Jak zwykle wszyscy „teczkarze” niewinni.
spokojny
30.03.09, 10:14:37
He, he „dobierałem informacje moim zdaniem ogólnie dostępne lub nieszkodliwe. Spotkania z oficerem SB były nacechowane troską o bezpieczeństwo Polski.” Jak zwykle wszyscy „teczkarze” niewinni. Jak który coś podpisał to nie wiedział, że podpisuje albo podpisał „nieopatrznie”, znaczy puścił bąka na salonie, bo nie zdzierżył, ot po prostu zwieracze mu puściły, smród się rozszedł po widowni i tyle. A jak wiedział że podpisuje, to nie wiedział co podpisuje, jak i to wiedział to robił to „żartem”. A jak już podpisał „na poważnie” to oczywiście na nikogo nie donosił i „nie był świnią”. Szeregowy był niewinny, bo wykonywał rozkazy kaprala, kapral niewinny bo „tylko” wykonywał rozkazy sierżanta, sierżant musiał słuchać się porucznika a ten z kolei generała, zaś generał miał rozkazy z samej góry od Naczelnego Kierownictwa, kierownictwo zaś wykonywało tylko wolę „ludu pracującego miast i wsi” i kółko się zamyka. Sami niewinni. Takie bajki to można naiwniakom opowiadać. Co to znaczy „nikomu nie zaszkodził”? Czyżby miał aż tak wysoką pozycję w SB, że wszyscy funkcjonariusze po każdym pałowaniu, po każdej akcji, byli zobowiązani mu wysłać sprawozdanie kończące się formułą „jako świadomy swej komunistycznej powinności pracownik bezpieki uroczyście zaręczam, że szkodząc nie korzystałem z informacji uzyskanych od pana”.
A jak mógł taki kabareciarz komuś zaszkodzić? Może myślał, że jak powie bezpiece „a wiecie towarzyszu pAłkowniku, że ten Kowalski z mojej klatki to opowiada antykomunistyczne dowcipy i jest w ‘Solidarności’?” to się bezpieczniak ucieszy i to skrzętnie zanotuje a potem wsadzi do paki Kowalskiego za te dowcipy? Otóż nie. Bezpieczniak doskonale i tak wiedział kto gdzie co robi opozycyjnie, bo miał po prostu swoich agentów w odpowiednich strukturach ale czego mu taki agent powiedzieć nie mógł, to były szczególiki z prywatnego życia Kowalskiego. A taki Masztalski mógł „niewinnie” nadawać teksty typu „a jak gramy w brydżyka to Kowalski zawsze kontrą wywoławczą i zakąsza ogóreczkiem”. I takie rzeczy interesowały bezpiekę, bo potem się brało Kowalskiego na przesłuchanie i zaczynało „wiemy jakie gówienko zamiotłeś, w którym miejscu pod dywan w sypialni, więc widzisz, że wiemy o tobie wszystko”. Tak łamano gościa, który potem sam już dalej wszystko wyśpiewywał.
No ale to jest życie panie artysta, tu trzeba było zdaje się więcej fantazji niż na estradzie co? Dodam, że nie idzie mi o to aby kogoś osądzać na zasadzie „trzeba było wtedy nie kapować”. Wiem, że to się łatwo teraz mówi i nie o to mam do tych kapusiów pretensje tylko o to, że idą w zaparte, że do końca kłamią a jak się ich przyciśnie to się wykręcają na zasadzie „ach to nie było nic takiego”.
0 / 0
zgłoś naruszenie
odpowiedz