Dziś w Łodzi rozegra się kolejny akt dramatu pt. "Jak zdobyć Sfinksa". Konflikt pomiędzy założycielem sieci restauracji Sphinx Tomaszem Morawskim a firmą AmRest, której udało się już wykupić 33 proc. udziałów w spółce i przejąć nad nią zarządzanie, przybiera na sile.
Morawski, któremu z 46 proc. pozostało już tylko 28 proc. udziałów, zwołał na dziś nadzwyczajne walne zgromadzeniu akcjonariuszy spółki. Chce zawalczyć o odzyskanie kontroli nad swoją firmą. Z kolei nowy zarząd Sfinksa w przeddzień tego wydarzenia nieoczekiwanie złożył w sądzie wniosek o ogłoszenie upadłości spółki.
- To zagrywka, która ma na celu obniżyć wartość akcji - twierdzi Morawski. - AmRest chce przejąć resztę moich udziałów za jak najmniejsze pieniądze - dodaje.
Według ekspertów Sfinks faktycznie mógł być łakomym kąskiem dla potentata fast foodu. Sieć liczy obecnie ok. 130 restauracji działających pod szyldem Sfinks, Chłopskie Jadło oraz Wook. Większość znajduje się w bardzo dobrych lokalizacjach. Oferta tych knajp byłaby świetnym uzupełnieniem działalności AmRestu - dodają analitycy. Tak więc działania zmierzające do jego przejęcia są jak najbardziej zrozumiałe.
Zarząd AmRestu nie chce oficjalnie się wypowiadać na temat wojny, jaką od roku prowadzi z Tomaszem Morawskim, i odsyła do oficjalnych komunikatów spółki. A z nich wynika, że Sfinks znalazł się na finansowym dnie: stracił płynność finansową i nie jest w stanie spłacać kredytów ani bieżących rachunków. Część majątku sieci restauracji zajął już komornik. - Taka jest prawda, a nie chcemy w dyskusji zniżać się do poziomu pana Morawskiego - mówi Anna Robotycka, rzecznik spółki.
Historia zmagań pomiędzy założycielem Sfinksa a twórcą AmRestu, Amerykaninem Henrym McGovernem, zaczęła się w styczniu 2008 roku. Wówczas to AmRest, gastronomiczny potentat, który prowadzi w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej ponad 400 restauracji pod markami KFC, Pizza Hut, Burger King, zaczął czynić delikatne przymiarki do przejęcia restauracji Sfinksa. McGovern zaproponował Morawskiemu wymianę akcji jego spółki na akcje AmRestu. Amerykanin obiecywał mu pakiet akcji w swojej spółce i wysokie stanowisko.
Morawski jednak na to nie przystał. Uważał, że taki interes mu się nie opłaci. - Ale potem w maju McGovern zagroził mi, że ma 5 proc. akcji Sfinksa i zacznie je wyprzedawać, więc cena na giełdzie poleci w dół. Więc albo dogadam się z nim po dobroci, albo po niewoli - relacjonuje Morawski.
Według jego opowieści dalej akcja rozwijała się w następujący sposób. McGovern na zmianę groził mu albo namawiał do sprzedaży. - Wreszcie się zgodziłem, wiedziałem, że nie wygram z takim gigantem. A poza tym potrzebowałem gotówki - ciągnie Morawski.
Latem 2008 sprzedał mu 10 proc., a we wrześniu kolejne 8 proc. - Zawarliśmy ustną umowę, że przejmie całość moich udziałów. Przypieczętowaliśmy ją na kolacji w jego wrocławskim domu. Przedstawił mi swoją żonę, dzieci, klepał po ramieniu i zapewniał, że jest człowiekiem honoru - wspomina Morawski.
I przyznaje, że popełnił błąd, gdyż nie spisał z McGovernem umowy, w której tamten zobowiązałby się do zakupu całej puli akcji po określonej cenie.
A, jak się później okazało, McGovern wcale nie zamierzał tych akcji od Morawskiego kupować. Miał ich już tyle - 33 proc. - że był w stanie usunąć Morawskiego z fotela przewodniczącego rady nadzorczej i wymienić zarząd Sfinksa na swój.
A Morawski został z 28 proc. akcji, których wartość zresztą topniała z dnia na dzień. We wrześniu ub. roku były warte 19,41 zł za sztukę. Dziś niewiele ponad 7 zł. Pokonany biznesmen twierdzi, że akcje Sfinksa dołują tak nie z powodu kryzysu, lecz są wynikiem celowej gry AmRestu na ich zniżkę, aby za bezcen wykupić resztę udziałów firmy.
Przeciwnicy odpierają zarzuty, twierdząc, że kiedy przejmowali Sfinksa, jego wartość była przeszacowana, za to ciążyły na nim długi. Tę wersję potwierdzają analitycy giełdowi.- Nakłady na inwestycje były niewspółmiernie wysokie w porównaniu do zysków osiąganych z restauracji - uważa Marcin Sójka, analityk Domu Maklerskiego PKO BP.
Wprawdzie od wejścia na giełdę w 2006 sieć Sfinksa rozwijała się dynamiczne, uruchamiając po kilkanaście, kilkadziesiąt restauracji rocznie, ale okupiła to znacznym zadłużeniem. Dziś szacowane jest ono na 86,7 mln zł. W ub. roku Sfinks poniósł też stratę w wysokości 3,9 mln zł.
Spółka utopiła też 8,8 mln na opcjach walutowych. To wpływa na ciągły spadek jej notowań.
W świetle tego wniosek o ogłoszenie bankructwa wydaje się uzasadniony. Mimo to Tomasz Morawski nie daje za wygraną i wciąż liczy na to, że pozostali udziałowcy Sfinksa (Commercial Union, Polsat, Axa i ING Nederlanden) odwołają dziś starą radę nadzorczą, powołają nową i mianują go prezesem.
Ci, zapytani o plany, powtarzają nerwowo "bez komentarza".
Opcja, że Sfinks upadnie i już nigdy nie zjemy w nim shoarmy, wydaje się mało prawdopodobna. Bardziej realne jest to, że AmRest zawrze układ z akcjonariuszami i przejmie całość. A z całej sprawy płynie jeden morał: w biznesie niczego nie załatwia się na gębę.
Polskapresse sp. z.o.o informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie PolskaTimes.pl podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.
Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.