Menu Region

Wałęsa: A dziadek Sławomira Cenckiewicza był ubekiem

Wałęsa: A dziadek Sławomira Cenckiewicza był ubekiem

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

rozmawia Barbara Szczepuła

9Komentarzy Prześlij Drukuj
Z Lechem Wałęsą rozmawia Barbara Szczepuła
1/3

Lech Wałęsa

(© REUTERS)

I co Pan na to?
Na co? Dopiero wróciłem z Meksyku.

Instytut Pamięci Narodowej w oparciu o książkę Cenckiewicza i Gontarczyka "SB a Lech Wałęsa"odmówił Panu dostępu do dokumentów Służby Bezpieczeństwa z lat 1970-1976.
Żadna nowość. A jeśli chodzi o Cenckiewicza, to przypomnę, że jest on wnukiem ubeka, który strasznie gnębił Polaków. Takiego człowieka IPN dopuszcza do dokumentów? Należałoby się zastanowić, czy nie trzeba zmienić prawa w tej kwestii. A poza tym, gdyby prześledzić drogę życiową Cenckiewicza ubeka, to może wyjaśniłoby się, dlaczego jego wnuk jest taki, jaki jest. Chce sądzić polskich patriotów, niszczyć nasze wielkie zwycięstwo! Niech najpierw Cenckiewicz rozliczy się z przeszłością swojej rodziny.

Ale jednak nie ma odpowiedzialności zbiorowej, panie prezydencie. Wnuk nie odpowiada za to, co robił dziadek.

Jasne. Zgadzam się z tym, ale powtarzam: czy to jest w porządku, że do dokumentów IPN dopuszcza się ludzi związanych z ubecją?

Wiemy, że będzie Pan się odwoływał od tej decyzji Instytutu.
Sam nie wiem, czy warto. Jestem bardzo zajęty, ale moi prawnicy się tym zajmują. Dostałem już wiele dokumentów z IPN. Otrzymałem przecież status pokrzywdzonego. Dopiero po paszkwilu Cenckiewicza IPN nagle zmienił zdanie.

Czy chodzi o te same dokumenty, które zamieszczono w książce?

Chyba tak. Też chcę się tego dowiedzieć. Ja za ubeckich czasów w PRL nie awansowałem, a członkowie rodziny Sławomira Cenckiewicza - jak najbardziej. Ktoś z rodziny, chyba ojciec, był w PRL-u dyrektorem Grand Hotelu w Sopocie. Chciałbym wyjaśnić, jaka jest rola tego typu ludzi w tym, co dzieje się teraz.

Prezes Kurtyka powinien odejść?
Jeśli zatrudnia rodziny ubeckie po to, by niszczyć nasze zwycięstwo, to coś jest nie w porządku.

Czego IPN może się obawiać?
Może tego, że wyjaśnię rolę ubeka Cenckiewicza w tym wszystkim.
9

Komentarze

zwiń wszystkie wątki najnowsze najstarsze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się

walesa ubek

+5 / -7

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

adam666 (gość)  •

walesa ty ubeku jebany bolku

skomentuj

nick twój już o tobie swiadczy szmaciarzu

0 / 0

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

pierre (gość)  •

bez kom...

odpowiedzi (0)

skomentuj

choroba nienawisci

0 / -1

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

kaczafiiżoliborski (gość)  •

Czytając te zawistne komentarz to wstyd mi za ciebie....tyle zawiści, chamstwa i prostactwa.....takie zero jak ty nie powinny zabierać głosu w dyskusji.....Dziennik Zachodni powinna interweniować i kasować te tępe komentarze

odpowiedzi (0)

skomentuj

Agen cnckiewicz nie próżnuje

+6 / -5

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

badyl141 (gość)  •

Pogrobowiec ubeka, cenckiewicz, ma wykonać polecenie z Moskwy KGB,obecnie G,R,U, aby różnymi paszkwilami podzielić Naród Polski.Po pierwsze jakim prawem ujawniano dokumenty bez sprawdzenia przez Biegłych Specjalistów i to przejętych od byłego Kolaboranta bolszewickiego.Mordercy mający na rękach krew robotników,Trzeba być ślepym i głupim aby nie dostrzec tego że putinowi na tym bardzo zależy.A może to właśnie toważysz cenckiewicz jest obecnie putinowskim agentem i wykonuje agnturalną krecią robotę.Ciekawę ile on za to otrzymał srebrników.Zapomniano już wypowiedż Jaruzelskiego na temat Wałęsy.A mianowicie to że gdyby Wałęsa był agentem to Solidarność by nigdy nie wygrała co jest rzeczą oczywistą.Ciekawe komu jeszcze zależy na tworzeniu fermentu w Polsce,ruskich agentów u nas nie brakuje.

odpowiedzi (0)

skomentuj

Wałęsa wciąż jest agentem - ale kapitału

+64 / -37

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

REM (gość)  •

Wałęsa wciąż jest agentem - ale kapitału
Napisał(a) Jarosław Augustyniak 04.12.2008r. źródło: TRYBUNA ROBOTNICZA


25 lat po otrzymaniu przez Lecha Wałęsę Pokojowej Nagrody Nobla, w Filharmonii Bałtyckiej w Gdyni Instytut im. Lecha Wałęsy organizuje kolejną konferencję pt. „Solidarność dla przyszłości” ku czci Wielkiego Elektryka. Na imprezę zaproszono wiele osobistości ze świata polityki i kultury. Zaproszono również kilku innych laureatów tej nagrody. My przy tej okazji postaramy się zastanowić, kim jest Wałęsa w naszej historii i jaki był jego wpływ na naszą rzeczywistość.
Lech Wałęsa to chyba jedna z najbardziej kontrowersyjnych postaci polskiej polityki po roku 1989. Był bardzo różnie oceniany. Byli tacy, dla których był Piłsudskim, współczesnym mesjaszem, człowiekiem, który uczyni z Polski krainę mlekiem i miodem płynącą. Większości Polaków kojarzy się jednak dziś z inną przedwojenną postacią, z powieści Dołęgi-Mostowicza – Nikodemem Dyzmą. Myślę, że mimo wszystko był bardziej podobny do tego pierwszego. Dyzma udawał kogoś, kim nie jest. Wałęsa swoje chamstwo i prostactwo traktował jako zalety i uważał za swe atuty, podobnie jak sam Marszałek. Piłsudski mówił, że wysiadł z czerwonego tramwaju na przystanku wolność. Wałęsa też wysiadł z tramwaju i na przystanku kapitalizm przesiadł się do limuzyny.
Słyszy się czasem, że był w latach 70. agentem SB. Niewiele nas to obchodzi. Jego naprawdę agenturalna działalność zaczęła się dużo później i trwa do dziś. Tak, Wałęsa jest agentem. Agentem wielkiego kapitału.
Karierę Wałęsy można podzielić z grubsza na dwa okresy. Okres PRL i okres po 1989 r., a zwłaszcza czas jego prezydentury. Pierwszy okres wyraźnie oddzielamy w naszej pamięci i dla wielu z nas pozostałby on na zawsze symbolem robotniczej walki o demokrację i społeczną sprawiedliwość, gdyby w 1989 r. wycofał się z polityki. Jako przewodniczący pierwszego niezależnego i samorządnego związku zawodowego znalazłby należne mu miejsce w historii. Autentycznie przekonany o swojej wyjątkowości, nigdy nie znał i nadal nie zna swych ograniczeń, bo jak powiedział kiedyś w wywiadzie – znam się na dwu rzeczach: polityce i elektryce – i dlatego, zupełnie bezstresowo, w „wolnej Polsce” mógł zająć się tą ostatnią, zupełnie porzucając pożyteczne zajęcie montowania gniazdek w ścianach. Że z tego zrezygnował, to może nawet i dobrze, sądząc po jego innej wypowiedzi – są plusy dodatnie i plusy ujemne – bo i o tym chyba pojęcia za dużego nie miał (ukończył tylko zasadniczą szkołę mechanizacji rolnictwa w swoim rodzinnym Popowie koło Włocławka).
Gorsza sprawa, że był święcie przekonany, że ma coś do zrobienia i potrafi to zrobić i że jemu po prostu się należy. Prezydentura była z jednej strony równią pochyłą jego popularności, a z drugiej ekspresową windą w górę własnych korzyści.
Ostatni czas, kiedy Wałęsa był jeszcze powszechnie dobrze odbierany, to rok 1988 i jego telewizyjna debata z Alfredem Miodowiczem przed rozpoczęciem rokowań przy „okrągłym stole”. Później było już tylko coraz gorzej. Bezsprzecznie debatę wygrał w oczach telewidzów, choć w czasie jej trwania nie powiedział nic szczególnie odkrywczego. Musiało minąć kilka lat, by z dystansu można było to dostrzec, ponownie czytając zapis historycznej debaty. Pojedynek wygrał za pomocą trzech słów, które zresztą powtarzał w kółko do znudzenia – wolność, demokracja i pluralizm. Praktycznie nic więcej nie miał do zaproponowania, o żadnym programie na przyszłość nie wspominając. Jak zresztą nigdy potem. Miodowicz, człowiek o zdecydowanie większej elokwencji, wykształceniu i obyciu, był w niej z góry na przegranej pozycji. Miał bronić systemu, ale nie miał i nie mógł mieć na to żadnych przekonujących argumentów. Wiedział o tym Jaruzelski i Kiszczak, ale przegrana Miodowicza była im potrzebna, by móc wytłumaczyć społeczeństwu, a przede wszystkim własnemu partyjnemu aparatowi, potrzebę rozmów z „Solidarnością”. Nawet nie z „Solidarnością”, ale z popłuczynami po niej, ludźmi ze styropianowym rodowodem, którzy na etosie nie istniejącego już od lat ruchu, chcieli zbudować swój prywatny kapitał i kapitalizm w Polsce. Wspólnie z tymi, którzy jeszcze władzę posiadali.
Fotka z Białym Misiem
Na jednym z forów internetowych ktoś napisał, że ta debata była gwoździem do trumny komuny – może i racja, ale trzeba pamiętać, że to sam Jaruzelski ten gwóźdź podawał. Z pierwszą „Solidarnością” dogadać się nie dało. Nie można jej było spacyfikować i wykorzystać do zmiany ustroju, a władza nie była w stanie nad nią zapanować. Jaruzelski ogłosił więc stan wojenny. W tamtym czasie, gdy w Polsce istniał autentyczny 10-milionowy ruch, to jakkolwiek układny i spolegliwy byłby sam Wałęsa, nie miałoby znaczenia, bo gdyby już wtedy chciał zdradzić, ten ruch zmiótłby go z powierzchni ziemi. Dlatego osiem lat po zniszczeniu „Solidarności”, już w Magdalence przy „okrągłym stole” mógł zasiąść Wałęsa wraz samozwańczą grupą, w skład której wchodziło zaledwie czterech członków 106-osobowej Komisji Krajowej z 1981 r., którzy w tym czasie nie reprezentowali już nikogo. Jednak ludzie tworzący tę grupę byli władzy potrzebni, mieli coś, czego ona sama nie miała – zaufanie społeczne związane z pamięcią o pierwszej „Solidarności” z lat 1980–1981.
Mazowiecki, Geremek czy inny Balcerowicz byli zbyt „cienkimi bolkami”, by tylko z ich pomocą odrestaurować w Polsce kapitalizm. Na czele musiał stanąć Wałęsa, symbol robotniczego zrywu, ktoś, kto nadal w tym czasie cieszył się powszechnym szacunkiem. W czasie tych rozmów był nieformalnym przywódcą i oficjalnym koordynatorem strony społecznej, a faktycznie marionetką rządnych władzy i pieniędzy ludzi, późniejszych członków Unii Demokratycznej, właścicieli firm, prezesów banków itp.
W wyborach w czerwcu 1989 r. Komitet Obywatelski przy Lechu Wałęsie przekształcony w KO „Solidarność” zdobywa wszystkie możliwe miejsca w parlamencie, czyli 161 mandatów w Sejmie i 99 w Senacie. W tych wyborach do Sejmu dostałby się nawet kij od szczotki, gdyby tylko miał zdjęcie z Wałęsą. KO na 161 miejsc do obsadzenia, wystawił dokładnie 161 kandydatów, z których każdy, jak z białym misiem, sfotografował się z Lechem Wałęsą. To wystarczyło by zostać wybrańcem narodu, bo w tamtym czasie nazwisko Wałęsa, było jeszcze niczym magiczne zaklęcie.
Niegrzeczny miś
Niewątpliwie Wałęsa – autentyczny robotnik, a równocześnie człowiek o wyjątkowo niskiej kulturze i intelekcie, wydawał się idealnym kandydatem na pajaca, za którego sznurki pociągać będą elity.
Sterowanie kukiełką trwało tylko do pewnego momentu. Niedługo po wyborach Wałęsa stał się zbędny tym, którzy jeszcze nie tak dawno ochoczo się z nim fotografowali. Rząd Mazowieckiego ogłosił i rozpoczął realizację planu Balcerowicza, największy skok na kasę w dziejach RP. By cały proces przebiegał sprawnie, do jego realizacji potrzebni byli ludzie wyrachowani, lojalni i dyskretni. Takim człowiekiem Wałęsa raczej nie był. Jak wielu podobnych mu ignorantów, a takowym był w każdej dziedzinie, był bardzo ambitny i nieobliczalny. Już jako prezydent na konferencji prasowej powiedział kiedyś: – Nikt nie zaskoczy prezydenta Lecha Wałęsę! Na każde rozwiązanie jest natychmiast rozwiązanie. To jest zarozumialstwo, to jest tupet, ale taki jestem i taki pozostanę.
Tak jak kiedyś Piłsudski, po pierwszych wyborach w II RP usunął się z czynnego życia do Sulejówka, tak on zaszył się na ul. Polanki w Gdańsku, by stamtąd krytykować, w równie niewybredny sposób, parlament, rząd i niedawnych kumpli. Niewątpliwie mógł się w jakiś sposób czuć wykorzystany i nie doceniony tak jak na to we własnym przekonaniu zasługiwał. Kolesie z fotografii wyraźnie okazali się niewdzięczni wobec ikony „Solidarności”. Na jego karku budowali swe kariery i zaczęło się dla nich prawdziwe Eldorado. Samemu Wałęsie również źle się nie działo i szybko dostrzegł, że w żadnym innym systemie elektryk nie mógłby się tak wzbogacić jak elektryk polityk w państwie kapitalistycznym. Apetyt w miarę jedzenia jednak rósł. Był żądny władzy i pieniędzy. Swój powrót zaplanował w nadchodzących wyborach prezydenckich pod hasłem „nie chcem, ale muszem” – rzekomo dla Polski. Po niespełna półtorarocznych solidarnościowych rządach, elity zdążyły się już skompromitować. Rosnące bezrobocie i postępująca pauperyzacja powodowały, że nawet poparcie dla byłej PZPR i sentyment za PRL rosły w coraz szybszym tempie. Tadeusz Mazowiecki, premier pierwszego rządu po 1989 r., przegrał już w pierwszej turze wyścig do prezydenckiego fotela z kompletnie nikomu nie znanym Stanisławem Tymińskim, emigrantem z Peru. I to mimo olbrzymiej nagonki na tego ostatniego, prowadzonej przez wszystkie media i polityków. Wśród mediów i ówczesnych elit panowało oburzenie – jakim prawem on w ogóle startuje? Przecież to nie z nim umawiano się w Magdalence, i to nie on miał kręcić lody. Na elity padł strach, że na urzędzie może zasiąść człowiek, o którym nic nie wiadomo, a przede wszystkim nikt z nich nie wiedział, czy da sobie przyczepić nitki i będzie potulną kukiełką? Z pomocą zmasowanej kampanii przeciw Tymińskiemu, Wałęsa wygrał z nim w drugiej turze, bo i na swoim koncie nie miał jeszcze zbyt znaczących kompromitacji. Jednak już sam fakt, że w 1990 r. potrzebna była druga tura, by pokonać człowieka znikąd, był bardzo wymowny. Etos „Solidarności” powoli przechodził do historii.
Miś prezydentem
Wałęsa, rzekomo do spółki z papieżem i Reaganem, obalił komunizm. I choć zawzięcie „walczył” z PRL-em i wszystkim, co go symbolizowało, to w jego przypadku powiedzenie z wczesnych czasów PRL znów nabrało blasku: „Nie matura, lecz chęć szczera, zrobi z ciebie oficera”. Matury nie miał, więc został prezydentem. Okres tej prezydentury to prawdziwy cyrk, ale i niewątpliwie to pierwszy okres jego samodzielności. To w tym czasie w „NIE” powstała specjalna rubryka „Pan Prezydent powiedział”, od której to wielu czytelników, przez kolejnych pięć lat, rozpoczynało lekturę tego tygodnika. Całkowicie za darmo, prezydent swoimi wypowiedziami, zapewniał darmową rozrywkę społeczeństwu i dochód ze sprzedaży pisma Jerzemu Urbanowi. To z tych czasów pochodzą jego słynne powiedzonka, jak np. nie chcem, ale muszem; jestem za, a nawet przeciw; o take Polske walczyłem. Zastanawiające jest, że poza „NIE”, nikt tak bezpardonowo nie krytykował Wałęsy, obnażając celną krytyką jego chamstwo, ignorancję i kompletną bezideowość. Nie robili tego ani politycy, ani tzw. niezależni dziennikarze. Można się domyśleć dlaczego, ale o tym za chwilę.
Wałęsa jako prezydent zerwał nitki łączące go z elitami, szybko skłócił się z braćmi Kaczyńskimi i otoczył się różnymi postaciami o niejasnych powiązaniach i przeszłości, z których najsłynniejszym był jego szofer Mieczysław Wachowski. Wałęsa uczynił go dyrektorem prezydenckiego gabinetu oraz swoim reprezentantem w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego. To przez niego przechodziły wszystkie rozmowy telefoniczne do Lecha. Miał na prezydenta nieograniczony wpływ. Nic więc dziwnego, że szybko ukuto powiedzenie „Kto nie z Mieciem, tego zmieciem”. Był to też ksiądz Cybula, którego – jak sam kiedyś powiedział – woził w walizce, zawsze gotowego prezydenta wyspowiadać. Mała konstytucja, na podstawie której działał urząd prezydenta, nie dawała mu wielkich uprawnień. Dlatego jego nadworny prawnik, Lech Falandysz robił, co mógł, by zinterpretować jej zapisy zgodnie z zamiarami politycznymi prezydenta, co szybko zyskało miano „falandyzacji” prawa. Sam Wałęsa o prawie nie miał zielonego pojęcia. Podczas jakiegoś spotkania w Radomiu, które odnotowała Trybuna, powiedział o konstytucji: – W Sejmie polskim podniosłem dwa paluszki w górę i wygłosiłem taką formułkę: „Będę przestrzegał wszelkich praw, a szczególnie Konstytucji. Tak mi dopomóż Bóg”. Tylko zapomniałem, że ja tej konstytucji nie czytałem.
W innym czasie twierdził, że ją zna, choć po tym, co z tego wywodził, widać było, że miał na pewno problemy z jej zrozumieniem. Tak bardzo pragnął być prezydentem, z takimi jak Bush czy Mitterand uprawnieniami, że w czasie ubiegania się o reelekcję mógł powiedzieć: – W konstytucji jest napisane, że największą władzą jest naród. Jeśli naród wybierze prezydenta, który głosi system prezydencki, to parlament nie ma szans, musi honorować Konstytucję.
Nie inaczej było z jego programem, którego nie posiadał. Jako człowiekowi narwanemu i impulsywnemu, skoremu zawsze najpierw powiedzieć, a potem pomyśleć, w wywiadzie dla Gazety Wyborczej wyrwało się kiedyś: – W nocy, ostatniego dnia przed ruszeniem generalnym, napisany został program (program polityczny Wałęsy w czasie kampanii wyborczej w 1990 r. – przyp. red.). Na kolanie, ze zbożnych życzeń, i ja go nawet nie czytałem, muszę powiedzieć z przykrością.
To jednak wystarczyło, by mógł wygrać. Chwilę po ogłoszeniu wyników już było wiadome, jak będzie wyglądała ta prezydentura. Wałęsa wzniósł wtedy słynny toast: – Zdrowie wasze w gardło nasze.
No i od tego momentu dbał o to gardło przede wszystkim, a na ulicy Polanki, przed coraz większą rezydencją, powstawał coraz wyższy mur oddzielający go od wścibskiego motłochu. Zaczął jako człowiek z ludu, ale szybko się od tego ludu odciął, tak jak i lud od niego.
Jako człowiek chorobliwie ambitny i żądny władzy, przez cały okres prezydentury każdemu kolejnemu parlamentowi groził rozwiązaniem. Jednocześnie wielokrotnie publicznie deklarował, że interesuje go silna władza prezydencka. Za wszelką cenę. Za bardzo nie rozumiał zresztą, czym jest demokracja, której zawsze było pełno w jego ustach. Dlatego w czasie, gdy starał się o drugą kadencję, mógł powiedzieć: – Poszczególne partie nominują swoich kandydatów na prezydenta, włączając jeszcze i ten urząd do partyjnych rozgrywek. Jest to działanie wymierzone w demokrację!
Miś idzie na półkę
Programu nie miał ani na pierwsze pięć lat, ani na następne. Miał za to „pomysły”. Większość z nich była mniej lub bardziej egzotyczna, a łączyła je bezdenna głupota. 100 milionów dla każdego Polaka to chyba jedna z tych najbardziej znanych jego genialnych koncepcji. Były też NATO-bis i EWG -bis, które wedle Wałęsy w Europie Środkowej miały zastąpić RWPG i Układ Warszawski. Kiedyś spotkał się w Sejmie z ludowcami, by posłuchać o problemach wsi. O upadających PGR-ach i o tym, że wielu rolnikom przestały się opłacać jakiekolwiek uprawy czy hodowla w związku z importem taniej, dotowanej na zachodzie żywności. Błysnął wtedy swoim „intelektem” proponując, że skoro nie opłaca się uprawiać ziemi, to niech rolnicy zajmą się agroturystyką. Proponował, by połowę areałów wyłączyć z rolnictwa, a na drugiej połowie wprowadzić uprawy piętrowe… jak piętrowe łóżka, pole nad polem. Takich pomysłów nie powstydziłby się i sam Miczurin, który chciał uprawiać pomarańcze na Syberii.
To wcale nie w listopadzie tego roku, jako pierwszy przewodniczący NSZZ „Solidarność”, były związkowiec, pierwszy raz się skompromitował mówiąc o związkowcach z WZZ „Sierpień 80”, że z biura Tuska usunąłby ich siłą. On się nie przejęzyczył. Podobnie mówił już wcześniej i takie ma widocznie poglądy. Kiedy był prezydentem przy okazji jakiś strajków powiedział, że do strajkujących byłby gotów strzelać (przypominam – to laureat Pokojowej Nagrody Nobla), z czego się potem nieudolnie tłumaczył. Można więc wnioskować, że raczej złagodniał, lub też zdał sobie w końcu sprawę, że prezydentem już nie jest i nie bardzo ma już z czego strzelać?
Jest wiele jego wypowiedzi, które przyprawiały o ból przepony ze śmiechu. Może niesłusznie nie traktowaliśmy ich poważnie? Zawierały się w nich mimo wszystko jakieś treści, które odzwierciedlały przecież jego poglądy. Jak to zebrać do kupy i wyciągnąć wnioski, można się przerazić. Przy całej nieumiejętności posługiwania trudną sztuką języka polskiego, pełnego różnych deklinacji i wyjątków, warto przypomnieć jedną z jego, w pewien sposób genialnych poprzez swą lapidarność, wypowiedzi. W jednym niedługim zdaniu określił cały swój światopogląd sprowadzający się do ksenofobii, homofonii i rasizmu: – Jak geje i ludzie ich pokroju chcą sobie paradować, to niech sobie wybudują nową Warszawę, te wybudowali ludzie biali i mają do niej prawo.
Ciągłe „wojny na górze”, wymachiwanie siekierą, przysparzało mu tylko wrogów, a w społeczeństwie budziło coraz większy niesmak. Dochodził do tego jeszcze wstyd, bo Pan Prezydent nie siedział na miejscu, tylko jeździł do różnych krajów i – co najgorsze – tam mogli usłyszeć, co mówi. Łagodzili to w jakiś sposób tłumacze, których praca do dziś budzi szczery podziw, kreatywnie przekładając wypowiadane bez składu i ładu słowa pana prezydenta. Następne wybory przegrał więc z Aleksandrem Kwaśniewskim, określanym mianem postkomunisty, co musiało go szczególnie zaboleć. Do dziś jest święcie przekonany, że przegrał, bo jego rywal skłamał, że ma wyższe wykształcenie. A może nawet nie to go tak denerwowało, jak fakt, że przegrał z komuchem, mimo że ten maturę posiadał. W telewizyjnej debacie, powodowany tą złością, chciał podać swemu adwersarzowi nogę na przywitanie. Potem, gdy ktoś mu wytłumaczył, że tak nie wypada, tłumaczył, że to wina Kwaśniewskiego, bo: „wszedł do studia jak do obory, nie mówiąc ani be, ani me, ani kukuryku”. Jak zresztą mógł wygrać z kimkolwiek, gdy w radiowej Trójce powiedział w tym czasie: – Dopiero teraz, jak muszę wygrać wybory, trochę tam robię. Też nie za dużo, tylko tyle, żeby wygrać wybory.
Przez następnych pięć lat, ustawiony już na resztę życia jak żaden inny elektryk w kraju, łowił ryby, wygłaszał „odczyty” i kolekcjonował różne ordery i tytuły. Robi to zresztą do teraz, co można zobaczyć na stronie Instytutu jego imienia. Po wyborczej porażce Wałęsa miał trudności ze znalezieniem sobie odpowiedniego miejsca na polskiej scenie politycznej, zwłaszcza, że był skłócony niemal ze wszystkimi. Był „za, a nawet przeciw” nowemu prawicowemu ugrupowaniu Akcji Wyborczej Solidarność. Próbował bez powodzenia w 1997 r. tworzyć własną partię. W 2000 r. podjął kolejną próbę powrotu na pokoje pałacu prezydenckiego, myśląc, że ludzie już zapomnieli czasy jego prezydentury. To w tym kraju z dużym powodzeniem się sprawdza. Fakt, ludzie zapominają, ale nie Wałęsie, dzięki któremu przecież antyspołeczne zmiany mogły być prowadzone z większym powodzeniem. Nie zapomnieli przede wszystkim, jak bardzo ich Wałęsa zawiódł. Skutek był żałosny. Legenda „Solidarności”, „bohater i wyzwoliciel ojczyzny” otrzymał 1 proc. poparcia! Było to nawet trzykrotnie mniej niż dostał startujący w tych samych wyborach Lepper. Wydawało się, że legenda „Solidarności” trafiła już na śmietnik historii.
Miś wiecznie żywy
Tak jednak w naszym kraju nie dzieje się z żadnym człowiekiem z magdalenkowych układów, a co dopiero z człowiekiem „Legendą”. Już nieraz nam się wydawało, że ta czy inna kanalia zniknie na dobre z naszych oczu, byśmy po paru latach zobaczyli go, powracającego jak zombie zza światów, w całkiem nowych szatach partyjnych. W ostateczności jak już wstyd było afiszować się jego skompromitowanym ryjem, otrzymywał na pocieszenie prezesurę banku, czy miejsce w radzie nadzorczej jakiejś spółki. Ostatni przykład to Tusk i ludzie dawnego Kongresu Liberalno-Demokratycznego, tworzącego w 1991 r. rząd aferałów i współrządzących razem Unią Demokratyczną w rządzie Suchockiej w latach 1992–1993, kiedy to forsowali program tzw. powszechnej prywatyzacji. Ci ludzie znów wrócili i znów nami rządzą! Społeczeństwo zapomniało, ze już raz dało im czerwoną kartkę.
Podobnie było z Wałęsą, o którego, mimo całkowitej kompromitacji, media i politycy dbali, by zawsze był gdzieś w tle. Byśmy zawsze czuli jego oddech.
Tydzień temu w artykule „Kto i dlaczego sądzi Jaruzelskiego” Zbigniew Kowalewski, odpowiadając na postawione przez siebie pytanie stwierdził, że robią to ci, którym Jaruzelski dał władzę i zapewnił pełne kieszenie. Ci, którzy powinni z wdzięczności pomniki mu stawiać, chcą go dziś sądzić. Ich niewdzięczność tłumaczył chęcią tuszowana swego rodowodu przez „solidarnościowe” elity, by nie było widać, komu władzę i pełne kieszenie zawdzięczają.
Rozwijając tę myśl dalej można też zrozumieć, dlaczego nigdy przez „solidarnościowe” elity Wałęsa nie był specjalnie atakowany, mimo że sam atakował je bez pardonu nie przebierając w słowach i środkach. Czy to nie zastanawiające, dlaczego? Wiele lat Wałęsa nie rozmawiał z Mazowieckim i innymi czołowymi postaciami UW. Skłócony był z AWS. Nienawidził się z Kwaśniewskim od czasu, gdy próbował mu na powitanie podać nogę i długo nie mógł przełknąć swojej przegranej. Pogodził się już praktycznie ze wszystkimi prócz Kaczyńskich. Ale z tymi ostatnimi to zupełnie inna sprawa. Bardziej w tym konflikcie chodzi o dumę i ambicje, niż o jakieś różnice ideowe, a i Kaczyńscy, co by o nich nie mówić, nie stali się beneficjentami magdalenkowych układów. Pozostali spotykają się dziś u Wałęsy na urodzinowych rautach czy innych cyrkach związanych z otrzymaniem przez niego kolejnego orderu czy nagrody. Tak jak postsolidarnościowe elity potrzebują Jaruzelskiego – który oddał im władzę i pozwolił się bogacić – w roli kozła ofiarnego, tak potrzebują również Wałęsy i solidarnościowego rodowodu jako swych korzeni. Nieobliczalny i arogancki Wałęsa może czasem powodować u nich wściekłość. Nic złego mu jednak nie zrobią, bo nie podcina się własnych korzeni, które nadal są dla nich legitymacją do rządzenia. Jest to swego rodzaju symbioza, bo Wałęsa też na tym korzysta. Były związkowiec otwarcie popiera dziś skrajnie antyzwiązkową Platformę Obywatelską, czym w nagrodę zapewnił synowi Jarosławowi etat w sejmie. Dzięki temu został też rekomendowany przez Tuska do Rady Mędrców Europy. Ten układ trwa i trwać będzie, bo przynosi korzyści obu stronom.
Na obiektywne oceny Wałęsy i jego znaczenia w okresie przemian w Polsce musimy poczekać jeszcze co najmniej 20 lat. Na dziś jako podsumowanie proponujemy kolejny cytat z pana prezydenta: – Potrzebna jest lewa noga i prawa noga, a ja będę pośrodku.
I rzeczywiście zawsze był po środku. A dla wielu Polaków już na zawsze pozostanie właśnie tym czymś tego tam… pośrodku.

odpowiedzi (0)

skomentuj

NAJLEPSZĄ OBRONA JEST ATAK

+65 / -60

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

ten (gość)  •

Czy to oznacza że pan prezydent się przyznał?
Ten człowiek nie przebiera w srodkach, pluje i kąsa.
I to ma być ikona, to ma być wzór do naśladowania, zwłaszcza dla młodych.

odpowiedzi (0)

skomentuj

Walesa, z wysoka stacza sie coraz nizej...

+65 / -60

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

Geronimo (gość)  •

Kiedys Walesa sie odgrazal, ze wezmie Cenckiewicz do sadu, ale po serii medialnych pogrozek podwinal ogon i siedzial cicho, dlaczego? Teraz znowu rusza do ataku w jedyny sposob jaki potrafi: oszczerstwami, grozbami, wulgarnoscia, nikczemnoscia. I pomyslec, ze kiedys naiwny narod wybral go na prezydenta.

Panie Walesa, to juz nie te czasy kiedy sie wodke pilo z Michnikiem i Kiszczakiem i kiedy akta przynosili na srebrnej tacy, a odnosili pol pusta koperte.
Predzej czy pozniej prawda dogoni kazdego klamce i zloczynce.

odpowiedzi (0)

skomentuj

Bolek jego dziadka dobrze zna

+65 / -63

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

blebleble (gość)  •

Bo mu kablował na kolegów ,śmiało Bolek powiedz coś jeszcze lubię słuchać prymitywów

odpowiedzi (0)

skomentuj

Szlachetny Wałęsa

+72 / -52

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

Lolek (gość)  •

Wałęsa nie od dziś sięga po argumenty z rynsztoka. Stwierdzenia: "A jeśli chodzi o Cenckiewicza, to przypomnę, że jest on wnukiem ubeka, który strasznie gnębił Polaków. Takiego człowieka IPN dopuszcza do dokumentów?" i "powtarzam: czy to jest w porządku, że do dokumentów IPN dopuszcza się ludzi związanych z ubecją" kompromitują go jako człowieka i polityka. Wśród obecnie aktywnych polityków i dziennikarzy jest wielu, których ojcowie i dziadkowie byli powiązani z komuną i ubecją. Celowo nie wymieniam nazwisk, aby nie podsycać sporów międzypartyjnych.
A Wałęsa udaje, że zapomnieliśmy o jego niejasnych okresach w jego młodości, które rzutują na ocenę jego osoby, niezależnie od niewątpliwych jego zasług.

odpowiedzi (0)

skomentuj