Jak oszczędzamy w kryzysie
Data dodania: Ostatnia aktualizacja:
W dyskoncie kupuje parówki po 5,60 zł za kilo i makaron nitki po 2,10 zł za dwukilogramowe opakowanie. Makaron gotuje al dente, odcedza, dorzuca do niego dwie drobno pokrojone parówki, chlapie ketchupem z hipermarketu (2,40 zł za dwulitrową butlę). To jest obiad. Na kolację szykuje przeważnie budyń czekoladowy (23 gr za torebkę). Na rozwodnionym mleku w pro-szku, które zdobywa w promocji, to znaczy wtedy, gdy mija termin ważności. Żołądek ma koński, o zdrowie się nie lęka, więc ten przeterminowany specyfik nabywa w ilościach hurtowych i zużywa przez kolejne tygodnie.
Śniadań raczej nie jada, chyba że w te weekendy, gdy rezygnuje z nadgodzin i nie jedzie do pracy. Na tę rzadką okoliczność ma pasztetową (4,50 za kg) i przeceniony chleb (60 gr za bochenek). Teoretycznie jest to chleb wczorajszy, kupiony za połowę ceny. Teoretycznie, bo na weekendowe śniadanie pieczywo czeka przynajmniej tydzień. Kupuje je, gdy ma czas, w sąsiedniej dzielnicy, w punkcie sprzedaży obwoźnej.
Niekiedy, np. przed świętami, w przypływie szaleństwa prosi też o drożdżówkę. Oczywiście, wczorajszą, za 50 gr. Najbardziej lubi z makiem, ale nie zawsze bywają. Kiedyś, nie mogąc zapanować nad głodem i łakomstwem, wziął więc taką ze śliwką, przedwczorajszą. I złamał sobie na niej górną szóstkę. Gdyby nie studentki z Akademii Medycznej, które wyrwały mu resztkę zęba gratis, miałby nie lada problem, bo w przychodni osiedlowej już nie przyjmowano zapisów do końca roku.
Adam żyje za 500 zł miesięcznie. Połowa tej kwoty to opłata za mieszkanie, czyli wynajmowany pokoik, który dzieli z sędziwym gospodarzem. To, co zostanie, musi wystarczyć na ubranie, środki czystości, kartę telefoniczną, jedzenie i różne nieprzewidziane wydatki. Na przykład na części rowerowe.
- Za rower zapłaciłem w hipermarkecie 590 zł, ale zwrócił mi się już po pół roku - opowiada. - Tyle bowiem wydałbym na bilety miesięczne, gdybym podróżował jak inni. Do pracy, na skróty, mam 10 kilometrów, ale żeby dojechać autobusem, trzeba korzystać z dwóch linii.
Rowerem porusza się przez cały rok, bez względu na pogodę. - Jesienią obiecałem sobie, że odpuszczę dopiero wtedy, gdy temperatura spadnie poniżej zera - wyznaje. - Gdy spadła, zacząłem liczyć: 2 x 2,80 x 2. Wyszło 11,20. No to założyłem pod kask dodatkową czapkę, owinąłem mocniej gardło i ruszyłem pod górę, ślizgając się na jezdni między tirami.
