyjności".
Po tej definicji prezesa wszystko zostało w pełni wyjaśnione. W mediach żadnych grup interesu nie ma, a więc nie ma też możliwości zawierania transakcji. Jest tylko szlachetna idea ratowania mediów publicznych, którą prezes wyjawił, a że przypadkiem zebrało się kilka osób akurat z PiS i SLD, które połączyła ta wspólna misja ratowania misji, więc trudno PiS obarczać winą za koalicję niebędącą koalicją.
Po prostu realizowany jest cel szlachetny przez ludzi dobrej woli, a że przy okazji pojawiła się możliwość prowadzenia misji ochrony kampanii prezydenckiej, a już zwłaszcza wizerunku Lecha Kaczyńskiego, co w roku wyborów prezydenckich nie jest sprawą błahą, ani małą, to tylko przypadkowy dodatek do misji głównej. Takich darów niepochodzących z żadnej transakcji przecież się nie odrzuca.
Zawiłe to wszystko, ale myśl prezesa czasami ścieżkami dość krętymi podąża i nawet członkowie partii miewają kłopot z nadążaniem, wskutek czego się gubią. Niektórzy tak się pogubili, że z partii wypadli, a jeden nawet samodzielnie startuje na prezydenta, nacierając na dodatek na prezydenta urzędującego, choć był kiedyś numerem drugim w PiS. Jeśli numer dwa nie nadążał za numerem jeden, to co mają powiedzieć członkowie bardziej zwyczajni?
Rzecz jednak jest poważniejsza niż media. Przecież celem zasadniczym PiS jest wyrwanie Polski z rąk Donalda Tuska i jego partii, z rządów najgorszych z możliwych i tym samym uratowanie jej. Czy dla takiego celu nie warto szukać sprzymierzeńców, nawet jeśli akurat znajdą się w SLD? Czy Polska to cel mniejszy niż media, nawet publiczne?
Doświadczenie uczy przecież, że to, co się prezesowi marzy, czyli koalicja z częścią Platformy Obywatelskiej, może się nie udać. Taki pomysł już w przeszłości przerabiano w pokoju posłanki Renaty Beger. Nazywało się to koalicją z Samoobroną bez Leppera, co oczywiście nie miało absolutnie żadnych znamion polityki transakcyjnej i było jedynie częścią wielkiego wzmożenia moralnego.