Menu Region

Zbigniew Boniek: Nie mówmy już o Leo

Zbigniew Boniek: Nie mówmy już o Leo

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Rafał Romaniuk

Prześlij Drukuj
Jesteśmy w tym samym miejscu co 6 lat temu. Dyskutujemy, że trzeba polską piłkę naprawiać. I na słowach się kończy - mówi Zbigniew Boniek, legenda polskiej piłki w rozmowie z Rafałem Romaniukiem.
Polska reprezentacja zagrała w trzeciej wielkiej imprezie z rzędu. Nadzieje mieliśmy ogromne, a skończyło się jak zawsze: przegrywaliśmy w marnym stylu i po pierwszej fazie wróciliśmy do domu. Pana pierwsze wnioski?
Okazało się, że po raz kolejny dopadł nas ten sam problem. Rozegraliśmy bardzo dobre i skuteczne eliminacje, jednak podczas turnieju finałowego nie potrafiliśmy podtrzymać poziomu.
I mamy niespełnione oczekiwania. Różnica jest jednak oczywista: w eliminacjach gra jedna dobra drużyna, dwie średnie i dwie słabsze. A w finałach Euro - same dobre. I niestety, zderzyliśmy się z bolesną rzeczywistością.

W Polsce trwa dyskusja, czy Leo Beenhakker powinien dalej kierować reprezentacją.

Na pewno mecze w tegorocznych finałach Euro pokazały, że piłkarsko nie mieliśmy zbyt wielu argumentów. Ale już w ostatnim wywiadzie dla was mówiłem, że w przypadku porażki, zamiast merytorycznych argumentów i spokojnej rozmowy, dlaczego nie wyszło, zacznie się polowanie. I powstaną obozy: kto jest za kim, kto przeciwko komu. Nie chcę brać w tym udziału. My, Polacy, lubimy być złośliwi i stąd ta dyskusja.

Chyba powinniśmy szukać odpowiedzialnych za to, co się stało?
To oczywiste. Każdy trener odpowiada za sukcesy i porażki. Ale podkreślam: odpowiada, co nie jest równoznaczne ze słowem "winny". I powinniśmy rozmawiać właśnie na tym poziomie, mówić o odpowiedzialności. Po zakończeniu eliminacji niepotrzebnie kreowano atmosferę wielkiego sukcesu. A wiadomo, że jak balon jest zbyt mocno napompowany, to i oczekiwania są ogromne. A w takim przypadku ewentualna porażka boli dużo bardziej. Można tę sytuację porównać z zachowaniem polityków, którzy rozpoczynają kampanię wyborczą.

Opowiadają wówczas, że zrobią to, że zrobią tamto, że wszystko będzie lepiej. Potok słów i obietnic. Problem zaczyna się wtedy, gdy trzeba zmierzyć się z rzeczywistością i zapowiedzi zrealizować. To, co mówię, nie znaczy, że Beenhakker nie zna się na swoim fachu. Jest przecież bardzo doświadczonym trenerem. Wystarczy jednak przeczytać kilka moich felietonów na łamach waszej gazety, by zorientować się, o co mi chodzi. Pisałem, że jeśli różnica pomiędzy marzeniami a realnymi możliwościami jest zbyt duża, to może przynieść tylko ujemne skutki.

Beenhakker usprawiedliwiał się, że trudno było zastąpić kontuzjowanych Błaszczykowskiego, Żurawskiego i Bronowickiego.
I tu znowu wracamy do kwestii odpowiedzialności. Przecież kontuzje to w piłce rzecz normalna. Jeden wypada i powinien być następca. Nie może być tak, że jedna czy dwie kontuzje łamią całą koncepcję. Ta sytuacja pokazuje, że problem był inny. Materiał ludzki, którym dysponował Beenhakker, nie gwarantował sukcesu.

Czyli wystarczy powiedzieć, że mamy słabych piłkarzy i dalsza dyskusja nie ma sensu?
Oczywiście, że trzeba dyskutować. Brakowało mi przede wszystkim koncepcji i wizji, jak my mamy w tę piłkę grać. Czy chcemy długo się przy niej utrzymywać, czy obrońcy mają grać wysoko itd. Nie chodzi o to, że w każdym meczu obrona była inaczej zestawiona. To nie jest sedno problemu, skoro nie było jasnej koncepcji. Popatrzmy na Rosjan, którzy są już w półfinale. Oni doskonale wiedzieli, co zrobić z piłką od momentu, gdy przejmowali ją obrońcy. Widać było, że każdy wie, co ma robić.

Wszyscy zastanawiają się jednak, czy za błędy, o których Pan też mówi, Beenhakker nie powinien zapłacić posadą?

Lubimy dorabiać sobie do wszystkiego teorię. Słyszę tylko: zostawić Leo, wyrzucić Leo. Oczywiście, Beenhakker popełnił błędy. Spodziewano się przede wszystkim, że przyjedzie i pozostawi po sobie know-how. A on tymczasem zamknął się w bardzo hermetycznej grupie. Ale to wszystko nie jest najistotniejsze. Niech Leo zostanie i skończmy już tę dyskusję. Zajmijmy się lepiej rozmową o tym, co jest naprawdę ważne. Dyskutujmy, czy mamy drużynę, która przez 90 min potrafi grać na wysokim poziomie. Jeśli się tym nie zajmiemy, a skoncentrujemy się na polskim piekiełku, to znowu będą eliminacje, znowu wielka impreza i znowu wielkie rozczarowanie.

Mówmy więc o przyszłości i o tym, co trzeba zrobić, by kolejna wielka impreza nie zakończyła się tak jak trzy poprzednie. A może trzeba już budować drużynę z myślą o Euro 2012, jak radzą niektórzy eksperci?
Dyskusja na temat Euro 2012 przyjmuje w Polsce charakter makabryczny. Nie można mówić: odpuśćmy eliminacje mistrzostw świata 2010 i zajmijmy się przygotowaniami do kolejnego Euro. To niepoważne. Reprezentacja to nie dom, który się postawi i sobie stoi. Zgadzam się, że trzeba cały czas myśleć o przyszłości, co nie znaczy, że mamy odpuszczać jakąś imprezę.

Dam panu przykład: cały czas nawiązujemy do wygranego meczu z Portugalią. Ale nie potrafimy wyciągać odpowiednich wniosków. Wolimy zachłystywać się pojedynczymi sukcesami. A wystarczy przypomnieć, że na Stadionie Śląskim poległy w przeszłości równie silne reprezentacje co Portugalia. Zespół Scolariego przyjechał do Chorzowa z myślą: pobiegamy trochę i ogramy frajerów.

My potrafiliśmy obnażyć tę postawę i chwała nam za to. Tylko nie można żyć ciągle przeszłością. Powiem więcej, klasowy piłkarz musi cały czas myśleć, co zrobić, by za pół roku być lepszym niż teraz. A u nas panuje minimalizm. Taka postawa jest jednak wypadkową polskiej piłki.

Co ma Pan na myśli?
Jak można marzyć o sukcesach reprezentacji, skoro nasze drużyny od lat nie mogą przebić się do Ligi Mistrzów. Nie mamy stadionów na odpowiednim poziomie. A rozgrywki ligowe? Do startu ekstraklasy pozostało kilkanaście dni, a my wciąż nie wiemy, kto będzie w niej grał. Gdy sześć lat temu reprezentacja Polski wyjeżdżała na mistrzostwa świata do Korei i Japonii, żyliśmy sprawą Szczakowianki. I po tylu latach jesteśmy w tym samym miejscu. Bo lubimy proste myślenie: Leo wygrywa dwa mecze i wynosimy go pod niebiosa. Przegrywa dwa - i najchętniej wysłalibyśmy go do Holandii. Tymczasem zadajmy sobie pytanie, dlaczego nie produkujemy piłkarzy na odpowiednim poziomie. A do tego trzeba systemu, którego nie mieliśmy, nie mamy i obawiam się, że jeśli wszystko tak dalej pójdzie, to nie będziemy mieli.

Faworytem w wyborach na prezesa PZPN jest Grzegorz Lato. To Pana zdaniem osoba, która może zainicjować poważne zmiany w polskiej piłce, o których mówimy?
Czytałem, że chce kandydować. I przyjmuję to z wielką satysfakcją. Bo im więcej piłkarzy, tym lepiej. Do tej pory w środowisku dominowali sędziowie i wszyscy widzimy, co się dzieje. A Lato to przecież król strzelców mistrzostw świata. Jeśli ma swoją wizję naprawy polskiego futbolu, to powinien się nią jak najszybciej podzielić. Szanuję Grzegorza i bardzo go lubię. Jeśli jednak kandyduje tylko po to, by przyjść do pokoju i poprzestawiać stare meble w inne miejsce, to nie ma to większego sensu.

Problem w tym, że przez rok był w zarządzie i nie pamiętam, żeby zabrał głos w jakiejś ważnej sprawie. Jeśli chcemy mieć piłkę na odpowiednim poziomie, należy ją odpowiednio ustawić. Wystarczy prosta statystyka, żeby zobaczyć, o co chodzi. W Holandii sport uprawia 90 proc. młodzieży.

We Włoszech - 80 proc. A w Polsce? 15 proc. A wie pan przecież, że za 8 lat to właśnie ci młodzi ludzie mają przejąć pałeczkę. I o nich trzeba zadbać. Ale do tego potrzeba systemu. My go nie mamy. Potrzebni są nowocześni menedżerowie, zmiana mentalności, krótko mówiąc: cały system działania. Profesjonalizm. Nie chcę wchodzić w szczegóły, bo nie mam zamiaru układać komuś programu wyborczego.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

 

Komentarze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się