Menu Region

Katarzyna Nowak: Kobiecy tenis to dziwne zjawisko. Radwańska...

Katarzyna Nowak: Kobiecy tenis to dziwne zjawisko. Radwańska nie ma z kim przegrywać

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Hubert Zdankiewicz

Prześlij Drukuj
Katarzyna Nowak: Kobiecy tenis to dziwne zjawisko. Radwańska nie ma z kim przegrywać Katarzyna Nowak: Kobiecy tenis to dziwne zjawisko. Radwańska nie ma z kim przegrywać

Agnieszka Radwańska (© AP Photo/Dita Alangkar)

- Niech pan za to spojrzy, z kim trenują niektóre dziewczyny z czołówki. To jest śmiechu warte. Kiedyś liczyło się, co trener ma w głowie, teraz dla wielu zawodniczek liczy się tylko to, czy dobrze wygląda. Dobrze, że w męskim tenisie kompetencje nadal mają znaczenie - mówi Katarzyna Nowak,była tenisistka, w rozmowie z Hubertem Zdankiewiczem.
Wielu ludzi w Polsce oburza się, gdy ktoś mówi o kryzysie kobiecego tenisa. Odbierają to jako ujmowanie zasług Agnieszce Radwańskiej.
Bzdura, trzeba rozgraniczać te dwie kwestie. Z sukcesów Agnieszki wszyscy powinniśmy się cieszyć, bo nie mamy w Polsce zbyt wielu gwiazd jej formatu. Znanych nie tylko w Europie, ale na całym świecie. Niemniej ja również jestem osobą, która ten kryzys zauważa od kilku lat. Tym wyraźniej, że sama grałam zawodowo w tenisa.

Czym się objawia ten kryzys?
Można stawiać różne tezy, ale trzeba poprzeć je faktami, a tutaj pewne symptomy są aż nadto widoczne. Zaznaczam, że to nie dotyczy tylko Agnieszki Radwańskiej, ale również wszystkich innych zawodniczek, Marii Szarapowej, Wiktorii Azarenki i całej reszty, która skorzystała na dziurze, jaka powstała w ostatnich latach.
To problem globalny i nie można patrzeć na niego tylko przez pryzmat Agnieszki. Dużo się zmieniło w kobiecym tenisie - przede wszystkim zasady w punktacji. Ranking WTA jest dziś tak fajnie skonstruowany, że można zostać numerem jeden albo dwa, nie mając na koncie wielkoszlemowych tytułów. Kiedyś to było niemożliwe. W tenisie męskim nadal nie jest.

To aluzja do Radwańskiej?

Raczej do Woźniackiej, Safiny, Janković i jeszcze paru innych… Nie czepiajmy się ciągle Agnieszki. Wiem, że w jej przypadku kibice są podzieleni, jedni mówią o niej wyłącznie dobrze, drudzy wyłącznie źle.

Pani nigdy nie doświadczyła tzw. polskiego piekiełka?
Ależ doświadczyłam. Na mniejszą skalę, bo nie było wtedy jeszcze internetu. Niemniej rozumiem Agnieszkę lepiej niż ktoś, kto nie spotkał się nigdy z takimi przejawami "sympatii". Efekt jest taki, że w Polsce nie można nawet merytorycznie skrytykować Radwańskiej, żeby nie zostać zmieszanym z błotem przez jej fanów. Proszę mi wierzyć, że ja nic do niej nie mam. Dzieli nas duża różnica wieku, bo ja grałam w latach 90., więc nawet nie znam Agnieszki na tyle dobrze, by wypowiadać się o niej jako o człowieku. Nie ma w tym żadnych podtekstów, ludzie źle to odbierają.

Dokładnie, zaraz ktoś powie, że zazdrości Pani Radwańskiej.
Ale czego ja mam jej zazdrościć? Sukcesów, sławy, pieniędzy? To takie typowo polskie myślenie: albo mówisz o kimś wyłącznie dobrze, albo zaraz ktoś szuka w tym podtekstów. To ja się zapytam: co jest złego w pozytywnej krytyce i wyciąganiu wniosków nawet po sukcesach? Na Zachodzie takie obiektywne oceny to norma, za to u nas ludzie wciąż mają z tym problem. Ja nie mam. Jestem Kasia Nowak, była rakieta numer jeden w Polsce. Grałam Wielkie Szlemy i czuję się spełniona zarówno jako tenisistka, jak i komentatorka czy matka. Nie mam czego zazdrościć Agnieszce.

Porównań Pani jednak nie uniknie. Znajdą się "życzliwi", którzy wytkną, że Radwańska była druga na świecie, a Pani "tylko" 41.
Życzę każdemu, żeby był 41. na świecie w tym, co robi. W takich warunkach, w jakich ja tego dokonałam. Takie porównania są bez sensu, bo nie ma między nami punktu odniesienia. Gdy ja zaczynałam karierę, w naszym kraju nie było turniejów zawodowych, nie tylko rangi WTA, ale nawet ITF. Musiałam wyrabiać sobie ranking we Francji i Hiszpanii. Brakowało kortów innych niż ziemne i tenisowych hal. Z konieczności trenowałam więc na drewnianych parkietach, a na zawodowstwo przeszłam dopiero w wieku 19 lat, prawie 20. Tak długo Polski Związek Tenisowy mi na to nie pozwalał. Co z tego, że byłam w pierwszej dziesiątce juniorek na świecie, moje rówieśniczki z Niemiec, Hiszpanii czy Francji zaczynały grać pierwsze dorosłe turnieje mając 14 albo 15 lat. To jest dystans, którego nie da się później nadrobić. Dziś mogę się tylko cieszyć, że siostry Radwańskie albo Marta Domachowska miały na starcie takie same warunki jak inne dziewczyny. Mogły liczyć np. na dzikie karty do turniejów WTA, które pojawiły się w końcu również w Polsce. Przypomnę, że pierwszy wielki sukces Agnieszki miał miejsce w 2006 r., gdy dostała przepustkę do J&S Cup i pokonała w pierwszej rundzie byłą mistrzynię Roland Garros Anastazję Myskinę.

Mniej więcej to samo mówił wiele razy Wojciech Fibak.
Miał rację. Trener Conchity Martinez Eric van Harpen, ten, który doprowadził ją do zwycięstwa w Wimbledonie… On i trener Anke Huber Boris Breskvar często mnie pytali, dlaczego nie jestem wyżej w rankingu. Im się wydawało, że moja gra i mój charakter wskazują na to, że powinnam być w granicach pierwszej piętnastki. Ja im wtedy zawsze mówiłam: Musiałabym opowiedzieć Wam historię naszego kraju, wszystkie absurdy, z jakimi się zmagali w tym czasie sportowcy. Pamiętam, jak kiedyś byliśmy na tournée we Włoszech z Pawłem Bojarskim, trenerem kadry do lat 16 - Livorno, Mediolan itd. Doszłam do półfinału w jednym z tych turniejów, a tu nagle telefon z Polski, że… mamy natychmiast wracać, bo tu się zaczyna spartakiada.

I wróciliście?
Ależ oczywiście, że tak. Dziś taka sytuacja jest nie do pomyślenia. Trzeba oczywiście podkreślić, że w tamtych czasach praca w klubach wyglądała dużo lepiej niż dzisiaj. Kiedyś był system, za to były inne ograniczenia. Trudniej było wejść w tenis profesjonalny, nie było sponsorów, zwłaszcza takich jak Ryszard Krauze. Program PZT Prokom Team to w ogóle w naszym kraju ewenement. Czegoś takiego nigdy wcześniej nie było i podejrzewam, że nigdy niestety już nie będzie. Kto wie, gdzie byłyby dziś bez tego wsparcia siostry Radwańskie albo Fyrstenberg z Matkowskim…

No dobrze, ale wróćmy do tego kryzysu, który jest ponoć obecnie.
Jest, proszę mi wierzyć. Albo może użyjmy innego słowa, bo kryzys to się ludziom ostatnio bardzo źle kojarzy. Powiedzmy, że mamy do czynienia z dziwnym zjawiskiem. Jak już mówiłam, najlepszy okres w mojej karierze przypadł na lata 90., a to nie jest znowu tak odległa przeszłość, żeby nie można było ich porównywać z tym, co mamy obecnie. Nie tylko moim zdaniem to było apogeum tenisa, męskiego i żeńskiego. Mieliśmy wtedy wszystko: i siłę, i technikę. Proszę sobie przypomnieć tamte gwiazdy: Martinez, Steffi Graf, Monica Seles, Jana Novotna, Arantxa Sanchez Vicario, Mary Pierce, Lindsay Davenport, Martina Hingis... długo by wymieniać. Każda inna, każda jedyna w swoim rodzaju. Były mistrzynie gry zza końcowej linii, ale też i specjalistki od gry przy siatce. Po nich pojawiły się siostry Williams, a jeszcze później - już w XXI wieku - Justine Henin, Kim Clijsters, Amelie Mauresmo. Proszę sobie przypomnieć mecze Graf z Seles. Jak one biegały po narożnikach, jakie tam były gry kątowe, jaka praca nóg. Jak mocno obie uderzały piłkę. To samo Pierce albo Davenport.

Można je porównać z Azarenką albo Szarapową?
Szarapowa pasuje mi swoją postawą. Pasuje zachowaniem do roli gwiazdy, ale jej tenis jest dość jednostronny, miejscami wręcz ograniczony.

A Radwańska? Może z jej techniczną grą odnosiłaby większe sukcesy właśnie w latach 90.? Tak jak Hingis.
Myślę, że Agnieszka ze swoim stylem znalazła się w idealnym dla siebie momencie. Ona świetnie się czuje w starciach z rywalkami grającymi jednostronny tenis, oparty przede wszystkim na sile. Nie lubi za to grać z tymi wszechstronniejszymi, a takich w erze Graf i Hingis było o wiele więcej niż dziś. Do tego wykruszyła się konkurencja, bo popatrzmy, co się dzieje ostatnich latach. Siostry Williams cały czas na huśtawce - raz wygrywają, raz przegrywają i leczą kontuzje. Henin i Clijsters kończą karierę, obie w najlepszym dla tenisistki wieku. Później odchodzi Mauresmo. Proszę zauważyć - tak się jakoś składa, że ilekroć Serena Williams wraca do zdrowia, to wciąż nie ma na nią mocnych.

Serena to fenomen. Wszyscy to podkreślają.
Słusznie, ale z drugiej strony Hingis czy Henin potrafiły z nią wygrywać, choć podobnie jak Radwańska nie imponowały warunkami fizycznymi. I to w czasach, gdy Serena była u szczytu kariery, a nie teraz, gdy jest po trzydziestce. Ona nie czuje żadnej presji ze strony rywalek i to najlepszy dowód na potwierdzenie mojej tezy. Kiedyś gwiazdy czuły na plechach oddech młodszych koleżanek, już nastolatki potrafiły dobrać im się do skóry, przypomnijmy sobie choćby Jennifer Capriati. A teraz co mamy? Widzi pan jakieś kandydatki na gwiazdy? Dlatego właśnie uważam, że Radwańska trafiła idealnie, bo ona również nie ma konkurencji. Serena w końcu da sobie spokój, zostanie Szarapowa, Azarenka, być może Kvitova odzyska formę. Od czasu do czasu pojawi się jakiś meteor, jak Na Li, która apogeum osiągnęła dopiero pod trzydziestkę. Agnieszka nie ma za bardzo z kim przegrywać, spokojnie może utrzymać się przez najbliższe pięć lat w czołowej piątce.

Skąd się Pani zdaniem bierze ten regres?
Ktoś strasznie rozpuścił całe to towarzystwo i nie mam na myśli tylko ogromnych pieniędzy. Weźmy np. trenerów, wspomniana już Na Li pracuje od pół roku z Carlosem Rodriguezem, współtwórcą sukcesów Henin, a Azarenka korzysta z rad Mauresmo. Niech pan za to spojrzy, z kim trenują niektóre dziewczyny z czołówki. To jest śmiechu warte. Kiedyś liczyło się, co trener ma w głowie, teraz dla wielu zawodniczek liczy się tylko to, czy dobrze wygląda. Dobrze, że w męskim tenisie kompetencje nadal mają znaczenie.

Tam nie ma kryzysu?
Nie. Męski tenis tylko się zmienił i obecnie zdecydowana większość zawodników okopała się z tyłu. Nie ma jednak w czołówce przypadkowych ludzi, jej poziom odzwierciedlają wyniki w Wielkim Szlemie. Nadal są różnorodności: gra kątowa, zmiana rotacji, rytmu, długości piłek. Panowie wciąż grają w tenisa, a zdecydowana większość pań po prostu bezmyślnie łupie. Radwańska uchodzi w tym towarzystwie za zawodniczkę dobrze wyszkoloną, bo potrafi zagrać skróta, zmienić rotację czy uderzyć piłkę z woleja. Zresztą proszę spojrzeć na taką Clijsters. Nie gra dwa lata w tenisa, rodzi w międzyczasie dziecko, potem wraca i w trzecim starcie wygrywa US Open. A dzisiejsze gwiazdy jej na to pozwalają.

Clijsters to też wybitna zawodniczka.
Ja właśnie o tym mówię, że dziś takich osobistości brakuje. Zresztą mam jeszcze lepszy przykład. Pamiętam, jak w 2009 r. komentowałam mecz Woźniackiej w pierwszej rundzie Wimbledonu. Grała z Kimiko Date-Krumm. Wchodząc do studia, myślałam, że to jakaś siostra albo kuzynka, dopiero gdy wyszły na kort, uświadomiłam sobie, że… to ta sama Kimiko Date, która pokonała mnie w 1995 r. w trzeciej rundzie Roland Garros i doszła później do półfinału. Normalnie na chwilę mnie zatkało. (śmiech) W dodatku Karolina wygrała, ale dopiero w trzech setach. No i jak to wygląda - kobieta z dwójką dzieci, która dawno zakończyła karierę, wraca i mając prawie 40 lat, gra trzy sety z dziewiątą wówczas rakietą świata. Co więcej, dwa lata później, podczas Australian Open, ta sama Date-Krumm prowadziła 4:1 w trzecim secie meczu z… Agnieszką Radwańską. Podkreślę jednak na koniec raz jeszcze - cieszmy się wszyscy, że mamy w Polsce taką gwiazdę jak ona, bez względu na to, jak wygląda dziś kobiecy tenis. Cieszmy się z tego, że ostatni występ naszej reprezentacji w rozgrywkach Fed Cup był udany [czytaj obok - red.]. Mając takie dwie zawodniczki jak siostry Radwańskie, z ich rankingiem i poziomem gry, powinniśmy występować w nich dużo wyżej niż obecnie.
Reklama
 

Komentarze

Aby komentować ten artykuł, musisz być zalogowany.

Zaloguj lub zarejestruj się
Reklama
Reklama