Grzegorz Korytkowski (© Marcin Obara)
Anita Czupryn
2009-02-01 23:54:52, aktualizacja: 2009-02-01 23:57:03
Z Grzegorzem Korytowskim, byłym sierpeckim baronem SLD, rozmawia Anita Czupryn
Kiedy Pan poznał rodzinę Olewników?
Kilkanaście lat temu. Spotykaliśmy się towarzysko, a także na imprezach politycznych, festynach, spotkaniach z politykami z centrali, które organizowałem. Pan Olewnik przedstawiał się jako sympatyk lewicy. Sam prosił mnie o takie spotkania wielokrotnie.
Pańskie nazwisko wciąż się przewija w sprawie porwania.
Jestem przedstawiany przez media jako najczarniejszy charakter. To gehenna dla mnie i moich najbliższych, choć nie mam żadnych zarzutów w tej sprawie. Kiedy doszło do porwania, w 2002 r. zadzwonił do mnie pan Olewnik i prosił o spotkanie. Zrozpaczony błagał o pomoc. Zapytałem, na czym miałaby polegać. Powiedział: "Ma pan liczne znajomości, kontakty, niech pan popyta, każda informacja jest istotna" . Prosił mnie też o udział w spotkaniach ze swoimi informatorami. Skarżył się, że prokuratura i policja nic nie robią w tej sprawie.
Pan Olewnik opowiedział mi, że przyszedł do niego Eugeniusz D., "Gienek", lokalny bandyta i zaproponował pomoc za pieniądze, twierdząc, że Pan będzie gwarantem. Dlaczego Pan?
Nie wiem. Może dlatego że sam go kiedyś zapytałem, czy coś wie na temat Krzysia. Pamiętam, że kiedy byłem wicestarostą, on załatwiał jakieś sprawy w urzędzie, spotkaliśmy się na korytarzu. Zapytałem: "Czy wiesz coś na temat porwania?"Chciał, bym go skontaktował z panem Olewnikiem, bo jest w stanie podjąć się zbierania informacji. Nie chciałem go skontaktować. Powiedziałem - jak będzie miał konkretne informacje, niech da sygnał.
Znał Pan "Gienka"?
To małe miasto, wszyscy się znają, jest niewiele młodszy ode mnie. Pan Olewnik pytał mnie o niego. Powiedziałem mu to, co wiem. Ale nie ja kontaktowałem "Gienka" z Olewnikiem. Jeszcze raz podkreślam - to pan Olewnik przyjechał do mnie po pomoc. Według jego relacji część pieniędzy przekazał "Gienkowi", zanim się ze mną skontaktował.
Ale pośredniczył Pan między Olewnikiem a "Gienkiem"?
W późniejszym okresie brałem udział w spotkaniach między nimi, przekazywałem również informacje od "Gienka", gdyż pan Olewnik mnie o to prosił. Przekazywałem też informacje od dziennikarza płockiej gazety, które ten pozyskiwał od swoich informatorów z zakładu karnego przy okazji zbierania materiałów.
Widział Pan, że Olewnik daje "Gienkowi" pieniądze?
Była mowa o pieniądzach, natomiast ja często wychodziłem z samochodu, nie chciałem brać w tym udziału. Wielokrotnie mówiłem Olewnikowi: mogę panu pomóc pod warunkiem, że w grę nie wchodzą pieniądze. Nie chcę, aby mnie ktoś kiedyś podejrzewał, że coś na tym zarabiam. Przekazywałem jedynie informacje, które zasłyszałem. Byłem już poirytowany tą sytuacją. Naciskałem "Gienka", że jeśli wziął jakieś pieniądze, to żeby się wywiązał z umowy, bo Olewnik to mój znajomy i nie pozwolę, by był wykorzystany. Olewnikowi mówiłem: "Niech pan nie płaci. Rozumiem, że za konkretne informacje, ale jeśli ich nie ma, niech pan nie płaci".
Chcą postawić Panu zarzut wyłudzenia 160 tys. zł.
Żadnych pieniędzy "Gienkowi" nie przekazywałem ani od niego nie otrzymałem, niczego nie wyłudziłem. Chciałem pomóc zrozpaczonemu ojcu i robiłem to najlepiej, jak potrafiłem. Sam przecież mam dzieci. Choć wiele padło złych słów na mój temat, czekam ze spokojem na końcowy rezultat śledztwa, bo sumienie mam czyste. Należałoby się przyjrzeć osobom, które będąc w najbliższym otoczeniu zrozpaczonej rodziny, forsują tezę, że politycy SLD stoją za tą brutalną zbrodnią.
Skąd Pan miał kopię listu od Krzysztofa Olewnika?
Od pana Włodzimierza. Jest nagrana moja rozmowa z panem Olewnikiem potwierdzająca, że przywiezie kasety i list.
Chciał Pan imponować panu Olewnikowi, że jest Pan dobrze poinformowany?
Być może. Zachowywałem się wtedy trochę jak James Bond, który chciał pojechać, nogą otworzyć drzwi, zabrać Krzysia pod pachę i przywieźć do domu. Dzisiaj wiem, że działałem odruchowo i naiwnie, ale w dobrej wierze, w dobrej intencji chciałem pomóc przyjacielowi.
Polityk, prezes w Orlenie, spotyka się z gangsterami: "Gienkiem", "Kajtkiem", "Bokserkiem". Twierdził przed sądem, że znał Pan również Franiewskiego, głównego porywacza. Skąd takie znajomości?
To żadni moi "znajomi". Czy to, że teraz rozmawiamy, oznacza, że jestem pani znajomym, a pani moją? Nie znam tych osób.
Gdy był Pan starostą, lokalna gazeta często pisała o Panu. A to miał się Pan postrzelić po pijanemu z nielegalnej broni , a to miał uratować prokuratora, który miał jechać po pijanemu, a to miał Pan skatować włamywacza w barze Pańskiej żony.
Wielu lokalnych polityków ma "problemy" z lokalnymi mediami. Widocznie media tak postrzegają swoją rolę - atakować, szukać newsów za wszelką cenę. Najczęściej, niestety, za cenę kłamstwa. Absolutnie wszystko, co napisano na mój temat, jest nieprawdą.
Funkcjonariusze CBŚ znaleźli u Pana broń, na którą nie miał Pan zezwolenia i fałszywy niemiecki dokument.
Mam bezterminowe zezwolenie na trzy sztuki broni palnej. Nie miałem tylko aktualnych badań lekarskich. Natomiast ten niemiecki dokument to dowód osobisty, który znalazłem przy barze mojej żony.
Jak Pan zareagował na to, że wyrzucono Pana z SLD?
To przekłamanie. Dwa lata temu zawiesiłem swoją działalność w SLD do czasu wyjaśnienia sprawy. A rok temu złożyłem rezygnację. Uważam, że gdybym był prywatną osobą, bez pełnienia funkcji partyjnej, na pewno nie byłbym tak medialnie pokazywany przy tej sprawie. To rozgrywki polityczne, a ja się w ten scenariusz doskonale wpisuję: lokalny polityk, który organizował spotkania z politykami z centrali.