Menu Region

Mocarz o złamanym sercu

Mocarz o złamanym sercu

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Marek Świrkowicz

Prześlij Drukuj
W piątek do kin twardym krokiem wstąpi "Zapaśnik". Mickey Rourke, który za rolę wrestlera po przejściach zdobył Złoty Glob i nagrodę BAFTA, popisowo wraca na aktorski szczyt
"Cieszę się, że żyję w kraju, który wydał z siebie tak walecznych aktorów, zdolnych pokonać najgorsze przeciwności losu. Mój brat Mickey Rourke powrócił!" - mówił podczas tegorocznej oscarowej nocy wzruszony Sean Penn, mocno ściskając lśniącą statuetkę za najlepszą rolę męską, którą chwilę wcześniej odebrał z rąk Michaela Douglasa.

Nawet gwiazdor "Obywatela Milka" był przekonany, że Oscar zamiast do niego powędruje do "żelaznego Mickeya".
Podobno po ceremonii przyznał się kumplom w kuluarach, że płakał jak bóbr, oglądając to, co zniszczony trudami życia i setkami operacji plastycznych gwiazdor "9 i 1/2 tygodnia" wyczynia na planie najnowszego filmu opromienionego chwałą "Pi" i "Requiem dla snu" Darrena Aronofsky'ego. Już w piątek będziecie mogli pójść w jego ślady - pominięty podczas rozdania Oscarów, ale obsypany deszczem innych nagród (z weneckim Złotym Lwem na czele) "Zapaśnik" wreszcie wkracza do naszych kin.

Możemy wam zagwarantować, że powodów, by uronić łezkę, będzie co niemiara. Niech was bowiem nie zmyli tandetny wrestlingowy entourage, pełen wielkich, spoconych facetów w obcisłych, jaskrawych gatkach, którzy z pasją godną lepszej sprawy okładają się po nalanych pyskach, siadają sobie na głowach i traktują się nawzajem tapicerskim zszywaczem albo drutem kolczastym. To tylko fasada, za którą kryje się najzupełniej ludzki dramat gościa, który oprócz góry mięśni, obciachowej fryzury i spalonej na solarium cielesnej powłoki ma także uczucia.

Aronofsky i Rourke postanowili raz na zawsze udowodnić, że czasy niezłomnych ekranowych twardzieli odeszły do lamusa wraz z ostatnimi podrygami Rocky'ego Balboa i Johna Rambo. I zamiast oklepanej jak facjata przeciętnego wrestlera historii chłopaka z ulicy, który - nokautując kolejnych adwersarzy - pnie się mozolnie na zapaśniczy szczyt, serwują nam poruszającą opowieść o tym, co ów chłopak (mocno już nadwerężony przez czas) przeżywa po tegoż szczytu opuszczeniu. Ich twardziel jest zmęczony, sfrustrowany, samotny i nie wstydzi się zapłakać nad swym spapranym żywotem. Ale wciąż pozostaje twardzielem - bo niczego innego tak naprawdę w życiu nie potrafi.

Nazywa się swojsko Robin Ramzinsky, ale zdecydowanie woli, gdy ludzie nazywają go Randy Robinson. W latach 80. jako "The Ram" wtargnął szturmem na wrestlingowe ringi i szybko został megagwiazdą wolnej amerykanki. Fani go uwielbiali, kobiety kochały, a promotorzy zabijali się o kolejne walki z jego udziałem. Poznajemy go jednak 20 lat później. Ze swą burzą farbowanych loków i upodobaniem do starego hard rocka wygląda jak chodząca skamielina sprzed dwóch dekad. Słabo słyszy, pracuje w lokalnym supermarkecie, mieszka sam w przyczepie, a jego jedynym towarzystwem są dzieciaki z sąsiedztwa, z którymi gra na przedpotopowej konsoli Nintendo w grę o samym sobie. Odżywa tylko w weekendy, gdy zakłada swój stary trykot i jeździ po lokalnych salach gimnastycznych jako atrakcja pokazowych walk.

Podczas jednej z nich dostaje ataku serca. Lekarze uświadamiają mu, że kolejna walka oznacza śmierć. Stłamszony Randy próbuje jakoś ułożyć sobie życie bez ringu. Pragnie odnowić więź z niewidzianą od lat córką, podkochuje się w pięknej, choć podobnie jak on starzejącej się striptizerce (równie rewelacyjna co Rourke Marisa Tomei) - bez skutku. Dlatego gdy pojawia się propozycja odtworzenia pamiętnej walki sprzed 20 lat, wbrew protestom lekarzy (i własnego organizmu) postanawia jeszcze raz wskoczyć w obcisłe portki wojownika.

Wyobrażacie sobie w tak dołującej roli legendarnych twardzieli pokroju Johna Wayne'a, Arnolda Schwarzeneggera czy Sylvestra Stallone'a? Rourke nie miał żadnych oporów. Ale trudno mu się dziwić - ostatecznie przecież zagrał samego siebie. Faceta, który po latach chwały stoczył się na samo dno zapomnienia, by potem cudownie zmartwychwstać. Podczas finałowego starcia filmowy "The Ram" wykrzykuje: "Wielu mówiło, że jestem skończony. Rzeczywiście, nie słyszę zbyt dobrze, nie jestem już tak przystojny jak kiedyś, ale jestem The Ram i jestem tu!". Sam Mickey lepiej by tego nie ujął.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

 

Komentarze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się