Wybory po amerykańsku. Wielcy wygrani i przegrani

    Wybory po amerykańsku. Wielcy wygrani i przegrani

    Włodzimierz Knap

    Dziennik Polski 24

    Aktualizacja:

    Dziennik Polski 24

    Podobizny prezydentów Washingtona, Jeffersona, Theodore Roosevelta i Lincolna wyrzeźbione przez Gutzona Borgluma na górze Rushmore

    Podobizny prezydentów Washingtona, Jeffersona, Theodore Roosevelta i Lincolna wyrzeźbione przez Gutzona Borgluma na górze Rushmore ©fot. wikipedia

    Wielcy prezydenci byli rzadkością. Przeważali przeciętniacy, bo taki jest mechanizm wyborczy. Od 1951 roku obowiązuje zakaz ubiegania się o trzecią kadencję.
    Podobizny prezydentów Washingtona, Jeffersona, Theodore Roosevelta i Lincolna wyrzeźbione przez Gutzona Borgluma na górze Rushmore

    Podobizny prezydentów Washingtona, Jeffersona, Theodore Roosevelta i Lincolna wyrzeźbione przez Gutzona Borgluma na górze Rushmore ©fot. wikipedia

    Za prezydentury Ronalda Reagana, 864 historyków amerykańskich na prośbę prof. Roberta Murraya dokonało klasyfikacji prezydentów USA. Do grona „wielkich” zaliczono: Abrahama Lincolna, Franklina D. Roosevelta, Jerzego Waszyngtona i Tomasza Jeffersona. Za „Prawie wielkich” uznano czterech: Theodore’a Roosevelta, Woodrowa Wilsona, Andrew Jacksona, Harry’ego Trumana.

    Dziewięciu określonych zostało jako „więcej niż przeciętni”, m.in.
    John Adams, Dwight Eisenhower, John Kennedy. Pozostałych zakwalifikowano jako „mniej niż przeciętni”, „przeciętni” i „fiasko”. W tej ostatniej grupie znaleźli się m.in.: James Buchanan, Richard Nixon i Ulysses Grant. Klasyfikacji nie podlegał urzędujący prezydent, lecz Reagana z pewnością trzeba zaliczyć do „wielkich” lub „prawie wielkich”. A urzędujący po nim? Być może za jakiś czas powstanie nowy ranking, który uwzględni obu Bushów (ojca i syna), Williama Clintona, Baracka Obamę i Donalda Trumpa.

    Sporo zapewne racji miał Michael Krasner, politolog amerykański, który już pod koniec lat 80. napisał: „Wielcy prezydenci byli rzadkością w historii USA”. I wyrokował: „Nowy proces nominacji prezydenckich prowadzi do tego, że w przyszłości będą jeszcze rzadziej spotykani”. Zdaniem Krasnera, winne temu są wpływowe elity, które nie chcą, by o prezydenturę ubiegał się człowiek niezwykle bogaty (majątek Donalda Trumpa eksperci szacują na 3,8 mld dol. Najbogatsi Polacy, rodzeństwo Kulczyków, ma równowartość ok. 4,1 mld dol.), a jeszcze bardziej niezwykle inteligentny.

    Powszechnie wiadomo, że system wybierania prezydenta USA jest dość skomplikowany. I na tym poprzestańmy. Dodajmy tylko, że gdyby w 1951 r. nie została ratyfikowana poprawka do konstytucji, która ograniczała liczbę kadencji prezydenckich do dwóch, to być może nie tylko Franklin D. Roosevelt złamałby tradycję, zapoczątkowaną przez Jerzego Waszyngtona, by kończyć urzędowanie po maksimum ośmiu latach.

    Ograniczmy się też do stwierdzenia, że zakres jego władzy jest wielki. Jest jest nie tylko głową najpotężniejszego ekonomicznie państwa świata od ponad stu lat, a militarnie od 70, ale też szefem rządu, naczelnym dowódcą armii i liderem swojej partii. Władza jego nie jest jednak absolutna.

    Wbrew temu, co głosi pewien ważny dziś polski polityk, demokracja w USA ma o wiele mniej niż 200 lat. Przez wiele lat prawo głosu przysługiwało tylko mężczyznom rasy białej, którzy odpowiednio dużo zarabiali.

    Pierwszy prezydent



    W pierwszych wyborach, w 1789 r., uczestniczyło 1,3 proc. ludności. Zdecydowana większość mieszkańców USA dość długo pozbawiona była biernego i czynnego prawa wyborczego. A wprowadzona do konstytucji zasada formalnego wyboru prezydenta przez elektorów wynikała z braku wiary w mądrość ludu.

    Pierwsze wybory odbyły się w 1789 r. O prezydenturę ubiegało się 12 kandydatów (m.in. Clinton i Lincoln, ale odpowiednio: George i Benjamin). Prezydentem został Jerzy Waszyngton. Kolegium elektorskie jednogłośnie wybrało go na czteroletnią kadencję. Elektorzy wiceprezydentem, bo oni wtedy decydowali o wyborze i na to stanowisko, wybrali Johna Adamsa. Waszyngton nie zabiegał o ten urząd. Wolał życie bogatego plantatora - bohatera Ameryki. Uległ jednak namowom i w kwietniu 1789 r. ruszył w drogę do Nowego Jorku, ówczesnej stolicy USA. By tam dojechać, musiał zaciągnąć pożyczkę, bo gotówkę zainwestował w plantację. Tylko dlatego, by zapobiec rozłamowi w rządzie, zwłaszcza między Hamiltonem a Jeffersonem, zgodził się kandydować po raz drugi. I tym razem zebrał głosy wszystkich elektorów (132). Był jedynym, który dwukrotnie został wybrany jednomyślnie.


    Waszyngton swoje miejsce w historii zawdzięcza głównie temu, co zrobił dla powstania USA. Do historii przeszło też jego pożegnalne przemówienie, w którym wskazał drogę, jaką ma kroczyć jego ojczyzna. Zaapelował w nim też, by jego następcy kończyli pracę po dwóch 4-letnich kadencjach; sam odmówił ubiegania się o trzecią. Dla Amerykanów jego mowa ma status niemal równy konstytucji (udział w jej napisaniu mieli Hamilton, Jefferson i Waszyngton).

    Wrogowie obok siebie



    W wyborach w 1796 r. starli się za sobą dwaj kandydaci - Adams i Jefferson - którzy najpierw zgodnie działali na rzecz niepodległości USA, a potem, już do końca życia (umarli w tym samym dniu), zażarcie się zwalczali. Polemika między nimi przyczyniła się jednak do rozwoju amerykańskiej myśli politycznej. Wygrał Adams, uzyskując 71 głosów elektorskich. Jego główny rywal dostał o trzy mniej. Jefferson został wiceprezydentem, czyli obaj panowie zostali wbrew sobie zmuszeni do współpracy, która układała się marnie.

    Kampania w latach 1799-1800 była ostra. Elektorzy po 73 głosy oddali na Jeffersona i Aarona Burra. Adams dostał 65 głosów. O wyborze zadecydować miała Izba Reprezentantów. W niej sprawa zakończyła się w... 36 głosowaniu. kolejnym prezydentem został Jefferson. Cztery lata później Jefferson, który rozległością zainteresowań i talentem przypominał Leonarda da Vinci, wygrał łatwo z Charlesem Pinckneyem.

    Abraham Lincoln jest uważany przez wielu znawców za największego prezydenta USA, choć edukację zakończył po jednym roku. Niewiele jednak brakowało, by przegrał batalię o nominację we własnej partii (Republikańskiej). W wyborach powszechnych w 1860 r. dostał niespełna 40 proc. głosów, ale wygrał je, bo demokraci byli podzieleni. Zwyciężył też dlatego, że umiejętnie prowadził kampanie wyborczą, tonował swoje wypowiedzi i często spotykał się w kameralnym gronie, bo tak lepiej wypadał niż jako wiecowy mówca. Głosów elektorskich zebrał ponaddwukrotnie więcej niż główny rywal (180 do 72). Lincoln został też prezydentem w 1864 r., choć liczył się z porażką. „Jest bardzo prawdopodobne, że ta administracja nie zostanie ponownie wybrana” - pisał w jednym z listów. Uratowały go pomyślne wieści z sytuacji na froncie, a zwłaszcza zajęcie Atlanty przez wojska gen. Shermana.

    W 1868 r. pewnym kandydatem był generał Ulysses Grant, bohater wojny domowej. I demokraci, i republikanie chcieli, by ich reprezentował. Wybrał tych drugich, a nominację dostał przez aklamację. W wyborach powszechnych pokonał konkurenta (Horatio Seymura) jednak tylko o 5 punktów procentowych. W głosowaniu elektorów już zmiażdżył Seymura (214 do 80). Na drugą kadencję został wybrany łatwiej, zarówno gdy idzie o wybory powszechne, jak i głosowanie elektorów (286 do 42).

    Zażarta walka



    O wyborze następnego prezydenta (w 1876 r.) zadecydowali elektorzy, David Davis, sędzia Sądu Najwyższego, komisja parlamentarna, Sąd Najwyższy. 185 elektorów głosowało na Rutherforda Hayesa, choć ten w wyborach powszechnych uzyskał 47,5-proc. poparcie, a jego rywal Samuel Tilden 51,5-proc. Tilden od elektorów zebrał jednak o jeden głos mniej. Demokraci, których reprezentował, byli wściekli. Wybory uznali za nieuczciwe. Kongres, w celu wyłonienia prezydenta, powołał komisję, ale padł w niej remis. Werdykt mieli podjąć sędziowie Sądu Najwyższego. Po 7 przedstawicieli miały obie partie. Davis, uchodzący za sędziego niezależnego, w ostatniej chwili zrezygnował z zasiadania w nim. Na jego miejsce wybrano sędziego, który był republikaninem. On wskazał na Hayesa, lecz sprawy to nie załatwiło. Liczono ponownie głosy w kilku stanach. Demokraci nie pogodzili się z wyborem Hayesa, a dziś historycy twierdzą, że mieli rację, bo prezydentem powinien zostać Tilden.

    Wybory w latach 1880 i 1884 miały wspólny mianownik, a było nim to, że w wyborach powszechnych dwóch głównych kandydatów dzieliło odpowiednio od 0,1 do 0,3 pkt. proc. Elektorzy nie mieli jednak wątpliwości i dali dość wyraźną wygraną ich zwycięzcom: Jamesowi Garfieldowi i Groverowi Clevlandowi.

    W 1888 r. prezydentem został Benjamin Harrison, choć w wyborach powszechnych zebrał o 90,5 tys. głosów mniej niż konkurent (Clevland). Głosów elektorskich Harrison dostał jednak znacznie więcej (233 do 168).

    Aż cztery razy



    Franklin D. Roosevelt złamał tradycję i nie tylko po raz trzeci ubiegał się o prezydenturę, ale również w szranki wyborcze stanął po raz czwarty.

    Za każdym razem wygrywał z wielką przewagą. W 1936 r. 523 elektorów oddało głos na niego, a na kontrkandydata (Alfreda Landona) tylko 8. Najmniej elektorów głosowało na niego w 1944 r. (432), a jego konkurent Thomas Dewey zebrał 99 głosów.

    W 1932 r. Rooseveltowi pomógł wielki kryzys ekonomiczny. Z 40 milionów ludzi, którzy dokładnie 84 lata temu poszli do urn wyborczych, co trzeci nie miał pracy. Niezadowolenie było powszechne, podobnie jak oczekiwanie, że demokrata dokona cudu. Sytuacja gospodarcza zaczęła się poprawiać jeszcze w czasie kampanii prezydenckiej, ale proces nie został zauważony nawet przez fachowców.

    Obecnie część ekonomistów dowodzi, że polityka Nowego Ładu prowadzona przez Roosevelta przyniosła więcej szkód niż pożytku. Przez długie lata czterokrotny prezydent uchodził jednak za magika. Zwycięstwo w dwóch kolejnych wyborach ułatwiła mu zaś wojna.


    Debata nie przesądziła



    8 listopada 1960 r. na Johna Fitzgeralda Kennedy’ego głos oddało o 119 450 osób więcej niż na Richarda Nixona. W przeliczeniu na procenty różnica wynosiła 0,16. Do dziś powszechne jest przekonanie, że o wygranej JFK zadecydowała debata telewizyjna. On był przystojny, elokwentny i zadbany. Nixon - zmęczony, spięty, źle ubrany, nieogolony i pocił się.

    - Szczegółowa analiza tej debaty pokazuje, że wyraźna większość zwolenników każdego z kandydatów uważała, że ich faworyt wypadł lepiej. Rozkład opinii w przypadku osób, które nie kibicowały żadnemu z kandydatów, nie był zaś jednoznaczny - mówi prof. Wojciech Cwalina, znawca marketingu politycznego ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej. Dodajmy, że JFK uzyskał sporo więcej głosów elektorskich od Nixona (303 do 219).

    Porażka i dwie wygrane



    Ronald Reagan, zanim w sposób bezdyskusyjny wygrał wybory w 1980 i 1984 r., w 1976 r. przegrał, uzyskując jeden głos elektorski. Nie była to jednak jego klęska, bo pięciu innych kandydatów nie dostało żadnego głosu. A wcześniej, podczas konwencji Partii Republikańskiej, w której uczestniczyło ponad 2 tys. delegatów, do nominacji zabrakło Reaganowi 60 głosów.

    Reagan w 1984 r. zmiażdżył demokratę Waltera Mondale’go (w głosowaniu elektorów stosunkiem 525 do 13), ale niewiele brakowało, by nominacji swojej partii nie otrzymał. Tylko o dwa głosy wygrał z George’m Bushem (2233 do 2231).

    Burzliwe były wybory w 2000 r. O 540 tys. więcej głosów otrzymał demokrata Al Gore niż republikanin George Bush junior. O losach prezydentury zdecydowało ponowne obliczanie głosów na Florydzie. Różnica wyniosła 537 głosów na korzyść Busha...

    Czytaj treści premium w Polsce Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Nie przegap

    Wideo