Menu Region

W czwartek pożegnamy Kamilę

W czwartek pożegnamy Kamilę

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Robert Małolepszy

Prześlij Drukuj
Kamila Skolimowska zasłabła w środę podczas treningu na zgrupowaniu w Portugalii. Odyskała przytomność, ale straciła ją ponownie w karetce. Zmarła w szpitalu. Lekarze podejrzewają zator płucny.
Wkurw... mnie straszliwie podejrzenia o doping po śmierci Kamy (tak przyjaciele mówili do zmarłej w środę Kamili Skolimowskiej przyp. red) - mówi wzburzony mistrz olimpijski w pchnięciu kulą z Pekinu Tomasz Majewski.

- Ona od lat była monitorowana przez światową agencję antydopingową (WADA). Ten system jest niemal jak więzienie. Podajemy inspektorom dokładny plan zajęć. Podczas każdego treningu musimy być do dyspozycji. Każda zmiana miejsca pobytu jest rejestrowana.

Dodatkowo między treningami musimy wyznaczyć codziennie jedną godzinę, w czasie której jesteśmy w ściśle określonym miejscu. Jeśli trzy razy kontrolerzy nie zastaną nas pod wskazanym adresem i o wskazanej porze, jesteśmy zawieszani automatycznie. Nalotów jest minimum kilkanaście w roku. Nie da się uciec przed tym sitem - zapewnia Majewski.

- Do póki nie będzie wyników sekcji zwłok, nawet nie zamierzam komentować przyczyn śmieci Kamy. Kompletnie nie zgadzam się z opiniami, że lekarz musi być na każdym zgrupowaniu.

Nie jesteśmy dziećmi. Wiemy co nam dolega. Może nie przechodzimy za każdym razem superszczegółowych badań, ale zawsze mam robione EKG, analizowana jest moja krew i mocz. Jeśli tylko pojawiają się jakieś dolegliwości, lekarze tego nie lekceważą. U mnie wykryto nadciśnienie. Miałem też echo serca. Czego jeszcze chcieć? Jestem przekonany, że śmierć Kamy to straszliwie nieszczęśliwy, ale nagły wypadek - dodaje Majewski.

- Wiem, że nasze konkurencje są na cenzurowanym jeśli chodzi o doping. Ludzie podejrzewają, że coś mogło być na rzeczy, ale na Boga, miotacze nie umierają nagle na serce! My nie jesteśmy kolarzami, czy biegaczami. Jeśli nawet zawodnicy się koksują, co oczywiście się zdarza, to mają inne kłopoty, to nie ten doping - dodaje Majewski.

- Badania lekarskie sportowców, nawet tych z najwyższej półki, medalistów olimpijskich wciąż są u nas bardzo powierzchowne - kontruje jednak, pragnący zachować anonimowość trener jednej z czołowych polskich olimpijek.

- Wygląda to tak, że co trzy miesiące zawodnik idzie z książeczką zdrowia do przychodzi w Warszawie (COMS przy u. Wawelskiej) i puka od gabinetu do gabinetu. Zważą go, osłuchają płuca, czasami zarobią rentgen. EKG nie jest wcale normą. Mojej zawodnicze astmy nie wykryli przez kilka lat. Dopiero lekarze z prywatnej kliniki postawili diagnozę - dodaje szkoleniowiec.
1 »

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

 

Komentarze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się