Zarzucił Bronisławowi Komorowskiemu, że nasyłał na niego celem inwigilacji WSI (jak widać bez byłych WSI nie ma żadnej kampanii wyborczej, taka to już siła tych służb), na dodatek cieszył się z odejścia swego zastępcy, gdy wybuchła afera korupcyjna, co sprawia, że jest człowiekiem niehonorowym i nie ma żadnego mandatu moralnego, aby ubiegać się o prezydenturę.
Szeremietiew żadnych tak zwanych
"twardych dowodów" nie pokazuje, ale wiele, zgodnie z obecną modą, insynuuje. Nie jest to pierwszy wywiad, jakiego były wiceszef MON udzielił po zakończeniu swojej sprawy wyrokiem uniewinniającym, ale jakoś dotychczas nie zgłaszał pretensji do Komorowskiego, właściwie nie zgłaszał ich do nikogo.
Wybaczał dziennikarzom śledczym, którzy zaprezentowali w ataku na niego wyjątkowo lichy stan tej dziennikarskiej specjalności. Nie atakował dwóch dzielnych ministrów - sprawiedliwości i spraw wewnętrznych Stanisława Iwanickiego i Marka Biernackiego, którzy na specjalnej konferencji prasowej odkrywali przed publicznością, jaką to wielką aferę, być może największą w III RP odkryto, nic nie mówił o WSI, co wydawało się skądinąd zrozumiałe, bowiem rozpracowanie afery było, a przynajmniej prezentowane było publicznie jako dzieło CBŚ.
Zachowywał się więc Szeremietiew godnie i powściągliwie. Na mój gust może nawet zbyt powściągliwie, bowiem afera od początku wyglądała na sztucznie nadmuchaną, a rozgłos i widowiskowość, jaki jej nadano, łącznie ze zdejmowaniem asystenta b. wiceministra z płynącego już promu, upewniał tylko, że coś tu jest nie tak. Czy sprawa była wyłącznie dziełem lobbystów, czy miała polityczny kontekst, nie wiem. Wiem, że trwały wtedy wielkie przetargi i zainteresowanych, aby ministra wysadzić z siodła, było wielu, papiery trafiały do wielu redakcji, od plotek mających cechy prawdopodobieństwa pulsowały sejmowe kuluary.
Sprawą Szeremietiewa interesowałam się przez kilka lat, gdyż z wielkim zaciekawieniem śledzę dzieje przeróżnych afer, owych "ośmiornic", które przed sądem zmieniają się w maleńkie krewetki, mafii rozpływających się czasem jeszcze przed zakończeniem śledztw, gigantycznych nadużyć, które nie okazują się nadużyciami. Taka już uroda naszej polityki, że kreowanie afer przychodzi łatwo, udowodnienie zaś, że coś było, jest zdecydowanie trudniejsze. Pozostają skrzywdzeni ludzie stający latami przed prokuratorami i sądami, bezbronni wobec faktu, że zostali skazani, zanim sąd wydał wyrok.
Tak było właśnie z Romualdem Szeremietiewem i niejedną godzinę z nim o jego rozpływającej się już wówczas sprawie przegadałam w pociągu na trasie Kraków - Warszawa, gdzie spotykaliśmy się czasami, wracając z akademickich wykładów. Wiele żalu do różnych osób miał b. wiceszef MON, ale jakoś o Komorowskim nigdy nie wspominał, choć innych uczestników tamtych zdarzeń wspominał i owszem, czasem nawet ze sporą pasją. Najwyraźniej wybory prezydenckie pamięć mu mocno odświeżyły. Nie jest to niestety okoliczność przydająca tej odświeżonej pamięci wiarygodności.