Menu Region

Stany Zjednoczone wciągają resztę świata w wojnę handlową

Stany Zjednoczone wciągają resztę świata w wojnę handlową

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Grzegorz Kostrzewa-Zorbas, politolog, amerykanista

Prześlij Drukuj
Uchwalając pakiet stymulacyjny wart ponad 800 mld dolarów, Izba Reprezentantów rozchwiała światową gospodarkę
Dzisiejsza Ameryka ma mglistą świadomość twardej prawdy, że protekcjonizm - chronienie własnej gospodarki poprzez rujnowanie gospodarek cudzych - pogłębił wielki kryzys lat 1929-1939, trzy pokolenia temu. W pierwszej reakcji Amerykanie wznosili bariery celne i nie chcieli kupować od świata, zatem nie mogli mu nic sprzedać - ręce wyciągnięte z ofertami wszędzie zawisły w próżni. Niżej spadał globalny produkt, wyżej rósł globalny pesymizm.

Tracili wszyscy, także amerykańscy przemysłowcy i bankierzy, robotnicy i rolnicy, w tym głosujący na protekcjonistycznych polityków. Teoria ekonomii międzynarodowej, stworzona z udziałem wielu laureatów Nobla, ostrzega, że protekcjonizm należy do strategicznych błędów polityki gospodarczej. Ale po trzech pokoleniach od ostatniej wojny handlowej Waszyngton nie chce słuchać ostrzeżeń. Kto nie docenia historii, jest skazany na to, że ją przeżywa. Kto lekceważy teorię, staje się materiałem doświadczalnym jej eksperymentów.

Wojna handlowa przebiła się w ostatnich dniach do mediów światowych, ale pierwsze bomby zostały zrzucone na globalny system gospodarczy już przez poprzednią administrację republikanina George'a W. Busha. Najpierw w ramach ratowania sektora finansowego Bush dał setki miliardów dolarów pomocy bankom - ale tylko bankom amerykańskim, także tym działającym na rynku międzynarodowym - co je wzmocniło w walce z zagraniczną konkurencją. Wpłynął na układ sił między bankami w świecie, w tym w Europie włącznie z Polską. Potem, już za przyzwoleniem demokraty Baracka Obamy jako prezydenta elekta, administracja Busha uratowała koncerny samochodowe z Detroit, które wszystkie walczą o globalny rynek z firmami europejskimi i azjatyckimi. Walka przestała być równa.

Brak wyraźnego oporu ze strony Unii Europejskiej i innych potęg - były tylko słowne protesty z Brukseli i Tokio - ośmielił Amerykanów do odpalenia w zeszłym tygodniu bomby trzeciej, tym razem megatonowej. Dopiero to wywołało globalny alarm. Uchwalając pakiet stymulacyjny dla gospodarki, wart ponad 800 miliardów dolarów i największy w dziejach Ameryki i świata, Izba Reprezentantów wprowadziła do niego ograniczenie używania materiałów importowanych przy realizacji zamówień rządowych na infrastrukturę. Ten przepis jest w Stanach Zjednoczonych znany pod patriotyczną nazwą "kupuj amerykańskie". Europejczycy muszą widzieć drugą stronę medalu: "nie kupuj europejskiego, na przykład polskiego". Na samym dnie przepaści czeka gwarantujące biedę i zastój hasło "swój do swego po swoje".

Izba Reprezentantów czerpała wprost z ustawodawstwa z pierwszych miesięcy i lat wielkiego kryzysu - przed prezydenturą Franklina Ro-osevelta - gdy błędne koło protekcjonizmu nie było jeszcze rozumiane, a Kongres produkował lekarstwa gorsze od choroby, takie jak niesławna ustawa Smoot Hawley Act z 1930 roku, która zaporowo podniosła cła. Amerykańskie dzieci uczą się o niej w szkołach ku przestrodze, ale amerykańscy politycy chcą powtórzyć eksperyment. Znów od wybuchu kryzysu minął zaledwie niecały rok.

Alarm włączył się za trzecim razem, bo inicjatywa w Waszyngtonie należy już wyłącznie do nowej administracji i do Partii Demokratycznej, a Demokraci są bardziej niż Republikanie znani ze skłonności do protekcjonizmu i nacjonalizmu gospodarczego. Ani słowa przeciw stanowisku Izby Reprezentantów - i jeszcze ostrzejszym wersjom pakietu, zgłoszonym przez Demokratów w Senacie - nie powiedział publicznie prezydent Obama. Podczas kampanii wyborczej był największym protekcjonistą wśród poważnych kandydatów, zapowiadając między innymi renegocjacje północnoamerykańskiego porozumienia o wolnym handlu NAFTA - tak jakby polski polityk żądał renegocjacji traktatów unijnych. Demokratyczny wiceprezydent Joe Biden hasło "kupuj amerykańskie" głośno poparł. Mało prawdopodobne jest weto prezydenckie wobec ostatecznej wersji ustawy po uzgodnieniu między izbami Kongresu, bo może ona przejść do historii jako "plan Obamy" i zaćmić republikański "plan Paulsona".

Światowa Organizacja Handlu ma mechanizmy mediacji, sądów i sankcji dla zwalczania protekcjonizmu, ale zbyt słabe i powolne na warunki kryzysu. Podejście czysto ekonomiczne nie wystarczy. Powstrzymać wojnę handlową pozwoli tylko wniesienie sprawy do porządku dnia wielkiej polityki. Wolny handel trzeba włączyć do priorytetów w stosunkach politycznych - i cywilizacyjnych - pomiędzy Europą a Ameryką, budując wokół Unii Europejskiej koalicję krajów i regionów świata, mających dużo do stracenia.

Europa musi stanąć na czele. UE nie jest potęgą wojskową, cierpi na niedostatek dynamizmu w nauce i innych dziedzinach, ale w handlu międzynarodowym wyprzedza Stany Zjednoczone i wszelką konkurencję, nawet Japonię i Chiny. Europejskie supermocarstwo handlowe niech zachowa się w sposób godny supermocarstwa. Zwłaszcza na drugim kryzysowym szczycie G20 w kwietniu w Londynie. A priorytetem polskiej dyplomacji powinno być, aby tym razem przy globalnym stole zasiadł - być może w składzie delegacji Unii Europejskiej - i obronę wolnego handlu wygłosił premier RP.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

 

Komentarze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się