Menu Region

Leo ma u nas sielankę

Leo ma u nas sielankę

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Hubert Zdankiewicz

Prześlij Drukuj
Leo Beenhakker narzeka na polskie piekiełko i próbuje wmówić kibicom, że nasz kraj jest ewenementem na skalę światową. Zdaniem Holendra nigdzie indziej trenerzy nie spotykają się z taką agresją i brakiem szacunku ze strony mediów.
Być może ma powody, by tak myśleć. Po Euro 2008 przestał być przecież ulubieńcem dziennikarzy. Z pewnością ma do tego prawo - żyjemy przecież w wolnym kraju. Niemniej trzeba powiedzieć wprost, że Beenhakker - delikatnie mówiąc - mija się z prawdą. Wielu jego kolegów po fachu spotkały dużo większe przykrości.

"Ze smutkiem donosimy, że w dniu dzisiejszym została zamordowana reprezentacja Brazylii" - tak zaczynający się nekrolog opublikowała w 1966 r. jedna z gazet w Kraju Kawy po tym, jak Canarinhos nie wyszli z grupy podczas mistrzostw świata (pomysł kibiców).

Dalej była lista winnych tej "zbrodni". Na jej czele znajdował się ówczesny selekcjoner Vicente Feola.
Nikogo nie obchodziło, że to ten sam człowiek, który osiem lat wcześniej wywalczył z Brazylią pierwsze w jej historii mistrzostwo świata. Nikt nie chciał też pamiętać o bandyckim polowaniu obrońców rywali na Pelego (za takie faule dziś daje się od razu czerwone kartki). Kukły przypominające Feolę zawisły na latarnich w całym kraju, a media domagały się dla niego... kary więzienia.

No dobrze, ale to było dawno, a poza tym Ameryka Południowa to nie Europa - powiedzą w tym momencie obrońcy Beenhakkera. Można więc przypomnieć im historię jednego z następców Feoli - Sebastiao Lazaroni. On z kolei po kiepskim występie Canarinhos na mundialu w 1990 roku (odpadli w 1/8 finału) musiał po powrocie do kraju jeździć na spacery w bagażniku swojego samochodu. Albo niech im będzie - wróćmy do Europy. Najlepiej do ulubionej przez Holendra Hiszpanii.

"Wynoś się do Włoch Fabio Farsello. Nie chcemy tu twojej żałosnej i tchórzliwej wizji futbolu" - napisał wiosną 2007 roku "AS" o ówczesnym szkoleniowcu Realu Madryt.

Ta sama gazeta porównała go miesiąc później do wodza Leonidasa, a jego piłkarzy do Spartan walczących w bitwie pod Termopilami (do kin wchodził właśnie film "300"). Minęło kolejnych kilka tygodni i madrycki dziennik przyjął z entuzjazmem decyzję o zwolnieniu Włocha. Dodajmy, że w nagrodę za wywalczone w międzyczasie z Realem mistrzostwo Hiszpanii.

Zwalnianie trenerów w nagrodę za sukcesy to zresztą w Madrycie niemal świecka tradycja. W 1998 roku podobny los spotkał Juppa Heynckesa. Niemiec dokonał tego, co nie udało się Beenhakkerowi - wywalczył z Realem Puchar Europy.

O tym, jak kapryśna bywa prasa na Półwyspie Iberyjskim, przekonał się również Frank Rijkaard. Gdy wygrywał trzy lata temu z Barceloną Ligę Mistrzów, był bohaterem. Wcześniej, później zresztą też, miejscowe gazety zamieszczały na swoich łamach karykatury Holendra z odciskiem buta poniżej pleców albo z głową wystającą z toalety. Pisano też o nim, że "zdradził futbol". Powód? Zastąpił w jednym meczu napastnika defensywnym pomocnikiem.

Niełatwo mają też trenerzy w innych częściach Europy. Byłego selekcjonera reprezentacji Anglii Steve'a McClarena media nazywały tchórzem i McClownem. Porównywały go do Myszki Miki i wysyłały na zasiłek dla bezrobotnych. Jego drużynę brukowy "The Sun" nazwał ponurym żartem europejskiej piłki.

Do nagonki na selekcjonera przyłączył się nawet opiniotwórczy "The Times", który opublikował jego podobiznę w reklamie, w której siedzi w toalecie bez papieru toaletowego.

"Mamma mia - jesteśmy słabi" - lamentował w 2006 roku "Bild" po tym, jak reprezentacja Niemiec przegrała na dwa miesiące przed mundialem 1:4 towarzyski mecz z Włochami.

Na głowę ówczesnego szkoleniowca Niemców Jürgena Klinsmanna wylano po tamtym spotkaniu wiadra pomyj. Słynny Stefan Effenberg sugerował nawet, by wywalić go z pracy jeszcze przed mistrzostwami.

Co zrobił Klinsmann? Nie wdawał się w polemiki, tylko pracował spokojnie dalej. A potem omal nie wygrał z Niemcami mundialu (ostatecznie zajął trzecie miejsce).

- Presja? Lepiej ją polubić - mówił przed turniejem na spotkaniu z polskimi dziennikarzami w Warszawie. Przykładów można podać więcej. Leo ma więc w Polsce sielankę. Bo jego podobizny w toalecie nikt jeszcze nie spuszczał.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

 

Komentarze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się