Menu Region

Przez szkolne piekło do medali

Przez szkolne piekło do medali

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Marcin Zasada

Prześlij Drukuj
Justyna Kowalczyk - w Polsce jest niecały tysiąc kobiet, które tak się nazywają. Ale tylko jedna z nich jest zdolna do nieludzkiego wysiłku i poświęceń. I do takich zwycięstw
19 lutego: brązowy medal w biegu na 10 km. 21 lutego: złoto na 15 km. 28 lutego: kolejny złoty medal, tym razem w biegu na 30 km. I wreszcie 22 marca - Kryształowa Kula, czyli Puchar Świata za sezon 2008/2009!

Gdy po zwycięskich mistrzostwach świata narciarka późną nocą wróciła do rodzinnej Kasiny Wielkiej, na jej cześć mieszkańcy chcieli już zmieniać nazwę wsi na Justyna Wielka. O 6 rano obudziły ją śpiewy i krzyki sąsiadów, a potem syrena straży pożarnej z pobliskiej remizy.
Bardziej odważni kasinianie dzwonili do Kowalczyków do domu, czy złota Justyna na pewno dojechała. A potem były fajerwerki, sto lat, orkiestra dęta i obcałowywanie zaspanej mistrzyni. Ona sama cierpliwie opowiadała, jak to było, który bieg trudniejszy, który medal cenniejszy i jakie to uczucie dwa razy usłyszeć Mazurka Dąbrowskiego.

- Teraz reporterzy nawet ją śledzą - kręci głową Janina Kowalczyk, mama Justyny. - Tych kilka chwil w roku, które spędzamy razem, najchętniej zostawilibyśmy tylko dla siebie. W zeszłym roku córka była w domu może dziesięć dni. A święta? Wspólne ubieranie choinki, którego nie mogła sobie odmówić, potem wigilia, a już po północy musiała lecieć na kolejne zawody. To jest jej życie, w stu procentach podporządkowane sportowi. Co ja o tym sądzę? To moja sprawa. Ale czasem mówię Justynie, że wybrała za trudne, za bardzo absorbujące zajęcie. Nie ma czasu dla siebie, nie ma czasu dla rodziny. Proszę mi wierzyć, ona czasem też ma wszystkiego dość.

Bo jeśli życie prywatne możliwe jest w sytuacji równowagi między pracą a wolnym czasem, Justyna nie ma życia prywatnego. Jest pra-coholikiem w pełnym tego słowa znaczeniu. Do tego uparta, nerwowa i władcza. Ale tylko tacy nieprzeciętni ludzie zostają mistrzami. - Przyzwyczailiśmy się, że Justyna robi niecodzienne rzeczy - mówią rodzice polskiej królowej nart. - Ale wciąż się temu dziwimy - przyznają.

Bo szczupła Justyna Kowalczyk to fenomen. Tyle fizjologiczny, co mentalny. Niektórzy mówią, że trzeba być maszyną, aby tak ciężko jak ona harować przez 300 dni w roku.
- Nie jestem żadną maszyną. Wiem, że sukces mogę osiągnąć tylko dzięki ciężkiej pracy. Więc zasuwam - skromnie mówi zawodniczka. Jest typem samotniczki. Trenuje sama, wyłącznie z trenerem Aleksandrem Wierie-tielnym. Przed zawodami praktycznie nie rozmawia z nikim, nawet z najbliższą rodziną.

- Indywidualistka. Góralka. Niesamowicie uparty, ale dobry człowiek - ocenia ją trener Stanisław Mrowca z Mszany Dolnej, który opiekował się nią, kiedy była jeszcze juniorką. - Justyna stała się samotniczką dopiero, gdy jako szesnastoletnia dziewczyna trafiła do szkoły mistrzostwa sportowego i zamieszkała w internacie w Zakopanem. Tam zetknęła się z falą. Starsze koleżanki, nie mogąc pogodzić się z faktem, że córka jest od nich lepsza, gnębiły ją do tego stopnia, że Justyna uciekała do domu i chciała dać sobie spokój z narciarstwem - opowiada Janina Kowalczyk. - W pewnym momencie chcieliśmy nawet zawiadomić policję, mieliśmy do domu telefony z pogróżkami. Justyna przeżyła piekło i potem nabrała dystansu do ludzi.
1 3 »

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

 

Komentarze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się