Białystok 1915-1918. Okupacyjna kultura

    Białystok 1915-1918. Okupacyjna kultura

    Andrzej Lechowski dyrektor Muzeum Podlaskiego

    Kurier Poranny

    Aktualizacja:

    Kurier Poranny

    Jeden z niemieckich zespołów muzycznych występujących w Białymstoku

    Jeden z niemieckich zespołów muzycznych występujących w Białymstoku ©Ze zbiorów Muzeum Podlaskiego

    Białystok wprost pławił się w muzyce. Niemal przez cały dzień w centrum i na krańcach miasta rozbrzmiewały tony różnych orkiestr.
    Jeden z niemieckich zespołów muzycznych występujących w Białymstoku

    Jeden z niemieckich zespołów muzycznych występujących w Białymstoku ©Ze zbiorów Muzeum Podlaskiego

    Zgodnie z zapowiedzią sprzed tygodnia zapraszam do lektury takiej nietypowej okupacyjnej opowieści. Jej tematem będzie kultura. Zacznijmy od muzyki. W 1969 roku Jerzy Waldorff wprowadził do naszego języka pojęcie, że "muzyka łagodzi obyczaje". Sięgał do arystotelesowskiej maksymy. Do niej też, ale na swój sposób nawiązywali Niemcy w Białymstoku. Stefan Brzostowski wspominał, że "za czasów okupacji niemieckiej Białystok wprost pławił się w muzyce. Niemal przez cały dzień w centrum i na krańcach miasta rozbrzmiewały tony różnych orkiestr".

    Najpopularniejszymi miejscami plenerowych koncertów był ogród miejski, czyli dzisiejszy plac przed Teatrem Dramatycznym i rynek przy fontannie. Zdaniem pamiętnikarza, poziom tych koncertów mógł zadowolić nawet wyrobionych melomanów, bo orkiestry składały się z zawodowych muzyków. Nic więc dziwnego, że cieszyły się te występy dużą popularnością. Do annałów tej okupacyjnej symfoniki dostały się też nazwiska dyrygentów - Lehmanna, Waltera, Urlyka Stegera oraz określanej jako "doskonała" Kassel-Kapelle, która dawała regularne koncerty w teatrze Palace. Brzostowski pisał, że Niemcy "nie karmili ludności niewybredną muzyką - lecz poważnym, klasycznym repertuarem". Tu jednak była wyraźnie stosowana wojenna polityka. "Repertuar składał się wyłącznie z dzieł klasyków niemieckich i krajów sprzymierzonych". Kompozytorów rosyjskich nie grano, uważając ich za wrogów. "Natomiast grano gęsto muzykę austriacką i turecką.

    Programy zachowane informują nas, że np. często grywano marsza tureckiego na cześć sułtana Abdul - Medżyda". No, tu chyba Brzostowski nie popisał się jako meloman, bo z pewnością nie była to muzyka turecka tylko popularny marsz Mozarta.
    Koncerty na rynku miały też pewien posmak anegdotyczny. Otóż jak już wspominałem, obowiązywał w Białymstoku absurdalny przepis zwany Rechts gehen, nakazujący chodzenie prawymi chodnikami. Koncerty rozpoczynały się o godzinie 11 i trwały do 13, kiedy to chodnik zgodnie z dyrektywą przeznaczony dla publiczności, skąpany był w słońcu. Po przeciwnej, zacienionej stronie rynku, majestatycznie przechadzali się policjanci pilnujący, aby nikt nie przechodził na zakazaną stronę. Wobec tego słuchacze zaopatrywali się w parasole, ale gdy upał zaczynał im doskwierać, to chyłkiem przebiegali na lewą, chłodniejszą stronę, skąd byli przepędzani przez czujnych stróżów porządku. Wkrótce jednak okupanci postanowili wykorzystać zasłużoną renomę swoich orkiestr do zgoła nieartystycznych celów. Zaopatrując wojsko w żywność, rozpoczęli w okolicach Białegostoku planowe rekwizycje płodów rolnych i żywego inwentarza. I gdy mieszkańcom coraz bardziej dokuczał głód, to do miasta codziennie wjeżdżały transporty z zarekwirowaną żywnością.

    Początkowe nastroje oburzenia szybko się radykalizowały. "W mieście zaczęto notować wypadki buntu, kradzieży i grabieży. Wtedy Niemcy wpadli na następujący pomysł: w czasie przewożenia przez miasto transportów eksportowanych stąd żywności, wysyłano do miasta, na ulice, wszystkie będące do dyspozycji orkiestry". I tu sprawdziła się maksyma Arystotelesa i Waldorffa. Muzyka nastroje buntu łagodziła skutecznie, ale głodu stłumić nie potrafiła.

    Z tym głodem, to znamienna była historia związana z jednym z najwybitniejszych białostockich muzyków, Mojżeszem Bermanem. Od początków XX wieku z dużym powodzeniem prowadził on różne orkiestry, zyskując miano doskonałego dyrygenta. Był też odkrywcą talentu i pierwszym nauczycielem Róży Bursztyn, która jako Rosa Raisa zrobiła światową karierę sopranistki, będąc przez wiele sezonów gwiazdą Metropolitan Opera. Na co dzień Berman prowadził chór w synagodze przy ulicy Żydowskiej (Białówny). No i zdarzyło się, że Berman ze swoimi chórzystami został zaangażowany do jednego z białostockich kinematografów, w którym "wyświetlano film ultrachrześcijański i misyjny", a śpiewacy ilustrowali go wykonaniami psalmów. Na czynione mu zarzuty, że to się nie godzi, aby synagogalny chór śpiewał do chrześcijańskich filmów, Berman zdecydowanie ripostował, twierdząc, że "ostatecznie żaden Żyd nie wychrzci się z powodu tego filmu, a ja tymczasem zarabiam wraz z chórem synagogalnym na życie na cały tydzień i mogę śpiewać co sobotę". Oczywiście w synagodze.

    Inną rozrywką serwowaną białostoczanom przez Niemców był teatr. Na budynku teatru Palace zawisł szyld "Deutsches Theater". Wiązano z nim duże nadzieje, a i początkowe zapowiedzi dyrektora Steera mogły sprawiać wrażenie, że "tutejsi teatromani, którzy byli spragnieni porządnej sztuki teatralnej, pokładali wiele nadziei na ten oficjalny i korzystający z subwencji teatr, licząc na jego wysoki poziom artystyczny". Szybko jednak przyszło całkowite rozczarowanie. Brzostowski jako teatralny recenzent pisał, że w Deutsches Theater "grano przeważnie same szmiry, kicze patriotyczne i historyczne o żadnej wartości artystycznej. Dla odmiany grano również wulgarne operetki, które u znawców budziły niesmak". Jako przykład podawał inscenizację Hamleta. Już sama zapowiedź wystawienia Szekspira na białostockiej scenie brzmiała sensacyjnie. Ale to co tłumnie zgromadzona publiczność zobaczyła, było mega sensacją. Bo reżyser przerobił Hamleta na swoje kopyto. I tak "okazało się, że Hamlet to nie książę Danii, lecz talmudysta żydowski. Król szekspirowski był tu cadykiem, a Polonius badchenem - czyli wesołkiem na ślubach żydowskich". Z przekąsem pisał Brzostowski, że reżyser z tym karkołomnym pomysłem poradził sobie wyśmienicie, a widzowie "wyszli po obejrzeniu tragedii Szekspira w białostockiej oprawie bardzo ubawieni". Przedstawiając ogólną sytuację w miejscowym życiu teatralnym, pisał Brzostowski, że "teatr niemiecki w Białymstoku cierpiał na dwie bolączki. Pierwsza z nich to właśnie ów brak repertuaru. Materiału aktorskiego (i to doskonałego) było w bród, lecz różnym sztuczydłom brakowało ręki wytrawnego reżysera. Drugą bolączką - która zresztą i dziś jest bardzo aktualna - było skandaliczne, niekulturalne zachowanie się publiczności w teatrze. Wszyscy zachowywali się hałaśliwie, arogancko, zajmowali nie swoje miejsca, przepychali, kłócili się itp. Grozę sytuacji powiększały jeszcze sprowadzane do teatru przez rodziców dzieciaki, które już w ogóle urządzały niepohamowane brewerie".

    Tą kulturalną opowieścią kończę cykl felietonów o Białymstoku z lat 1915 - 1918.

    Czytaj treści premium w Polsce Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Nie przegap

    Wideo