Politycy najpierw podkulili ogony i zastygli w oczekiwaniu na straszliwy cios, a potem bodaj przewodniczący izby zauważył dość rezolutnie, że z toalety tej korzystają również przedstawiciele mediów. I sprawa jakoś tak rozeszła się po kościach.
Tę historyjkę przypomniało mi zamieszanie wokół senatora Piesiewicza, choć ono - w odróżnieniu od zabawnej opowieści bundestagowej - jest raczej smutne.
Z gatunku tych bez pozytywnych bohaterów. I bez większego sensu.
Sam Piesiewicz budzi przede wszystkim współczucie. Nawet ucieszyłbym się, że etatowy autorytet moralny dostaje po nosie. Tu moralizuje, mądrzy się i poucza, a zaraz obok wciąga koks i tłumaczy, że to leki. Ale z tej "afery" wyłania się obraz człowieka tak zagubionego, samotnego, a na koniec zaszczutego, że ma się jedynie ochotę poklepać nieszczęsnego "Piesia" po ramieniu i pomóc mu przejść przez te ciężkie chwile. A chyba i przez jakiś życiowy zakręt.
Szantażystki są postaciami oczywiście wstrętnymi, ale w specyficznym stylu filmu "Fargo" braci Coen. Są jednocześnie złe i głupie, bez serca i bez mózgu, więc rujnują komuś życie w sposób tak bezmyślny i chciwy, że same stają się tej katastrofy ofiarami. Więzienie podobno sprzyja refleksji, więc miejmy nadzieję, że będą miały okazję pomyśleć. Ale kara trzech lat więzienia za szantaż jest stanowczo zbyt niska.
Znowu - jak przy okazji sprawy Polańskiego - pojawiły się głosy, że artyści mogą więcej niż inni ludzie. Nie dość, że argument ten jest ogólnie idiotyczny, to jeszcze nie pasuje do sytuacji. Senator - jak sama nazwa wskazuje - jest politykiem wybieranym w wyborach, a scenarzystą jedynie bywa, a raczej bywał. Ale poza tym, jeśli wolno mu więcej, to przepraszam, czego należy zabronić zwykłym zjadaczom chleba? Sprowadzania panienek do domu? Przebierania się w sukienki? Malowania ust? Dlaczego Maciej Maleńczuk chce to zachomikować tylko dla wybranych?
Wreszcie media podzieliły się na te, które ujawniaczy atakują, i te, które ich bronią. Oczywiście, senator jest postacią publiczną, w dodatku był szantażowany, więc publikacja tego filmiku nie wykracza poza standardy cywilizowanego świata. Medialny establishment z "Gazetą Wyborczą" w awangardzie rwie sobie włosy z głowy, ale gdyby miał niezbite dowody, że Jarosław Kaczyński pasjami śledzi w internecie strony pornograficzne, sącząc piwo, bez mrugnięcia okiem obnażyłby jego obłudę. Choć to przecież prywatna sprawa każdego z nas, co robi przed swoim laptopem.
Z drugiej strony tłumaczenie ujawniaczy, że Piesiewicza w sukience pokazuje się w interesie publicznym, też jest słusznie jedynie pozornie. Pomalowane usta senatora nie są zagrożeniem dla obronności państwa. Naprawdę, nic by się nie stało, gdybyśmy nie wiedzieli o tej kokainie. A nawet wydaje mi się, że czulibyśmy się lepiej. Splata się wokół tej sprawy tyle smutnych faktów i złych intencji, że robi się niedobrze.