Menu Region

Pieniądze to nie wszystko

Pieniądze to nie wszystko

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Dagny Kurdwanowska

Prześlij Drukuj
Na co dzień Hollywood olśniewa nas magią wielkich liczb. Największy kasowy hit ubiegłego roku, "Mroczny rycerz" Nolana, kosztował 185 mln dol., a zarobił szokujący miliard zielonych.
Maksymalnie idiotyczny "Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki" Spielberga pochłonął dokładnie taką samą bajońską kwotę, a oddał twórcom 785 mln dol. Jednak raz w roku fabryka snów daje wolne księgowym, wyłącza kalkulatory i na kilka magicznych godzin zapomina o rachunku zysków i strat: to wieczór, podczas którego oscarowa Akademia rozdaje w Kodak Theatre (Los Angeles) swoich pozłacanych chłopaczków.


Spójrzmy tylko w buchalterię dzieł, które zawalczą nocą z niedzieli na poniedziałek o najbardziej prestiżowego Oscara w kategorii Najlepszy film (start transmisji o północy w E!Entertainment i o godz. 2 w Canal+).

Budżety czterech spośród piątki nominowanych tytułów nie przekroczyły 35 mln dol., co w amerykańskich realiach ustawia je o jakieś pięć dych poniżej średniej budżetowej. Tyle kosztował polityczny dramat Rona Howarda "Frost/Nixon", w podobnej kwocie zamknął się Stephen Daldry, twórca obyczajowego dramatu "Lektor".

Dwójce głównych faworytów, "Obywatelowi Milkowi" Gusa Van Santa i hinduskiej epopei "Slumdog. Milioner z ulicy" Danny'ego Boyle'a wystarczyło jeszcze mniej: oba filmy kosztowały po 15 mln dol. - czyli tyle, ile wynosi gaża pierwszoligowego hollywoodzkiego aktora w rodzaju Nicole Kidman czy George'a Clooneya.

W sumie cała czwórka kosztowała sto milionów, co plasowałoby tegoroczny oscarowy finał wśród najtańszych rozdań wszech czasów - gdyby nie piąty rozgrywający, "Ciekawy przypadek Benjamina Buttona" Davida Finchera.

Budżet najsłabszego z nominantów, naszpikowanego kosmetycznymi efektami specjalnymi i kosztownymi buziami (Blanchett, Pitt) w głównych rolach, wyniósł 150 milionów zielonych. Jednak krytycy i kibice, od "New York Timesa" aż po dziennik "Polska", nie dają batonowi Finchera większych szans w żadnej z kluczowych kategorii.

Niezłe, co? Ale jeśli zerkniemy w przeszłość, to okaże się, że Oscarami nieraz trzęsło niskobudżetowe kino. Zeszłoroczny zwycięzca, krwawa tragikomedia "To nie jest kraj dla starych ludzi", kosztował zaledwie 25 mln dol.

Taki sam był budżet głównego konkurenta braci Coen, dramatu "Aż poleje się krew" Thomasa Paula Andersona - choć tylko skończony gapa zarzuciłby obu obrazom brak epickiego rozmachu. Jeszcze lepszy był sezon 2006, w którym tytuł Najlepszego filmu i stosowny Oscar powędrowały w ręce Paula Haggisa za dramat "Miasto gniewu", który kosztował rekordowe 6,5 mln dol.
1 »

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

 

Komentarze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się