Receptura jest prosta. Weźmij ludową melodyjkę i kilka starych wiejskich instrumentów, na rockową modłę podsteruj brzmienie, dodaj biały śpiew i punkową dynamikę, a młodociana publiczność dostanie na twoim koncercie transowego szmergla. Banał? Niekoniecznie.
Kto 23 stycznia wpadnie do stołecznej Stodoły na koncert grupy Żywiołak, ten pojmie, że oprócz powyższych ingrediencji do grania nowoczesnego folku potrzeba siły słonia, zwinności małpy i kondycji etiopskiego maratończyka - i tylko wówczas jest cień szansy, że wyjdzie z tego prawdziwa prasłowiańska potańcówka.
Członkowie Żywiołaka na Gwiazdkę obdarowali nas debiutancką płytą "Nowa Ex-Tradycja" - teraz idą za ciosem na żywo.
Sami definiują swoją muzę jako biometal, ekometal, heavy folk czy muzyka psychodelicznej Świtezianki, ale jedno jest pewne: są najnowszym objawieniem na polskim rynku.
Zresztą nie tylko folkowym.
- Przylgnął do nas stereotypik kapeli folkowej, a nie do końca tak jest. Bo folk jest mięciutki jak kaczuszka, a my wcale tacy mięciutcy nie jesteśmy - mówi rudowłosa wokalistka Ania Piotrowska, z racji scenicznego temperamentu zwana przez kolegów atomową jędzą. - Kto przychodzi na nasz koncert, oczekując folkowych doznań, przeżywa mały szok kulturowo-szufladkowy. Bo chociaż wywodzimy się z muzyki folkowej, taką samą miłością darzymy rockandrollowców i metalowców - wchodzi jej w słowo lider kapeli Robert "Delira" Jaworski.
Rozmawiamy w jego przytulnym mieszkanku w centrum Warszawy, totalnie zagraconym najróżniejszymi instrumentami. - W naszej muzyce nie ma instrumentów ważnych i mniej ważnych. Są tylko charakterystyczne i mniej charakterystyczne - tłumaczy Jaworski, w którego kolekcji honorowe miejsce zajmuje okazała lira korbowa. - To ona decyduje o brzmieniu Żywiołaka. Ostatnio zawęziłem koncertowy asortyment i oprócz liry wykorzystuję tylko nietypowo nastrojone skrzypce i flety - opowiada muzyk, pokazując wiszące na ścianach cudeńka w rodzaju fideli renesansowej, dud czy przemalowanej na czarno altówki. - Naturalnie, żeby była bardziej mroczna - żartuje.
Jaworski jest nie tylko artystą, ale i wielowiedem w temacie rodzimego folkloru (ma w małym palcu wszystkie dzieła Oskara Kolberga). Podróż przez łany nut zaczął od dwuletniej przygody z własną folkmetalową formacją ich troLe, współpracował też z Kapelą ze Wsi Warszawa. Aż w końcu w 2005 r. spotkał na swej drodze lidera warszawskiego kolektywu Open Folk Roberta Wasilewskiego (odpowiedzialnego w Żywiołaku głównie za elementy "metalowe": potężny przesterowany bas i okazjonalne erupcje gitarowe). Połączyły ich wspólne fascynacje (zogniskowane, jak wyjawia Jaworski, głównie na czadowym folku skandynawskim) i chęć solidnego przewietrzenia rodzimej sceny folkowej. Dzieckiem tego muzycznego romansu, poczętym wraz z dwiema "śpiewającymi czarownicami" i obsługującym m.in. baraban i czynele perkusistą Maćkiem Dymkiem, jest właśnie Żywiołak.
Ile w ich muzyce jest polskiej ludowości? - Każdy temat, który gramy, ma w sobie cząstkę folkloru. Na niej budujemy kolejne elementy tak, że całość nabiera cech utworu rockowego - wyjaśnia Jaworski. Folklor odbija się także w tekstach piosenek. Roi się w nich od utopców, południc, dusiołków i innych oślizłych kreatur , którymi straszyli dzieci (i dorosłych) nasi prasłowiańscy przodkowie. - Pasjonuje nas ludowa demonologia. A z racji ewidentnych związków z kulturą pogańską nie jest to sfera, do której zbyt często się powraca - tłumaczą muzycy.
Ten koktajl przysporzył zespołowi sławy i lawiny nagród. Obok prestiżowej Nowej Tradycji wygrali rockowe Młode Wilki. Zawitali nawet (obok Nataszy Urbańskiej, Isis Gee i Queens) wśród wykonawców wytypowanych do Eurowizji. - Cóż, dostaliśmy zaproszenie, ale równie szybko dostaliśmy wyproszenie - śmieje się perkusista Maciek Dymek, komentując dyskwalifikację grupy z powodu upublicznienia konkursowej piosenki przed ustalonym terminem. Zamiast rozlewać łzy, Żywiołak wziął się do roboty, której efekt w wersji live poznacie za dwa tygodnie na klepisku w stołecznej Stodole.