Menu Region

Labrador lekiem na całe zło

Labrador lekiem na całe zło

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Magdalena Leończuk

Prześlij Drukuj
"Marley i ja" to komedia o tym, że małżeństwo to gra o sumie zerowej: coś się traci, ale za to zyskuje się coś innego - pisze Magdalena Leończuk
John i Jenny Grogan po ślubie przeprowadzają się z mroźnego Michigan na słoneczną Florydę. Kupują pierwszy dom i przyjmują posady dziennikarzy w konkurujących pismach… Tu w głowie widza zapala się wielki neon "Uciekaj!". - O nie! Kolejny film o tym, jak robota partaczy udany związek. Nuudy… - myśli widz.

Nic bardziej błędnego! David Frankel miast pokazywać konkurujących ze sobą małżonków pismaków (jak np.
Julia Roberts i Nick Nolte w "Kocham kłopoty"), oferuje nadzwyczaj ciepłą, histerycznie śmieszną, a przy tym szczerą opowieść o małżeństwie i rodzicielstwie. O tym wszystkim, czego większość pragnie, ale na co nikt - jak mówi Jenny Grogan - nie jest w pełni przygotowany. Bo nie ma szkół, w których uczą, jak żyć.

Gdy Jenny zaczyna przejawiać instynkty macierzyńskie, John nie czuje się jeszcze dojrzały do roli ojca. I za radą kumpla Sebastiana kupuje żonie psa. Ale choć snu nie przerywa im krzyk niemowlęcia, małżonkowie i tak nie mają łatwo. 50-kilogramowy biszkoptowy labrador Marley zachowuje się jakby miał ADHD: wszędzie go pełno. To on wyprowadza Gro-ganów na spacer, a nie oni jego. To on zjada meble, książki, buty, kwiatki (nie gardzi biżuterią ani telefonami), obgryza tapetę, pije wodę z kibla i gania listonoszy.

Wszelkie próby wychowania Marleya kończą się fiaskiem, więc Jenny i John dają za wygraną w myśl zasady "jak nie możesz pokonać, to polub". Kochają czworonoga (z wzajemnością), więc zwyczajnie i niezauważalnie dla nich samych przystosowują się do jego trybu życia. A on jest z nimi na dobre i złe, gdy rodzą im się dzieci, przechodzą kryzysy małżeńskie, zmieniają pracę czy kupują nowy dom. I przypomina właścicielom o tym, co jest w życiu najważniejsze.

"Marley i ja" to najbardziej pieski z pieskich filmów, z jakimi się spotkałam. Marley to nie wytwór efektów specjalnych. Labrador nie mówi, nie zachowuje się jak człowiek i, co najważniejsze, nie ogranicza swoich popędów. I co rusz wywołuje salwę śmiechu.

Ale też dzięki umiejętnej reżyserii Frankela nie odwraca uwagi od ludzkich dramatów, wzlotów i upadków. Bo tam, gdzie kończą się bajki, zaczyna się prawdziwe życie: ciągłe poszukiwanie kompromisu między spełnieniem w życiu zawodowym a powinnościami wobec najbliższych. Narodziny dzieci wywracają życie Groganów do góry nogami. Jenny, by być dobrą matką, rezygnuje z ukochanej pracy. I czasem zastanawia się, czy dobrze zrobiła. A gdy jest na skraju załamania nerwowego, w powietrzu wisi rozwód.

A John po cichu zazdrości Sebastianowi, który jako kawaler ma wiele możliwości rozwoju i stosunkowo niewiele innych obowiązków. Potrzebuje chwili spokoju w samochodzie, nim po ciężkim dniu w pracy wejdzie do hałaśliwego domu.

Ale tak to jest: by coś zyskać, Jenny i John muszą z czegoś zrezygnować. Jak i Sebastian, który wybiera karierę zamiast rodziny. Frankel pokazuje dwie drogi rozwoju, ale nie mówi, która z nich jest właściwa czy lepsza. Mówi o problemach ludzi z dowcipem, ale i z nutą nostalgii. Unika banałów, bo sięga po porównania, które są trafne, zabawne, a zarazem czytelne. Widz otrzymuje zatem więcej, niż może się spodziewać. Nie dziwi więc, że "Marley i ja" stał się w USA hitem.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

 

Komentarze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się