Menu Region

Paweł Rożyński: Premier broni euro w 2012 roku

Paweł Rożyński: Premier broni euro w 2012 roku

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

szef działu pieniądze

5Komentarzy Prześlij Drukuj
Z dotrzymaniem terminu wejścia Polski do strefy euro w 2012 roku jest trochę jak z Andrzejem Czumą, ministrem sprawiedliwości. Premier Donald Tusk nie może teraz zrezygnować - mimo mnożących się wątpliwości - ani z jednego, ani z drugiego. Przyznałby się bowiem do porażki, która przyspieszyłaby spadek notowań rządu i mogłaby mieć poważne skutki dla naszej gospodarki w dobie światowego kryzysu.
Donald Tusk potwierdził właśnie, że mimo niesprzyjających okoliczności termin wejścia do strefy euro pozostaje w mocy. Dowiedzieliśmy się, że pełnomocnik premiera Ludwik Kotecki leci już we wtorek do Brukseli, by przygotować negocjacje. Mają głównie dotyczyć parytetu wymiany złotego na euro i ustalenia kursu naszej waluty już od połowy tego roku, gdy znaleźlibyśmy się w przedsionku, czyli w strefie ERM2. A więc czy euro ma kosztować 3,20 zł jak latem ubiegłego roku, czy może 4,60 zł jak obecnie?

Cudownie byłoby, gdyby podczas sportowej imprezy Euro 2012 tysiące zagranicznych kibiców nie musiały szukać kantorów, by wymienić pieniądze. Jednak pośpiech we wchodzeniu do strefy euro ma zarówno plusy, jak i minusy.
Szybkie wejście do ERM2 narazi naszą i tak już osłabioną walutę na silne ataki spekulacyjne, bo trzeba będzie bronić kursu w określonych widełkach. Dla ludzi pokroju George'a Sorosa, który w podobnej sytuacji w 1992 roku złamał kurs funta, to wręcz zachęta do działania.

A jednak plusów jest wciąż więcej. Determinacja rządu w sprawie roku 2012 umacnia naszą wiarygodność na rynku, a to ma wpływ na poziom złotego i inwestycji zagranicznych. Nie tworzy też zachęty do dalszego odwlekania w przyszłości. W końcu cel, jakim jest szybkie wejście do strefy euro, pozwoli nam trzymać w ryzach deficyt budżetowy i inflację, a więc utrudni podejmowanie przez polityków szkodliwych i populistycznych decyzji.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

5

Komentarze

zwiń wszystkie wątki najnowsze najstarsze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się

Twoje argumenty MARKS

+18 / -13

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

spokojny  •

Twoje argumenty MARKS typu „Oszuści, złodzieje, polityczni bandyci”, „zwyczajni kretyni”, „okradanie narodów”, „kłamstwo powtarzane setki razy”, względnie „puenta rodem z komedii Monty Pythona” mnie nie przekonują, bo nie są wypowiedziami rzeczowymi a jedynie emocjonalnymi. Na to żeby nazwać kogoś bandytą, złodziejem, oszustem i kretynem trzeba też mieć podstawy i dowody. Otóż ja je mam.

Nie jestem ani bandytą ani złodziejem ani oszustem ani kretynem, podobnie jak miliony zwyczajnych, rozsądnych ludzi. I podobnie jak miliony innych widzę wyraźnie, że lepiej jest mieć silną i wspólną walutę europejską niż słabą, własną, bez znaczenia międzynarodowego. Słusznie zauważasz „upadek $ USA (oraz gospodarki USA) jako światowej waluty”. Ale co upadek dolara ma wspólnego z euro?

Euro od początku istnienia się wzmacnia i staje się najważniejszą światową walutą, zastępując dolara. Amerykanów wielu więcej nie będzie a liczba krajów i uyżytkowników euro rośnie. Gdyby Polska wprowadziła euro razem ze Słowacją dziś nie płakalibyśmy, że złotówka straciła do euro aż 40 procent, bo tego ryzyka kursowego by nie było. Dziwię się zatem tym, którzy płaczą „kto uratuje złotówkę”, odrzucając najprostszą i logiczną odpowiedź: euro. Dziwię się tym, którzy odrzucają euro, gotowi teraz płacić więcej za gaz i energię, właśnie dlatego, że złotówka traci do euro.

To prawda, że „Wielka Brytania jest prekursorem rozwoju nowoczesnego przemysłu i najlepszych rozwiązań ekonomicznych na świecie. To tam rodziły się pierwsze fabryki, pierwsza myśl kapitalistyczna i ekonomiczna. Stamtąd wywodzą się najwybitniejsze umysły ekonomiczne.”. Ale takim prekursorem są także posidające euro Niemcy, Francja czy Włochy. Nie tylko w Anglii rodziła się myśl kapitalistyczna i nie tylko Anglia ma najwybitniejsze umysły ekonomiczne. Ciekawe zresztą, że większość ekonomistów brytyjskich (90%) jest za wprowadzniem euro, również większość Brytyjczyków z wykształceniem ekonomicznym (ok. 70%) jest za euro. W londyńskim City i biurach wiszą plakaty z napisami „Y€S”. Wśród osób z wyższym wykształceniem na Wyspach ponad połowa chce euro. Przeciwni euro są głównie ci, którzy są słabiej wykształceni a zwłaszcza ci, którzy nie odróżniają np. deflacji od deprecjacji. Ale każdy ma prawo mieć swoje zdanie.

Faktem jest natomiast, że większość krajów UE ma euro i większość tych, które nie mają chce też je mieć. Nieprawdą jest jak piszesz, że „Dania zdecydowanie odrzuciła euro”. Otóż zrobiła to jednak bardzo niezdecydowanie, bo za euro głosowało aż 49% a przeciw jedynie 51% czyli zdania w Danii są bardzo podzielone na ten temat.

Dodam, że ci którzy krzyczą o utracie suwerenności powinni odróżnić suwerenność pozorną od faktycznej.

Które państwo jest faktycznie bardziej suwerenne - czy to, które samotnie próbuje stać z boku czy też to, które
potrafi współpracowac z grupą innych państw? Twierdzę, że to drugie.

Prosty przykład ze strefy euro. Symboliczna suwerenność Danii. Kiedy istniała marka niemiecka, duńska suwerenność walutowa trwała 15 minut. Tyle czasu mieli Duńczycy
aby dopasować swoje stopy procentowe do niemieckich, po decyzji Bundesbanku. Dziś jest euro, które jest jeszcze
poteżniejszą walutą i ta duńska, pozorna suwerenność trwa tylko 5 minut po decyzjach Eurobanku.

Tylko tyle mają "radości" Duńczycy z symbolicznego faktu posiadania własnej waluty. W zamian za to ich gospodarka ponosi potężne koszty z tym związane. O tym, że
za granicą muszą stać w kolejkach do kantorów na urlopie nie ma co mówić, bo to drobiazg. A przecież nikt im nie broniłby mieć na duńskich euromonetach swojej królowej czy innych narodowych symboli.

Podobnie w Polsce. Wejście do euro to także możliwość
reklamy dla naszych narodowych bohaterów, którzy
nie wszędzie są znani, jako związani z Polską.
Tak jest z Kopernikiem, Chopenem czy Skłodowską-Curie. Umieszczenie ich na polskich monetach euro wraz ze stosownym
napisem zmusiłoby do traktowania ich z szacunkiem przez Francuza, Niemca czy Włocha, bo niczego nie traktuje się z takim szacunkiem jak pieniądza prawda? Od 2008 roku takie możliwości mają nawet Cypr i Malta a od 2007 Słowenia i teraz Słowacja a my zawsze opóźnieni w rozwoju.

Co daje nam „suwerenność” złotówki, która spada na łeb na szyję, bo jest bezbronna w porównaniu do euro – różnica potencjałów walutowach mierzona siłą gospodarek wynosi tu ok. 80:1. Przegrywamy 80 do jednego a ty nawołujesz „tylko tak dalej”. Dziękuję ale beze mnie. Ja głosuję za euro w Polsce i to jak najszybciej.



odpowiedzi (0)

skomentuj

. Pchanie Polaków do euro UE

+13 / -11

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

MARKS (gość)  •

Oszuści, złodzieje, polityczni bandyci na usługach światowej finansowej mafii i zwyczajni kretyni nawołują do likwidacji złotego polskiego i przyjęcia waluty Euro UE. Zdumiewa to tym bardziej, że dziś już doskonale widać upadek $ USA (oraz gospodarki USA) jako światowej waluty. Zastąpienie $ USA przez euro UE nie ma, wiec najmniejszego sensu ekonomicznego poza niepohamowaną rządzą światowej finansowej mafii okradania narodów z wytworów ich pracy Euro do grobowej deski!
Rząd Donalda Tuska twierdzi, że zamiana złotówki na euro to konieczność. Jedyny ratunek dla Polski. Podobno nie ma wyjścia! I choć tak naprawdę nikt nie wie przed czym ma nas to ratować, natarczywa propaganda staje się wszechobecna.
Przecież wiemy, że kłamstwo powtarzane setki razy staje się prawdą
Euro - europejska waluta wprowadzona w miejsce walut narodowych. To prawny środek płatniczy w ponad połowie państw członkowskich Unii Europejskiej. Symbol euro to grecka litera epsilon przekreślona dwoma równoległymi liniami .
Strefę euro tworzy tylko część państw unijnych, które wprowadziły euro jako swoją walutę. Na ich obszarze Europejski Bank Centralny prowadzi własną, niezależną politykę pieniężną. Świadomie zrezygnowały ze swojej suwerenności walutowej na rzecz Brukseli. Dziś najczęściej żałują tego kroku. Nie ich rządy, nie oficjalne władze, ale żałują zwykli obywatele, których dotknęło wprowadzenie euro, realnie obniżając ich poziom życia.
Niektórzy są mądrzy, a inni jeszcze mądrzejsi
Dziesięć dni po wejściu do obiegu Euro możemy świętować wielki sukces wspólnej waluty - powiedział szef Komisji Europejskiej Romano Prodi. - Wszyscy podeszli entuzjastycznie do nowej waluty i są bardzo szczęśliwi. To był rok 2002.
Czy naprawdę wszyscy? Europropagandziści wolą pomijać milczeniem niewygodne dla siebie fakty, a eksponować jedynie to, co im akurat pasuje. To proste manipulacje socjotechniczne, które - niestety - często bywają skuteczne. Niezwykle rzadko w dyskusjach, w polskich mediach, mówi się o tym, że Wielka Brytania, a w ślad za nią Dania, zdecydowanie odmówiły wprowadzenia na ich terytorium waluty euro. Także Szwecja nie należy do Europejskiego Systemu Walutowego. I mimo to ma się bardzo dobrze. Dlaczego te kraje UE sprzeciwiły się wprowadzeniu u siebie europejskiej waluty, skoro to takie dobrodziejstwo? Czemu świadomie nie zgadzają się na skorzystanie z tak wspaniałej możliwości? Czyżby dopadła ich pomroczność jasna (określenie wymyślone przez L. Wałęsę - naszego mędrca w UE - przyp.aut.)?
Nie sądzę. Wystarczy przypomnieć, że nikt inny, jak Wielka Brytania jest prekursorem rozwoju nowoczesnego przemysłu i najlepszych rozwiązań ekonomicznych na świecie. To tam rodziły się pierwsze fabryki, pierwsza myśl kapitalistyczna i ekonomiczna. Stamtąd wywodzą się najwybitniejsze umysły ekonomiczne. Oni dobrze wiedzieli co robią! Wprowadzenie euro byłoby niekorzystne dla ich obywateli, a rządy tych krajów dbają o portfele swoich wyborców.
Czemu jest tak dobrze, skoro jest tak źle?
Niemcy, podobnie jak jedenaście innych krajów europejskich, wprowadziły euro do obiegu gotówkowego 1 stycznia 2002 r. Bundesbank ocenił akcję wprowadzenia euro jako pełny sukces. Obywatele zaakceptowali wspólną walutę, zaś wymiana marek na euro w bankach i placówkach handlowych przebiegła bez zakłóceń. - tak brzmiał oficjalny komunikat. Oficjalne komunikaty zawsze są miłe, wyważone, żeby nie denerwować ludzi, nie wywoływać niepotrzebnej paniki.
A jaka jest prawda? Wprowadzenie euro służy tak naprawdę najbogatszym, aby byli jeszcze bogatsi, pomnażali swoje ogromne kapitały. Służy wielkim firmom, międzynarodowym koncernom i rozliczeniom międzypaństwowym wewnątrz Unii, bo zmniejsza koszty obsługi. Nie oznacza to - rzecz jasna - korzyści dla szeregowych pracowników tych firm ani dla mieszkańców państw. Nie przekłada się to bezpośrednio ani pośrednio. Co więcej, może nawet prowadzić do zwolnień pracowników.
Dla przeciętnego Kowalskiego, w którymkolwiek z krajów UE by on nie mieszkał, oprócz braku konieczności wymiany walut na wycieczkach turystycznych, nie oznacza to praktycznie żadnych innych dobrodziejstw. Owszem, można dać sobie wmówić wszechobecnej propagandzie, że nie będzie się nigdy pełnym europejczykiem bez europejskiej waluty w swoim kraju. Wtedy warto pamiętać o tym, że Polska zawsze była w Europie, od początku swojego istnienia. I nigdy nie przestaliśmy być europejczykami. Niech snobizm posiadania euro nie zasłoni nam logicznego myślenia.
Komisja Europejska przyznała, że jej służby odnotowały w wielu krajach przypadki podwyżek cen. Jak dotąd odmawiała uznania tego zjawiska. Według komisarza UE ds. walutowych Pedro Solbesa, podwyżki te są nieznaczące i nie wpłyną na wzrost inflacji w Eurolandzie. To kolejny komunikat biurokracji brukselskiej dla tych, którzy lubią mieć wiecznie dobry humor. Prawda jest inna.
Obywatele większości krajów UE, gdzie euro zastąpiło waluty narodowe (szczególnie Niemcy), dziś bardzo głośno narzekają, że był to wielki błąd, że nigdy więcej by nie dali zgody na euro, ponieważ ceny w sklepach oraz koszty codziennego funkcjonowania szalenie wzrosły, a poziom życia automatycznie spadł. Nam dziś w Polsce próbuje się wmówić, że tak nie jest, że my tego unikniemy, że będą jakieś tam kontrole, które skutecznie zablokują podwyżki. Warto wierzyć w kolejne bajki pisane palcem po wodzie?
Ograniczenie suwerenności
Jednym z wyznaczników suwerenności państwowej jest posiadanie własnej narodowej waluty. To oczywiste, że w momencie, gdy euro stanie się prawnym środkiem płatniczym w Polsce, NBP oraz Rada Polityki Pieniężnej utracą większość swych uprawnień na rzecz Europejskiego Banku Centralnego. Mówiąc inaczej, sami oddamy kolejną część swojej suwerenności. Pamiętajmy, że w kolejności na wejście w życie czeka już tzw. Traktat Lizboński, który jeszcze bardziej uzależni nas od Brukseli.
Pod tą piękną nazwą kryje się nic innego jak eurokonstytucja (konstytucja Unii Europejskiej), znana wcześniej pod nazwą traktatu konstytucyjnego UE, którą już raz próbowano wprowadzić, jednak Irlandczycy odrzucili ją w głosowaniu. Dlatego użyto fortelu (czytaj: intrygi). Praktycznie ten sam dokument nazwano inaczej, sympatyczną nazwą Traktat Lizboński i próbuje się go kolejny raz przemycić tylnymi drzwiami
Specjalnie nie ma w tej nazwie słowa konstytucja, aby wprowadzić w błąd opinię publiczną, zamydlić oczy zbyt dociekliwym i uniknąć niewygodnych pytań. Dla większości inteligentnych, myślących ludzi konstytucja kojarzy się jednoznacznie, natomiast traktat to takie neutralne słowo, które nie kojarzy się z niczym szczególnym. Ot jakiś kolejny dokument bez znaczenia... Niestety, akurat ten ma wielkie znaczenie.
I pomyślmy teraz sobie tak logicznie, po kolei. Weszliśmy do UE. Komisja Europejska narzuciła nam wtedy ile i czego mamy produkować, a czego nam nie wolno. Jeszcze do niedawna zewsząd dochodziło pianie w zachwycie polityków wszelkiej maści i barw, jaki to wspaniały system, szczególnie w rolnictwie. Tymczasem jak pokazują wydarzenia tylko tego roku, nie sprawdził on się wcale, bo polityka rolna UE załamała się i trzeba było ją szybko ratować.
Teraz na siłę dąży się do ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego, czyli tak naprawdę eurokonstytucji, która będzie prawem wyższej rangi od Konstytucji RP. A za chwilę każe nam się wymienić narodową walutę na euro, co skaże Narodowy Bank Polski na niebyt i ograniczy jeszcze bardziej naszą niezależność. Już otwarcie i głośno mówi się o powołaniu wspólnego wojska Unii Europejskiej. Kolejnym krokiem będzie zapewne utworzenie stanowiska prezydenta UE i stopniowa likwidacja rządów krajów członkowskich lub znaczne ograniczenie ich kompetencji, utrzymywanie marionetkowych władz podległych urzędnikom w Brukseli.

Niektórzy z nas jeszcze pamiętają (bo młodsi zapewne pojęcia o tym nie mają), jak niegdyś Lech Wałęsa, jako Prezydent RP, obiecał w kampanii wyborczej każdemu Polakowi najpierw 100 mln. zł., potem 300 mln. zł. (starych, przed wymianą). Obiecywał też drugą Japonię w Polsce. Za jego przykładem poszedł serdeczny przyjaciel mędrca Wałęsy, Donald Tusk, który obiecał nam drugą Irlandię oraz to, że każdemu będzie lepiej się tu żyło. Minął rok rządów PO i nawet nie ma widoków, że cokolwiek się zmienia. Większość Polaków nadal zarabia marne 1200-1500 zł. O ile zarabia. Jak wysokie mamy w Polsce ceny, nikomu nie muszę uświadamiać. Jak niskie renty i emerytury - także. I gdzie ta druga Irlandia? Czy już ją widać na horyzoncie?
Najpierw europejskie zarobki w Polsce, a potem wprowadzenie europejskiej waluty - tylko w tej kolejności. Czy my, Polacy, mamy inne żołądki niż Niemcy, Francuzi lub Anglicy? Czy jesteśmy gorsi będąc rzekomo w tej samej, jednej europejskiej rodzinie, a jak parobcy zarabiając ochłapy? Czemu nikt z polskich polityków odważnie i otwarcie nie upomni się o zarobki swoich rodaków?
I ostatnie w tym temacie pytanie retoryczne - dlaczego Komisja Europejska wtrąca się nieustannie ile mamy produkować mleka, łapać ryb, ile budować statków, a nigdy jeszcze nie interweniowała w temacie zarobków Polaków?
Należy pamiętać, że Bruksela przeznacza rocznie ogromne fundusze na działania propagandowe na rzecz UE, wprowadzania euro i przyjęcia eurokonstytucji. Gdziekolwiek nie spojrzymy cała armia dziennikarzy, polityków, komentatorów i innych klakierów przekonuje nas, że „tak trzeba, że jedynie to jest dobre, konieczne i nie ma innej drogi". Tyle, że ci krzykacze ciągną fundusze z Brukseli, dobrze z niej żyją i utrzymują się. Nie dajmy się ogłupić i wmówić sobie, że bez euro, bez Traktatu Lizbońskiego będziemy zaściankiem Europy, że się ośmieszymy. Nieprawda! Skoro niektóre inne kraje UE odmówiły waluty euro, skoro część krajów Unii nie chce ratyfikować Traktatu, to nie jesteśmy sami. Nie tylko nie ośmieszamy się, ale mamy własne zdanie.
Ślub bez możliwości rozwodu
I na koniec puenta rodem z komedii Monty Pythona. Kilka lat temu jakiś brytyjski dziennikarz zapytał szefa Komisji Europejskiej Romano Prodiego o możliwość wystąpienia ze strefy euro. Prodi przyznał otwarcie, że to niemożliwe. - To małżeństwo do grobowej deski - stwierdził. W traktatach, na podstawie których ustanowiono nową walutę, nie ma zapisów, które umożliwiłyby wyjście ze strefy euro.

odpowiedzi (0)

skomentuj

Nie tylko o euro UE

+15 / -17

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

MARKS (gość)  •

Post powtórzony.

odpowiedzi (0)

skomentuj

wady i zalety

+21 / -8

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

spokojny  •

Korzyści z wprowadzenia euro:
- brak ryzyka kursowego dla importerów i eksporterów
- redukcja kosztów transakcyjnych w handlu międzynarodowym
- wzrost stabilności walutowej kraju tj. zwiększenie
jego wiarygodności, redukcja napływu kapitału
spekulacyjnego, niższe oczekiwania inflacyjne
- również polskie firmy produkujace tylko
na rynek krajowy miałyby lepszy dostęp do kredytów
euro i całej puli oszczędnościowej eurostrefy
i oczywiście niższe stopy oprocentowania
- obniżka kosztów podróży turystycznych z uwagi
na brak konieczności wymiany walut
- większa przejrzystość cenowa dla klientów
eurostrefy (korzyść dla Polski z uwagi na
nasze niższe ceny)
- kryteria euro gwarantują Polsce lepsze parametry
gospodarcze (rygory walutowe)

A wady braku euro? No cóż, wyobraźmy sobie, że w Warszawie
mamy mazowieckiego dukata, w Krakowie małopolskiego talara
a w Gdańsku pomorskiego guldena itp. Powiedzmy kilkanaście
walut w Polsce. Głupio co? A kiedyś tak było. Dziś jest
dla nas jasne, że mamy jedną złotowkę. W przyszłości
będzie też jasne, że w Europie jest jedna waluta i
będziemy sie śmiali, że wcześniej było inaczej.

odpowiedzi (0)

skomentuj

Cudownie byłoby dla kogo?

+14 / -12

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

T (gość)  •

Cudownie byłoby dla kogo jakby turyści nie musieli szukać kantorów? Ani dla turystów, bo musieliby zapłacić więcej za pobyt (vide Słowacja), ani dla nas, bo nie zarobilibyśmy marży na wymianie walut. Poza tym, wystarczy udać się do najbliższego bankomatu, włożyć do niego kartę gotówkową i wyciągnąć złotówki. Turyści to nie przygłupy i na pewno bankomaty szybko by znaleźli. Jeżeli takie są argumenty za wejściem do strefy Euro, to za chwilę pójdziemy wszyscy z torbami.

Co do utrzymywania w ryzach deficytu i inflacji, to jest wiele przykładów krajów, które w strefie Euro nie są, a potrafią mieć finanse w porządku (np. Tajwan, Singapur). Również są przykłady krajów, które pomimo obecności tamże nie mają ani wysokiej wiarygodności, ani niewielkich deficytów, a inflację małą tylko być może na zasadzie - jajka zdrożały 2x, ale lokomotywy potaniały o 10%. Te kraje to Włochy, Grecja, Hiszpania.

Politycy w Unii ani nie są mądrzejsi od naszych, ani nie będą mieli wpływu na to co się u nas będzie działo (vide powyższe 3 kraje).

Koszt finansowania deficytu przez Polskę, pomimo pozostawania poza strefą Euro wynosi tyle co w Grecji (6,08% vs 5,94%) i niewiele więcej niż we Włoszech (4,90%). (link poniżej) Oznacza to, że wejście do strefy Euro nie oznacza automatycznych korzyści, bo rynek i tak dobrze wie, które kraje są słabe, a które mocne i znaczek na walucie nie ma tutaj żadnego znaczenia. Np. koszt dla Niemiec to 3,25%.


http://wyborcza.pl/1,82247,6241861,Pierwsze_rachunki_za_fiskalna_stymulacje.html

odpowiedzi (0)

skomentuj