Już w marcu, a nie jak zapowiadano na przełomie maja i czerwca, drogowcy całkowicie zamkną wiadukt na Andersa - dowiedziała się "Polska".
Powód? Wahania temperatury powyżej i poniżej zera dewastują żelbetonową przestarzałą konstrukcję wiaduktu. W święta drogowcy zdecydowali o zamknięciu przeprawy. Żoliborzowi może zatem grozić komunikacyjny paraliż, o ile urzędnicy nie wymyślą, jak dostosować komunikację do tej wyrwy w głównej arterii dzielnicy. Na razie mają tylko pomysły, które mogą narazić mieszkańców na długie piesze wycieczki.
Eksperci z Politechniki Warszawskiej twierdzą, że do końca lutego wiadukt nie zawali się pod ciężarem samochodów osobowych.
Tramwaje i autobusy zostały wycofane w drugim tygodniu listopada. Adam Sobieraj, rzecznik Zarządu Dróg Miejskich, uspokaja, że dwa razy dziennie przeprawa jest kontrolowana przez specjalistów.
Doktor Janusz Rymsza, kierownik zakładu mostów w Instytucie Dróg i Mostów, nie ma wątpliwości, że mimo mniejszych drgań na Andersa wiadukt trzeba jak najszybciej wyburzyć. - Takie prace rozpoczniemy już w połowie marca. Takie są plany miasta - powiedział nam nieoficjalnie jeden z urzędników zajmujących się na co dzień drogami. Stalowa konstrukcja bowiem aż w 61 proc. jest zniszczona przez rdzę.
- Rozbiórka zacznie się najprawdopodobniej od nawierzchni i torów tramwajowych, ruch dla pieszych będzie utrzymany najdłużej - deklaruje Adam Sobieraj. Żeby postawić kładkę dla pieszych, potrzebne są uzgodnienia z PKP Polskie Linie Kolejowe. Podobno takie rozmowy są prowadzone, choć rzecznik warszawskiego oddziału PLK Marta Szklarek twierdzi, że nic o tym nie wie.
Najprawdopodobniej jako kładka posłuży przez jakiś czas stary wiadukt. Miejscy urzędnicy twierdzą, że będzie to bezpieczne rozwiązanie, bo jak twierdzą, żeby wywołać drgania na przeprawie, trzeba by olbrzyma albo grupy piechurów. Miasto zastanawia się też, czy nie wybudować obok burzonego wiaduktu nowego przejścia dla pieszych.
Właśnie w piechurów mogą się niedługo zamienić mieszkańcy ulic gen. Zajączka, Mickiewicza i okolic. Jednym z rozwiązań jest bowiem wprowadzenie tramwaju wahadłowego, który ma dwie kabiny dla motorniczego. Kursowałby on między pętlą na Marymoncie a kończyłby trasę na wysokości ulicy gen. Zajączka.
Wówczas pasażerowie musieliby przechodzić kilkadziesiąt metrów przez kładkę i dalej przesiadać się do autobusu, tramwaju lub metra. Nie trzeba wówczas budować specjalnej pętli, by mógł zawrócić. Według Krzysztofa Karosa, prezesa Tramwajów Warszawskich, taki pojazd można by kupić z innych miast albo jak będzie potrzeba, w trybie pilnym wypożyczyć.
- Możemy już się tylko śmiać z takich pomysłów - twierdzi Jan Jakiel, prezes Stowarzyszenia Integracji Stołecznej Komunikacji. - Szkoda, że miasto wcześniej nie konsultuje z mieszkańcami swoich pomysłów, a potem okazuje się, że wybiera najgłupsze - dodaje.
Według niego budowa nowej kładki może w ogóle nie mieć sensu. Składanie jej bowiem może potrwać kilkanaście miesięcy, jak miało to miejsce w przypadku przeniesienia mostu Syreny na Trasę Toruńską. - Szybciej będziemy mieć do dyspozycji przejście podziemne łączące Żoliborz z Dworcem Gdańskim i stacją metra - ocenia Jakiel.
Zdaniem mieszkańców dużo rozsądniejszym pomysłem jest zmiana tras niektórych linii autobusowych. Proponuje to zresztą Zarząd Transportu Miejskiego. Urzędnicy ZTM chcą, aby autobus linii 510, który obecnie jeździ ulicą Popiełuszki i dalej aleją Jana Pawła II, pojechał ulicami Słowackiego, Mickiewicza, przez plac Wilsona i dalej al. Wojska Polskiego. Takie rozwiązanie jest jednak możliwe tylko wtedy, kiedy przebudowana zostanie al. Wojska Polskiego, aby można było z niej swobodnie skręcać w Jana Pawła II. Już wystąpiono o to do ZDM.
Oby nie skończyło się na tym, że do szkoły lub pracy warszawiacy będą chodzić przez tory. Obawiam się, że tak może do tego dojść, a to przecież może się skończyć tragedią - mówi Jakiel. - Coś wymyślimy - uspokaja nas Adam Sobieraj.
Pod koniec stycznia mijającego tego roku ruch na wiadukcie jest zwężony do jednego pasa w każdym kierunku. Ograniczono też dopuszczalną prędkość dla samochodów osobowych do 30 km/h. Miasto już w marcu chciało rozpocząć remont, ale Zielone Mazowsze - organizacja ekologów - oprotestowało decyzję środowiskową, którą wydał wojewoda mazowiecki. Ekolodzy uważają, że to był ich obowiązek, bo plan modernizacji wiaduktu nie był najlepszy. W grudniu doszli jednak do porozumienia z miastem. Na ich wniosek z wiaduktu będzie można zjechać windami na perony dworca, a rowerzyści będą mieli swoje ścieżki. Obecnie projektant uwzględnia ich postulaty.
Jeżeli Zielone Mazowsze wycofa protest z Ministerstwa Infrastruktury, miasto będzie mogło ogłosić przetarg na wyburzenie i postawienie nowej przeprawy na ulicy Andersa. Miasto daje sobie pół roku na zakończenie konkursu i wybranie wykonawców. Potem wyburzenie i postawienie nowych obiektów zajmie dwa lata.