Menu Region

Koniec szamana Leo Beenhakkera

Koniec szamana Leo Beenhakkera

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Dariusz Tuzimek redaktor naczelny stacji nSport

Prześlij Drukuj
Po występie Polaków w finałach Euro schłodzenie głów i zejście na ziemię dobrze nam wszystkim zrobi.
Weszli do sali w orszaku. Najpierw On. Niebieska koszula, szara marynarka. Kilka merów za nim kroczył jego sztab - Marta Alf, Mike Lindemann, Frans Hoek, Jan de Zeeuw, Andrzej Dawidziuk, Bogusław Kaczmarek, Adam Nawałka, Dariusz Dziekanowski. Wszyscy ubrani w czerwone bluzy dresowe. Ze sztabu trenerskiego brakowało tylko Jana Urbana, ale z nim to już tak bywa, że w tej reprezentacji jest, ale tak jakby go jednak nie było.

Samo wejście Leo Beenhakkera na spotkanie z dziennikarzami dzień po przegranej z Chorwacją było spektaklem. I to dokładnie zaplanowanym. Miałem nieodparte wrażenie, że to wchodzi papież, a za nim w purpurach kroczą kardynałowie. I tak właśnie miałem myśleć. To była demonstracja siły i jedności. To miał być sygnał: stoimy murem za swoim szefem!

Wszystko było doskonale przygotowane. Wielki stół, za którym do tej pory zasiadał selekcjoner, został sprzątnięty. Beenhakker usiadł na krzesłach tuż obok dziennikarzy. Zamiast zwykłej konferencji prasowej tym razem był briefing. Niby mała różnica, ale prawda, że brzmi jakoś lepiej?
Sam Leo był przygotowany na atak dziennikarzy. I odparł go, mimo że... atak nie nastąpił.

- Czy jest rozwiązanie w sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy? Jakie jest rozwiązanie, Marto? - zwrócił się w pewnym momencie Leo do rzeczniczki prasowej, przybierając hamletowską pozę. Pytanie to długo wisiało w powietrzu, jakby to była słynna kwestia: "Być albo nie być". To było ewidentnie przez Leo zagrane. Zagrane po aktorsku.

- Jeśli to będzie z korzyścią dla polskiego futbolu, to jestem gotów odejść. Całą odpowiedzialność biorę na siebie - mówił Beenhakker, bo dobrze wiedział, że w tym momencie trzeba to powiedzieć. Potem użył jeszcze słów kluczy: WIERZĘ (w waszych piłkarzy), KOCHAM (Polskę), JESTEM GOTÓW (do poświęceń). Leo wiedział, co mówi, i wiedział, po co to mówi.

Pisząc o tym wszystkim, wbrew pozorom, wcale nie krytykuję Beenhakkera. Wręcz przeciwnie, jestem pod wrażeniem. Chylę czoło przed Beenhakkerem i skupioną wokół niego grupą za to, jak sprawują władzę nad reprezentacją Polski. Nie zaniedbali żadnych drobiazgów w dziedzinie PR (no może na koniec zdarzyła im się wpadka z rozproszonym powrotem do kraju piłkarzy). Dbają o wizerunek kadry i wizerunek własny.

Dbają o dobry kontakt z mediami (SMS-y rozsyłane do dziennikarzy), tak jak nie dbał o to żaden sztab reprezentacji wcześniej. Dlaczego?

Bo to, co dało Beenhakkerowi władzę, to pozyskanie sympatii ludu piłkarskiego w Polsce. Beenhakker był (może jeszcze jest?) nietykalny, bo był (jest?) kochany. Kibice długo nie chcieli słyszeć żadnej (ale to żadnej!) krytyki poczynań selekcjonera, co ostatecznie zaszkodziło nie tylko reprezentacji, ale i jemu samemu.

Leo był jak szaman, któremu wierzyli piłkarze i kibice. Jednak wierzyli dlatego, że broniły go wyniki. Jeszcze gdy przyszły słabe mecze (od beznadziejnego 0:3 z USA, po mierne sprawdziany z Macedonią, Albanią i Danią), trener bagatelizował sprawę. Rozumiem go. By być nadal szamanem, musiał być nieomylny. Niestety, meczów na Euro 2008 zbagatelizować się nie dało.

Dobry początek spotkania z Niemcami, odważne próby realizowania taktyki Beenhakkera (długie utrzymywanie się przy piłce, mozolne budowanie akcji) narobiły nam apetytu. Niepotrzebnie. Nie było podstaw do optymizmu. Jeszcze druga połowa meczu z Austrią była iskierką nadziei, która zgasła nagle wraz z decyzją Howarda Webba o rzucie karnym.

A potem wróciło zło. Zło, które znamy aż za dobrze. W meczu z Chorwacją reprezentacja Polski zagrała jak dawniej: bojaźliwie, bez wiary w sukces, bez odwagi i agresji. I bez pomysłu na grę. Nagle najlepiej zaprezentowali się ci, którzy dla samego selekcjonera byli zbyt beznadziejni, by na nich postawić w meczach o stawkę (Wawrzyniak, Kokoszka). Najbardziej zasmuciło mnie to, że wróciliśmy do punktu wyjścia. Na dziś nie mamy reprezentacji. Ta stara przestała właśnie istnieć.

Błędów popełniono dużo. Nie jestem zwolennikiem teorii, że byliśmy świetnie przygotowani, tylko zabrakło nam szczęścia i skrzywdził nas sędzia. Nie wiem, jak wyglądały przygotowania, ale nie mieliśmy ani szybkości, ani dynamiki, ani agresji na boisku. Co gorsza, przez dwa lata pracy z kadrą Beenhakkerowi nie udało się opracować wykonywania stałych fragmentów gry.

Dla mnie - jako amatora, który od czasu do czasu zakłada jeszcze buty piłkarskie - jest niepojęte, że można się mylić aż tak bardzo, jak mylił się Jacek Krzynówek przy - nieskomplikowanych przecież - rzutach rożnych!

Okres bezgranicznego zaufania i wiary w Beenhakkera ma- my już za sobą. Szaman, który się myli, przestaje być szamanem. Ale może być nadal trenerem. Po prostu trenerem. Schłodzenie głów i zejście na ziemię dobrze nam wszystkim zrobi.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

 

Komentarze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się