Menu Region

Nie wolno pod wpływem szantażu emocjonalnego zmieniać prawa

Nie wolno pod wpływem szantażu emocjonalnego zmieniać prawa

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Tomasz Terlikowski, publicysta "Wprost"

Prześlij Drukuj
Nie mamy prawa do eutanazji, bo nie jesteśmy panami własnego życia - a tym bardziej nie są nimi nasi rodzice - pisze Tomasz Terlikowski
Oswojenie opinii publicznej z zabijaniem pacjentów i eutanazją - to jedyne cele, jakie osiągnąć można za pomocą debaty prasowej, w której centrum znajdują się dramatyczne historie rodzin osób chorych. Szantaż emocjonalny, który za nimi stoi, nie może być fundamentem prawa.

Terri Schiavo, Eluana Englaro, Janusz Świtaj, a ostatnio Krzysztof Jackiewicz - każdą z tych (bardzo od siebie różnych) historii media wykorzystują tak samo.
Najpierw przedstawiają dramatyczną (co do tego nikt nie ma wątpliwości) historię rodziny, mnożą pytania, a na koniec nadają dramatyczny komunikat: czy matka, ojciec albo sam zainteresowany nie ma prawa, by skończyć to cierpienie? Emocje, które aż buchają z takich tekstów, skłaniają zaś człowieka do prostej odpowiedzi: tak, powinien mieć prawo.

Problem polega tylko na tym, że w moralności, a jeszcze mocniej prawie, emocje są najgorszym doradcą. Nikt przy zdrowych zmysłach nie uzna bowiem, że rodzic powinien być dysponentem życia dziecka (a o to w istocie chodzi w sprawach takich jak Krzysztofa Jackiewicza czy Eliany Englaro).

Nieliczni też zgodzą się z opinią, że sami jesteśmy dysponentami naszego własnego życia. A najlepszym tego dowodem jest nie tylko społeczne przerażenie, jakie wywołuje samobójstwo, ale także szczegółowe zapisy prawne, które ostrzegają, że papierosy skracają życie i nakazują zapinanie pasów bezpieczeństwa. Zapisy te wynikają z podstawowego przekonania, że nie jesteśmy panami naszego życia. Nie mieliśmy wpływu na nasze poczęcie i nie jesteśmy też w stanie dodać ani jednego dnia do naszego życia, uciec przed niektórymi chorobami czy choćby jednoznacznie zaplanować swoje życie, tak by rzeczywiście nad nim panować. Jedyne, co możemy zrobić, to odebrać życie sobie lub innym. Ale trudno uznać to za czyn pozytywny.

Na tym najgłębszym przekonaniu, że nie jesteśmy dysponentami ani własnego, ani cudzego życia, zbudowane są moralność i prawo, z ich absolutnie fundamentalną zasadą, że nie wolno pozbawiać życia niewinnych osób. Tej ogólnej zasady nie mogą zmieniać ludzkie tragedie czy medialne wyciskacze łez. Jednostkowe tragedie (a niewątpliwie mamy z nimi do czynienia w wielu przypadkach) nie mogą stać się źródłem prawa, bowiem ono z konieczności jest ogólne i ma tendencję do rozszerzających interpretacji.

Pomysł, by zbudować prawo, w którym będzie można pozbawić pokarmu człowieka nieprzytomnego od dwudziestu lat, natychmiast zrodzi pytanie o to, dlaczego dopiero po dwudziestu, a nie na przykład po piętnastu czy dziesięciu. A zaraz potem pojawi się pytanie, dlaczego pozbawiać życia tylko nieprzytomnych, a nie także tych, którzy o to proszą, są bowiem złamani cierpieniem fizycznym. I dalej (co pokazuje przykład Holandii, gdzie takie dyskusje wciąż się toczą): co zrobić z tymi, którzy cierpią tylko psychicznie, dlaczego im odmawiać prawa do kontrolowanego przez lekarzy i finansowanego przez państwo zabójstwa?

I tak od ludzkich dramatów przejdziemy do zupełnie trywialnych sytuacji, w których schorowany dziadek czy wujek stoi na drodze do majątku czy choćby świętego spokoju i którego będzie teraz można się pozbyć zgodnie z prawem. Przesada? Otóż nie. Dokładnie tak samo jak obecna debata nad eutanazją (a w istocie nad zabójstwem z litości, i to wobec rodziny, a nie chorego) rozpoczęła się kilkadziesiąt lat temu dyskusja nad aborcją. Wtedy również przedstawiono dramatyczne historie kobiet, które nie mogły poradzić sobie z ciążą, którym groziła śmierć czy kalectwo, a przynajmniej wykluczenie. Lekarstwem na ich cierpienia miało się stać restrykcyjne prawo dopuszczające, ale w ściśle określonych okolicznościach, usunięcie dziecka poczętego. A gdy się na to zgodzono, sprawa poszła już z górki i obecnie mamy sytuację, w której w wielu krajach dziecko można usunąć na zasadzie kaprysu, i to nawet do ostatnich tygodni ciąży (tak jest w przypadku okrutnej, ale legalnej w niektórych stanach USA "aborcji przez częściowe urodzenie").

I podobnie będzie z eutanazją, którą już określamy nie tylko śmierć na prośbę pacjenta (a tyle znaczy ona dosłownie), ale także zabijanie na życzenie rodziny czy wręcz "ze wskazań medycznych". Media zaś, które obecnie użalają się nad cierpieniem matki Krzysztofa (bo o jego cierpieniu mówić nie sposób, jeśli jego mózg jest całkowicie martwy), z czasem zaczną pisać o wolności wyboru dla rodziny, możliwości samorealizacji dla rodziców chorego itd.

I w efekcie dojdziemy do sytuacji, w której zabijanie chorych (także bez ich życzenia) stanie się powszechnym prawem rodziny. Taki będzie kres moralności i prawa budowanych na emocjonalnym szantażu.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

 

Komentarze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się