rozmawia Monika Libicka
2009-03-26 23:27:35, aktualizacja: 2009-03-26 23:27:35
Z dr. Staffanem Anderssonem, politologiem, specjalistą od problemów z korupcją w życiu publicznym, rozmawia Monika Libicka.
W Polsce polityk to jeden z najmniej poważanych zawodów. Szwedzi swoim politykom ufają. Dlaczego?
Generalnie ufamy sobie nawzajem, a poza tym sposób organizacji naszego życia publicznego zapewnia dużą przejrzystość. Reguły gry są jasno określone i wiadomo, że ich naruszenia nie da się ukryć.
Skąd ta pewność?
W naszej konstytucji jest zapis, który zapewnia specjalną ochronę dla tzw. whistleblowers, czyli osób ujawniających nieprawidłowości w administracji. Jeśli ktoś zdecyduje się poinformować o tym media lub prokuraturę, ma zagwarantowaną pełną anonimowość i prawną ochronę. Ujawnienie źródła przecieku jest niedopuszczalne i karalne, a to tworzy naturalny mechanizm kontrolny.
Mówi Pan, że sobie ufacie. Czym to tłumaczyć? Człowiek z natury jest nieufny.
Chyba decydują o tym sprawnie funkcjonujące instytucje, ale trudno powiedzieć, czy to one budują zaufanie, czy też właśnie to zaufanie społeczne sprawia, że one dobrze funkcjonują. Wydaje mi się, że działa to teraz na zasadzie sprzężenia zwrotnego.
Szwecja ma jeden z najniższych poziomów korupcji i zajmuje wysokie czwarte miejsce w rankingu 179 krajów Transparency International...
…ale pocieszę panią, że tak nie było zawsze. Jeszcze w pierwszej połowie dziewiętnastego wieku w publicznej administracji korupcja była dość powszechna. Do obecnych standardów dochodziliśmy więc przez ponad jedno stulecie.
To dość słabe pocieszenie. Co wpłynęło na tę zmianę?
Wprowadzenie merytokratycznej administracji publicznej.
To znaczy?
Rekrutacja i promocja ludzi na podstawie ich wartości, umiejętności, a nie znajomości.
Jak to Wam się udaje?
Na uczelniach są specjalne wydziały, na których studenci są przygotowywani do pracy w administracji. Przy zatrudnianiu stosowane są przejrzyste procedury kwalifikacyjne. Ale żeby nie robić ze Szwecji ideału: my też mamy problemy z nepotyzmem, tyle że na poziomie lokalnym. Jesteśmy społeczeństwem, w którym ludzie dobrze znają swoich sąsiadów i czasem te więzi są przenoszone na obszary, gdzie raczej szkodzą, niż pomagają. Bywa, że w ten sposób załatwia się kontrakty czy pracę.
Czy w Szwecji politycy mają jakiś specjalny kodeks etyczny?
Nie. Przepisy regulujące ich działanie dotyczą tylko niektórych obszarów. Na przykład litera prawa mówi o sposobach finansowania partii przez państwo, ale milczy na temat prywatnego sponsoringu. Partie z własnej woli deklarują, czy są finansowane przez prywatny biznes lub indywidualnych sponsorów.
I nie ma obawy, że będą jakieś przekręty?
Na razie ich nie było, ale szczerze mówiąc, nawet gdyby do tego dochodziło, to i tak nie byłoby ich jak z tego rozliczać.
Wydaje mi się, że może to stwarzać ryzyko ukrytego lobbingu.
Biznesmeni wolą sami organizować kampanie w mediach w sprawach dla nich ważnych i przekonywać do tego opinię publiczną. Nie ma potrzeby robienia tego poprzez polityków. To okrężna droga.
To ciekawe, u nas to byłby raczej skrót…
No tak, to zasadniczo inne spojrzenie na sposób osiągania celów. W Szwecji nie ma tradycji załatwiania problemów tą drogą. Partie dostają od państwa duże pieniądze, więc też nie ma pokusy, by sięgać do kieszeni prywatnych.
Czasem jednak skandale zdarzają się.
Tak, kiedyś do dymisji musiał się podać cały zarząd miasta Motala, ponieważ publiczne pieniądze zostały tam zdefraudowane. Urzędnicy podróżowali na koszt podatnika i przelewali pieniądze na swoje konta. Mieliśmy też przypadki rezygnacji polityków z powodu niepłaconych podatków albo abonamentu.
Na tym przyłapano minister kultury Monę Sahlin, która jednak - mimo stawianych jej zarzutów - wróciła do polityki. Szwedzi jej wybaczyli?
Najwyraźniej tak. W 1995 r. oskarżono ją też o użycie służbowej karty kredytowej do celów prywatnych. Tłumaczyła się, że to, co kupiła, było mało warte -"dwie czekolady Toblerone, pieluszki i paczkę papierosów" - i że pomyliła karty, ale kosztowało ją to utratę stanowiska. Teraz jest szefową socjaldemokratów. "Afera Toblerone" to jednak nic w porównaniu z aferą związaną z wojskową firmą Bofors. Zapłaciła ona pieniądze pośrednikowi, który załatwił kontrakt na sprzedaż dział przeciwlotniczych dla rządu Indii. Gdy sprawa się wydała, wybuchł skandal, jeszcze za czasów Olafa Palmego.
Czy szwedzkie prawo reguluje przypadki konfliktu interesów?
Tak, są one częścią prawa administracyjnego. Jest też obowiązek natychmiastowego zgłaszania sytuacji, w której zachodzi konflikt interesu. Polityk nie może się tłumaczyć, że ponieważ nikt nie reagował, on czuje się czysty. Jeśli podejmujesz decyzje, z których możesz odnieść osobiste korzyści, masz obowiązek to zgłosić. Dlatego większość polityków w rządzie powstrzymuje się od aktywności biznesowej, która mogłaby ich narazić na konflikt interesów.
Nie mieliście przypadków naruszenia tych standardów?
Zdarzały się takie sytuacje w przeszłości. Np. były minister spraw zagranicznych Carl Bildt, zanim objął swój urząd, nabył udziały w firmie, która działała na rynku naftowym Rosji. Zarzucano mu potem, że to mogło wpływać na jego decyzje dotyczące polityki zagranicznej Szwecji na tym obszarze.
Jak to rozstrzygnięto?
Musiał sprzedać swoje udziały. Biznesmeni jednak na ogół nie muszą automatycznie pozbywać się swoich udziałów, gdy wchodzą do parlamentu. Podobnie jak w Polsce politycy ujawniają swoje powiązania biznesowe i majątek w powszechnie dostępnym rejestrze. Nawiasem mówiąc, jest on obowiązkowy dopiero od zeszłego roku.
Polscy politycy chcą wprowadzić prawo antykorupcyjne, które w dość restrykcyjny sposób określa prawa i obowiązki ludzi sprawujących urzędy publiczne. Czy to dobry pomysł?
Każdy kraj musi dostosować przepisy do swojej specyfiki, kultury i historii. W Szwecji te przepisy nie są zebrane w żaden specyficzny kod zachowań. Nie mówimy szczegółowo naszym politykom, co jest dopuszczalne, a co nie. Etyczny przewodnik dla nich stanowią rozmaite zapisy prawne i przede wszystkim normy postępowania, które są utrwalone w naszym społeczeństwie. Poza tym oni wiedzą, że są rozliczani ze swojej działalności i w każdej chwili mogą być skontrolowani. Dostęp do dokumentów publicznych jest w Szwecji bardzo łatwy. Na przykład - mogę w każdej chwili pójść do urzędu miasta, poprosić o dowolne dokumenty publiczne (nieobjęte klauzulą tajności) i muszę je dostać. Gdyby ogłoszono przetarg na coś i chciałbym mieć wgląd w przebieg postępowania, nikt nie ma prawa nawet mnie pytać, dlaczego chcę je zobaczyć. Jestem obywatelem i mam prawo wiedzieć!
Bada Pan problem korupcji w Europie. Jak najskuteczniej podwyższa się standardy życia publicznego?
Trzeba zacząć od pracy u podstaw. Zmienić podejście policji, celników, instytucji, z którymi macie do czynienia na co dzień. Tam muszą funkcjonować mechanizmy skutecznego przeciwdziałania, a pracę instytucji publicznych trzeba tak zbudować, by bardziej opłacała się uczciwość niż korupcja. Ważne są też koszty moralne korupcji.
Czyli?
Jeśli ludzie uważają, że korupcja czy nepotyzm są złe - to przyłapanie na tym polityka będzie miało dla niego wysoki koszt i zniechęci go do takich zachowań. Tak się dzieje tylko, gdy panuje społeczny ostracyzm dla nieuczciwości.
Na to potrzeba zmiany świadomości…
Tak, ale jeśli to zrobicie, trudniej będzie oszukiwać, a łatwiej być uczciwym. To są podstawy.