Co miesiąc traciła 150 tys. zł. Bank zmusił ją do podpisania oświadczenia, że umowa o opcjach była zawarta poprawnie. Gdyby się nie zgodziła, musiałaby spłacić całość - 700 tys. euro. Maria, jak wielu przedsiębiorców, przechodzi brutalny i przyśpieszony kurs ekonomii - pisze Konrad Dulkowski
Właśnie jedziemy do banku. Pod przymusem - mówi Maria. W tle rozmowy telefonicznej słychać szum silnika samochodu. Co chwila głos zanika i nie jestem pewien, czy to słaby zasięg sieci komórkowej, czy głos więźnie jej w gardle. - Obiecali, że rozłożą nam dług na raty, ale pod warunkiem, że podpiszemy oświadczenie, iż umowa na opcje walutowe była zawarta poprawnie i że poinformowali nas o ryzyku.
Nie poinformowali, ale Maria podpisze, bo nie ma wyboru. Gdyby nie podpisała, bank wypowiedziałby jej umowę i zażądał spłaty całości od razu - 700 tys. euro. Taka kwota wykończyłaby firmę, którą prowadzą razem z mężem.
To niewielki (45 pracowników), ale prężny zakład na Pomorzu, produkujący części metalowe. Zaczynali od frezowania, spawania na zamówienie, a wreszcie kupili maszyny, zdobyli certyfikaty i zaczęli wytwarzać elementy samolotów. Bank ich hołubił. W małej miejscowości niewielu było takich klientów.
- Nawet na bankiety nas zapraszali, czuliśmy się niemal-że jak para królewska - opowiada Maria. Firma produkuje głównie na eksport. Niemcy, Austria, Dania. Kontrahenci płacili w euro. Ale złoty się umacniał, co dla eksportera oznaczało mniejsze zyski.
- Jak składaliśmy ofertę, euro było na poziomie 3,80 zł. A jak płacili nam za towar, to już było kilkanaście groszy taniej... Pracownicy banku odwiedzili firmę, gdy euro stało po 3,40.
Kaskada nieszczęść
Był maj 2008. Kryzys? Tak, w telewizji wspominali, że w Stanach coś złego dzieje się z gospodarką. W Polsce wydawał się tak samo realny jak huragan "Katrina" albo trzęsienie ziemi w Chinach. Tutaj problemem była silna złotówka.
Dlatego przedstawiciele banku zaproponowali produkt Forward: firma Marii zapłaci prowizję, ale w zamian będzie mogła sprzedać bankowi euro po z góry ustalonym, atrakcyjnym kursie.
- Spodobało mi się to, bo ratowało nas przed spadkiem wartości euro - mówi Maria. - Nie rozumiałam tylko, w jaki sposób bank wyjdzie na swoje. "I wilk będzie syty, i owca cała - tłumaczyli - bo po pierwsze, zarobimy prowizję, a po drugie, pani euro sprzedamy komu innemu po korzystnym dla siebie kursie". Tak naprawdę, to ja do dzisiaj tego nie rozumiem, ale wtedy uwierzyłam i faktycznie za pierwszym razem wyszliśmy na swoje.
Kiedy skończyła się umowa, bank zaoferował kolejny produkt - Kaskadę. - Czym się różnił? Powiedzieli, że zyskam jeszcze więcej, bo oni rezygnują z prowizji, w dodatku kupią ode mnie więcej euro. Muszę się tylko zobowiązać, że na pewno im je sprzedam. Jestem z wykształcenia pielęgniarką, nie ekonomistą. I oni to świetnie wiedzieli. Zapewniali, że nie stracę. Nikt mnie nie poinformował o ryzyku, o tym, że tak naprawdę to ruletka.
W czerwcu 2008 podpisała umowę ramową, określającą ogólne warunki. Resztę uzgodnili przez telefon.
Pierwszy raz Maria przestraszyła się w październiku, gdy cena euro skoczyła do 3,90 zł. Ale zaraz spadła, bankowcy uspokajali, że to chwilowe zawirowanie rynku, i wkrótce kurs się uspokoi. Uspokoił się na chwilę. W listopadzie wykresy szły w górę, by w połowie grudnia przekroczyć magiczną granicę 4 zł. I nie przestawały rosnąć. 4,20… 4,30… 4,50…4,70... Maria przestała spać. - Dopiero teraz okazało się, w co wdepnęłam i na czym polega haczyk.
Haczyk? To już był hak, bo na podstawie umowy bank żądał 100 tys. euro miesięcznie po 3,50 zł. Na różnicy kursu firma Marii co miesiąc traciła prawie 150 tys. zł.
Wkręceni w opcje
- Inni przedsiębiorcy to nawet więcej, bo banki miały z nimi umowy, na podstawie których mogły żądać wielokrotności tego, co same oferowały - podkreśla Zbigniew Przybysz, stojący na czele niedawno powołanego Stowarzyszenia na rzecz Obrony Polskich Przedsiębiorstw. - Przykładowo, wystawiając bankowi opcję na 100 tys. euro, klient zobowiązywał się, że w razie zmiany kursu sprzeda mu dwa, trzy, a nawet pięć razy tyle! Spekulacje? Na pewno niektóre firmy szukały łatwych pieniędzy.
- Część przedsiębiorców zawierała kontrakty na opcje walutowe z kilkoma bankami naraz. Spekulowali i przegrali, teraz nie mogą mieć pretensji - mówi Krzysztof Pietraszkiewicz, prezes Związku Banków Polskich. Ale zaraz dodaje, że takich jest niewielu. Większość padła ofiarą dramatycznego załamania gospodarczego na świecie. Ale też mody na opcje i wizji łatwego zarobku. To jak z giełdą - kiedy indeksy rosną, ustawiają się kolejki chętnych do inwestowania w akcje.
- W większości przypadków nikt nie jest winien - tłumaczy Pietraszkiewicz. - Po prostu wydarzyła się sytuacja nadzwyczajna, z jaką jeszcze nigdy nie mieliśmy do czynienia.
Ale owa większość nie chce o tym słyszeć. Czują się po prostu wkręceni w opcje. Bo kto, oprócz garstki specjalistów, jeszcze kilka miesięcy temu wiedział, czym to się je? I jak łatwo, zwłaszcza wielkim międzynarodowym korporacjom finansowym, przychodzi manipulować kursami walut w kryzysowych czasach?
Maria, jak wielu innych drobnych przedsiębiorców, nie miała o tym pojęcia. Zaproponowała bankowi, by przerwać tę umowę. Co bank zabrał, to już trudno, ale teraz to przecież doprowadzą firmę do bankructwa.
- Jeszcze jadąc na spotkanie, byłam przekonana, że oni się martwią tym, co się stało, i że pomogą. Ale już pierwsze słowa dyrektora nie pozwalały się łudzić: "Nie widzimy możliwości porozumienia. Podpisaliście? No to koniec rozmowy".
- Zniszczą nas, po prostu nas zniszczą - Maria tylko kręci głową. Padły już firmy większe niż ich. Odlewnie Polskie, Elwo z Pszczyny, Krośnieńskie Huty Szkła… Setki innych ma kłopoty.
Według szacunków Komisji Nadzoru Finansowego, straty firm mogą sięgać 15 mld zł, ale niektórzy biznesmeni uważają, że nawet 50 mld!
Klient, czyli cel
- Pewnie, że mówi się to, co klient pragnie usłyszeć. Wybór jest prosty: albo ty, albo on - opowiada Wanda, jeszcze do niedawna doradca w dziale obsługi bezpośredniej dużego banku z kapitałem zagranicznym.
Pensje takich doradców zależą od tego, czy wyrobią tar-get. A target to liczba udzielonych kredytów, sprzedanych lokat czy założonych kont. I pracownik zrobi wszystko, żeby target osiągnąć.
- Centrala banku zawsze ustalała go na poziomie nieco wyższym niż możliwości oddziału - tłumaczy Wanda. - A kiedy już nam się udało zrobić wynik, to zaraz zmienili zasady księgowania. Od tej pory, jak sprzedałeś na przykład 20 kart kredytowych w pierwszym tygodniu miesiąca, to one jeszcze szły na twoje konto. Karty sprzedane później już nie miały szans, bo księgowano je 17 dnia miesiąca. - Ale chyba przechodziły na następny miesiąc? - Coś ty, to już nowy okres rozliczeniowy, licznik bije od zera! - Wanda tylko się uśmiecha.
W tym systemie klient się nie liczy. Liczy się target. Zachwalasz kartę kredytową: ma pan 50 dni na spłatę zadłużenia i nic pan za to nie płaci. Ale nie dodajesz, że dotyczy to wyłącznie transakcji bezgotówkowych.
Albo promocje: jeśli utrzyma pan na koncie wysokie saldo, zwolnimy pana z opłat za prowadzenie rachunku.
- Tyle że promocje kończą się bez zapowiedzi, nawet pracownicy nie wiedzą, kiedy. Potem klient przychodzi wkurzony, że miało być za darmo, a nie jest. Tylko do kogo pretensje? Tamtego doradcy już nie ma. Rotacja duża, bo nie każdy jest w stanie wyrobić target. A zresztą, nie czytałeś regulaminu? Przecież podpisałeś, że to zrobiłeś, to teraz nie płacz - wzrusza ramionami Wanda.
Płacz i płać
Brałeś kredyt we frankach, bo taki tani, a nie dowiedziałeś się, że we frankach go nie spłacisz? A trzeba było się uczyć, co to przewalutowanie i spread, który banki mogą sobie ustalać według własnego widzimisię.
Z istnienia spreadu nikt nie robił problemu do jesieni 2008 r. To w słotne długie wieczory klienci zaczęli rozmyślać nad swymi kredytami hipotecznymi. Wnioski, do jakich do-szli, spowodowały w październiku lawinę skarg do Komisji Nadzoru Finansowego.
- Dopiero kiedy raty znacząco wzrosły, ludzie zwrócili uwagę na to, z czego składają się koszty ich kredytów - tłumaczy Katarzyna Biela z Komisji Nadzoru Finansowego.
To słowo, brzmiące jak onomatopeja wstydliwej czynności fizjologicznej, określa różnicę pomiędzy ceną kupna a sprzedaży waluty w banku. Kiedy bank udziela kredytu, przelicza go po kursie kupna, czyli niższym. Kiedy klient spłaca raty, bank zamienia jego złotówki na przykładowe franki po kursie sprzedaży - wyższym. W ten sposób zarabia ekstra. Ile? Od lipca 2008 r. średni spread urósł o prawie 100 proc. i sięga już 20 groszy! Klienci mogą tylko zgrzytać zębami i płacić.
- Wolna amerykanka panuje też w oprocentowaniu kredytów - irytuje się Paweł, jeden z 20 tysięcy klientów mBanku, którzy czują się oszukani. Kiedy brał kredyt we frankach, liczył się z ryzykiem, że raty mogą wzrosnąć. I nie piszczał, gdy od 2006 r. bank pięć razy podnosił stopę oprocentowania, zgodnie z tym, jak rósł Libor (bazowa stopa, po jakiej banki pożyczają sobie pieniądze, od niej zależą koszty kredytów).
- Rozumiem, poszło w górę, dlatego płacę osiem stów więcej niż na początku. Sam się na to pisałem - peroruje gniewnie Paweł. - Tyle że po okresie wzrostu Libor zmalał, a oprocentowanie ani drgnęło!
Kiedy klienci mBanku zaczęli się burzyć, usłyszeli, że tak jest w umowie i obniżka stóp procentowych jest arbitralną decyzją zarządu, czytaj: obniżymy, jak będziemy chcieli. Doszli więc do wniosku, że w jedności siła - zrzeszyli się, założyli w internecie stronę nabiciwmbank.pl i tak sprawa stała się głośna.
Efekt? Każdy z nich, już indywidualnie, otrzymał od banku propozycję ugody. - Tylko co to za ugoda, skoro ci z banku proponują: obniżymy oprocentowanie, ale podniesiemy stałą marżę. W ten sposób dostaną tyle samo, co teraz, nic nie ryzykując, bo Libor niższy raczej nie będzie, może tylko wzrosnąć. A wtedy nasze raty znowu pójdą w górę - irytuje się Paweł.
Podobnie postąpiły Multibank, Santander i Raiffeisen Bank. Dlatego Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów w ciągu najbliższych tygodni wystąpi do sądu o uznanie podobnych praktyk za nielegalne. Dopiero wtedy banki będą musiały wycofać się z dojenia klientów według własnego widzimisię. Ale co nabrały, to ich.
Zabezpiecz siebie i nas
Urząd będzie także skarżył zapisy w umowach, dzięki którym banki zmuszają klientów do dodatkowego zabezpieczenia kredytów. To najnowsza plaga, jeszcze nie do końca wiadomo, na ile groźna.
- W sierpniu 2008 r. wraz z rodzicami wzięłam w Metro-banku kredyt na mieszkanie - opowiada Anna. - Od tego czasu frank szwajcarski zdrożał o 60 procent i wartość kredytu przewyższyła wartości mieszkania, które dla banku jest zabezpieczeniem. No i teraz do mojej mamy wydzwania jakiś facet i każe, podobno zgodnie z umową, dodatkowo zabezpieczyć kredyt.
Metrobank dał im trzy możliwości: hipotekę na innej nieruchomości, pokrycie gotówką różnicy pomiędzy wartością mieszkania a wartością kredytu, albo maxi ratę.
- Tę trzecią możliwość przedstawiają jako cudowne zabezpieczenie przed ryzykiem kursowym - tłumaczy Anna. - Chodzi o to, że na rok lub dwa zamrożą ratę kredytu, żebyśmy nie wpadli w pułapkę zadłużenia, ale potem ci dobrzy wujkowie oszacują swoje straty i doliczą je do kapitału kredytu. Słowem, nie tylko nic nie zyskamy, ale jeszcze wzrosną nam odsetki!
Podobne propozycje otrzymali inni klienci banku.
- Mama usłyszała, że na razie proponują, ale potem przyjdzie Komisja Nadzoru Bankowego i wtedy już nie będzie wyboru - śmieje się Anna, ale zaraz poważnieje. - Na mnie takie strachy nie robią wrażenia, ale starsze osoby mogą się nabrać. Moi rodzice byli przerażeni, pomyśleli, że jak się nie zgodzą, to, bank wypowie im umowę.
- Bankowi nie zależy na tym, by wypowiadać umowy kredytowe - przekonuje Dariusz Makosza, dyrektor zarządzający Noble Banku, do którego należy Metrobank.
- Chcemy tylko uprzedzić ewentualne problemy klientów ze spłacaniem rat - wyjaśnia. Zapytany wprost, zapewnia, że dodatkowe zabezpieczenie nie jest obowiązkowe, a klientowi, który go nie przedstawi, zupełnie nic nie grozi.
Jednak Roman Sklepowicz, prezes Stowarzyszenia Poszkodowanych przez System Bankowy, obawia się, że zagrożenie istnieje.
- Zarząd banku nie może działać na niekorzyść spółki, więc jeśli odebrał wiadomość, że wartość zabezpieczenia znacząco się obniżyła, to musi żądać doubezpieczenia. Inaczej naraża się na odpowiedzialność karną.
Chociaż brzmi to dziś mało przekonująco, to niczego nie można wykluczyć. Wszak nie tak dawno nikt nie uwierzyłby, że Amerykanie będą masowo wyrzucani ze swoich domów, branych na tanie kredyty, których wszyscy im zazdrościli.
I nie wiadomo, czy utrata zaufania klientów to wystarczający straszak na banki.
- Będą dbały o klienta tylko wtedy, gdy będzie to dla nich korzystne, a ludzka pamięć jest krótka - mówi dr Andrzej Sucholiński z Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu. - W 1981 r. bank PKO S.A. przestał wypłacać ludziom ich dewizowe depozyty. Ktoś to jeszcze pamięta? - pyta retorycznie.
Byłoby inaczej, gdyby Polska przyjęła unijną dyrektywę w sprawie rynków instrumentów finansowych, zwaną MiFID. Zgodnie z jej zapisami bank nie może działać na szkodę klienta, musi zawsze upewnić się, że reguły proponowanej usługi są dla niego zrozumiałe. Tym najsłabszym, najmniej profesjonalnym, niewielkim przedsiębiorstwom, nie wolno oferować skomplikowanych i ryzykownych instrumentów finansowych. Gdyby w Polsce dyrektywa obowiązywała, to banki nie mogłyby żądać od małych firm wystawienia opcji walutowych. I wiele ofiar opcji w ogóle by się nimi nie stało.
1 listopada 2008 r. dyrektywę wdrożyły państwa Unii, ale nie Polska. Ustawę zawetował prezydent Kaczyński.
- To może być przesłanką, by w przyszłości wnosić do sądów sprawy przeciwko Skarbowi Państwa jako współodpowiedzialnemu za straty na opcjach walutowych - uważa Mirosław Kutnik, radca prawny z kancelarii Kutnik, Kalinowski i Partnerzy.
Na razie oszukani klienci banków mogą odwoływać się do regulatorów państwowych, jak Komisja Nadzoru Finansowego, albo po prostu iść do sądu. Tylko kto zdecyduje się na walkę z gigantem?
- Umowy są konstruowane przez sztaby prawników i ostatecznie zawsze pada argument: "Trzeba czytać, co się podpisuje" - mówi Karol Wilczko, analityk internetowego portalu finansowego Comperia.pl. A klienci boją się zadzierać z bankiem, szczególnie takim, który trzyma ich w garści przy pomocy pożyczonych pieniędzy.
Tydzień temu BRE Bank, właściciel mBanku i Multi-banku, zaprosił zbuntowanych kredytobiorców na rozmowy. Warunek był jeden - każdy przyjeżdżając musiał podać swój numer PESEL. Na spotkaniu pojawiło się sześć osób z ponad 20 tysięcy poszkodowanych.
I dlatego w tym artykule klienci banków występują anonimowo.
Polskapresse sp. z.o.o informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie PolskaTimes.pl podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.
Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.