Menu Region

Steinbach to dzwonek alarmowy

Steinbach to dzwonek alarmowy

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Maciej Łętowski, publicysta

Prześlij Drukuj
Niemcy nie rozumieją, skąd w Polsce wzięła się tak ostra reakcja na panią Steinbach, skąd tak wielkie znaczenie przywiązujemy do wydarzeń z odległej przecież przeszłości.
Spieszę wytłumaczyć: jeżeli Polacy tak często wracają do historii, to dlatego, że nie zadowala ich obecny stan stosunków polsko-niemieckich. Więcej, im mniej znajdujemy w Berlinie zrozumienia dla naszych stanowisk w sprawach bieżących, tym intensywniej odwołujemy się do złych wspomnień.

Dlaczego? Ano dlatego, że historia jest dla nas, Polaków, jedynym silnym argumentem w rozmowie z Niemcami. Więc go wyciągamy, jeśli politycy niemieccy zapominają o ciążącym na nich obowiązku empatii, czyli wsłuchiwania się w odczucia sąsiada zza Odry.


Jeśli współczesne stosunki między państwami układają się dobrze, to spornymi kwestiami z przeszłości zajmują się wyłącznie historycy. Choć między Francuzami a Niemcami jest morze przelanej krwi, choć w każdym francuskim miasteczku na rynku jest pomnik z wyrytymi nazwiskami żołnierzy poległych w I wojnie światowej, to Sarkozy nie odwołuje się w rozmowach w Berlinie do historii. Nie odwołuje się, bo nie musi. Niemcy bowiem wiedzą, że powinni szanować francuską wrażliwość. Więcej, często wręcz typowo francuską nadwrażliwość.

Niemieccy politycy starszej daty prywatnie mi opowiadali, ile upokorzeń znosili z powodu francuskiej arogancji, zwłaszcza w pierwszych latach po wojnie, w latach kładzenia zrębów pod europejskie wspólnoty. Kiedy de Gaulle ironizował, że tak bardzo kocha Niemcy, iż życzy im, by jak najdłużej mieli dwa państwa (RFN i NRD), to politycy z Bonn przyjmowali te słowa z zaciśniętymi zębami. Bo Francuzom wolno było więcej, bo Niemcom było wolno mniej. Przez pół wieku wolności Francja i Niemcy powiązały się tyloma interesami gospodarczymi, międzynarodowymi i ludzkimi, że prezydent Chirac mógł zaprosić kanclerza Schrödera w 2004 r. do wspólnego spaceru po polach Normandii.

Normalizacji stosunków francusko-niemieckich służyła swoista ambiwalencja po stronie niemieckiej - Niemcy z jednej strony czuli zawsze pewną intelektualną wyższość wobec nieuporządkowanego sposobu myślenia Francuzów, ale z drugiej pociągały ich francuska radość życia, kuchnia i oderwane od realiów "mocarstwowe" ambicje.

Otóż obu przesłanek brakuje w stosunkach polsko-niemieckich. Kiedy dwie dekady temu wróciliśmy do dialogu, to Niemcy były już zjednoczone i rządzone przez pokolenie, które osobiście nie musiało za nic przepraszać. Kiedy ich rodzice przepraszali Żydów i Francuzów, to nami zajmował się Stalin.

Więcej, w stosunkach polsko-niemieckich nie ma ani elementarnej równowagi, ani miarkowania przez Niemców poczucia pewnej wyższości fascynacją naszą tożsamością. W niemieckiej Realpolitik relacje z Polską to stosunki pozbawione symetrii i sympatii, to relacje centrum i peryferii, siły i słabości. Owszem, między Berlinem a Moskwą bywa niekiedy Warszawa. Dziś należy do Warszawy pojechać. Ale jakże jechać, skoro do stolicy Polski nie prowadzi żadna przyzwoita autostrada?

Gdyby partner słabszy był partnerem kulturowo atrakcyjnym… Niemcy żywią wspomniane uczucia wobec Francji, żywią znane sentymenty wobec Rosji, natomiast względem nas są grzeczni i poprawni. Jak się jest w Polsce, to trzeba coś wspomnieć o powstańcach listopadowych entuzjastycznie witanych w Saksonii, o wojennych cierpieniach, polskim umiłowaniu wolności, papieżu Polaku i Solidarności….
1 »

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

 

Komentarze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się