Menu Region

Zapłacimy za nie nasz kryzys

Zapłacimy za nie nasz kryzys

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Jacek Wiśniewski, główny ekonomista Raiffeisen Bank Polska

156Komentarzy Prześlij Drukuj
Czekają nas trzy, cztery chude lata. Gdy świat hamuje, my też musimy zwolnić
Wpolskiej gospodarce to był bardzo dobry rok... ale do września, do momentu upadku amerykańskiego banku Lehman Brothers. Do tego momentu rosły pensje, rósł eksport, osiągnęliśmy szczytowy poziom zatrudnienia. I to wszystko w jednym momencie się skończyło.

Upadek tego bankowego giganta zmienił wszystko - przede wszystkim zmniejszył dostęp do kapitału, a ilość kapitału w gospodarce wpływa przecież na szybkość jej rozwoju. W Polsce odczuli to wszyscy, którzy chcieli wziąć kredyty mieszkaniowe.

Tu nie chodzi o to, że upadł Lehman Brothers, równie dobrze mogła to być inna instytucja. Chodzi o sam fakt, że upadł jeden z największych banków na świecie. Wywołało to ogromny efekt psychologiczny, bo pokazało, że każda z dużych instytucji światowych jest zagrożona bankructwem.

To zaś spowodowało zupełnie inne kierunki przepływu kapitału. Pieniądze odpłynęły z rynków wschodzących (niektóre z nich - tak jak Islandia i Węgry - nie przetrwały tego i musiały zwracać się po pożyczki na finansowanie deficytów budżetowych). Odpłynęły również z Polski. I te zmienione kierunki przepływu kapitału wraz z rosnącym ryzykiem bankructwa spowodowały bardzo małą chęć banków do wzajemnego pożyczania sobie pieniędzy.

To był ten moment, który oddzielił czasy nierecesyjne od recesyjnych. Szybko nastąpił też spadek popytu ze strony naszych odbiorców zachodnich - ponieważ tamte gospodarki też przeżywają kryzys i tamtejsi odbiorcy przestali kupować nasze towary. Kryzys jako pierwsi odczuli więc eksporterzy.
Odczuli go jednak również zwykli Polacy. Nie tylko ci, którzy planowali wziąć kredyt na mieszkanie, ale również drobni ciułacze, którzy inwestowali. Dla giełdy i funduszy inwestycyjnych to był fatalny rok. Po tych kilku latach hossy, kiedy zarabiało się niemal na wszystkim, mieliśmy bowiem już do czynienia z bańką spekulacyjną. I ta bańka pękła.

Ponieważ bankowości doskwierał brak kapitału, banki zaczęły rywalizować w udzielaniu depozytów. To spowodowało bardzo wysoki wzrost ich oprocentowania, co w dodatku pogrążyło wszelkie inne instrumenty finansowe. Banki są bowiem postrzegane jako bezpieczne, a lokaty są bardzo prostym instrumentem. Każdy rozumie ich zasady działania i każdy może obliczyć sobie zysk już w momencie startu inwestycji. Dlatego lokaty stały się bardzo silną konkurencją dla wszystkich innych inwestycji i między bankami trwał wyścig, kto zbierze z rynku jak najwięcej pieniędzy.

Niepewne czasy przyszły też na rynku pracy. I tu znowu do połowy roku mieliśmy niewątpliwie do czynienia z rynkiem pracownika i to niemal we wszystkich branżach. Gdzieś od czerwca zaczęło się to jednak zmieniać - powoli, sektor po sektorze. Pamiętajmy jednak, że bezrobocie wciąż jest rekordowo niskie. Pracownicy boją się o swoje zatrudnienie, bo nie ma już tylu ofert pracy, ale wciąż nie jest łatwo znaleźć dobrego pracownika.

Zapamiętamy więc ten rok jako ostatni dobry, który nastąpił przed trzema, czterema latami chudymi. Nie jest przy tym tak, że ten kryzys był potrzebny, że ma on jakąś moc oczyszczania. Naprawdę wolałbym gospodarkę pędzącą po 6 proc. rocznie i kłopoty z nadmiarem bogactwa niż kryzys i wymuszone w ten sposób restrukturyzacje firm.

Wolałbym po prostu, żeby te czasy "niestabilności" trwały dłużej. Szczególnie że nasza gospodarka nie była na tyle niezrównoważona, że zasłużyła na kryzys. Nie byliśmy Chinami rozwijającymi się o 10 proc. rocznie ani małą pędzącą Estonią. My rozwijaliśmy się na mocnych podstawach - nie mieliśmy zbyt wielu toksycznych inwestycji. Nie było u nas żadnych bomb spekulacyjnych, oprócz jednej na rynku nieruchomości (choć i tak ceny były sporo niższe niż na przykład w Hiszpanii).

Mimo to płacimy cenę za spowolnienie na całym świecie, za kryzys, który wywołali inni. Gdyby świat rozwijał się w normalnym tempie, my byśmy rozwijali się dwa razy szybciej. Gdy jednak świat hamuje, my też musimy mocno zahamować. To nieuchronny skutek tego, że jesteśmy otwartą gospodarką.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

1

Komentarze

zwiń wszystkie wątki najnowsze najstarsze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się

Gadka szmatka panowie „eksperci”.

+2 / -1

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

spokojny  •

Gadka szmatka panowie „eksperci”. Dziś nagle dowiadujemy się, że „Czekają nas trzy, cztery chude lata”. A dlaczego nie pięć albo sześć. Pięć miesięcy, pięć tygodni. Chude albo tłuste. Jakieś tam i ileś tam. Kto to wie? Wciska się ludziom medialny kit jak akurat wygodnie. Nagle każdy większy bank i każda większa firma ma „straszne ale to straszne kłopoty”. Tak straszne, że natychmiast ale to natychmiast podatnik musi sypnąć miliardami w żebraczo wyciągnięte łapy menedżerów – cwaniaczków. A wszystko pod groźbą „utraty miejsc pracy”. A panowie dyrektorstwo za swoje nieudacznictwo kasują potężne odprawy a ich następcy już się cieszą, jak fajnie się żyje „w kryzysie”. Można rozdawać niespłacalne, wielotysięczne kredyty umysłowo chorym z rentą paruset złotych miesięcznie – sztuka się liczy, za sprzedany kredycik premia motywacyjna się należy. Podatnik zapłaci za głupotę bankowców. Można produkować latami paliwożerne a drogie landary a jak klient w końcu nie chce takiego samochodowego potworka to się grozi plajtą a podatnik i tak zapłaci.

Ok, jedna firma mająca 100 tysięcy etatów dostanie 100 milionów to wychodzi tysiąc na łep. No to proszę mnie natychmiast wypłacić 10 tysięcy, bo jam firmę z 10 etatami i też chcę kasę nie? A jaka jest różnica miądzy 100 tysiącami etatów w jednej firmie a setką firm po tysiąc etatów w każdej? Żadna. Wychodzi tyle samo miejsc pracy, to czemu się jednym daje a innym nie? To ja mam za moje podatnicze pieniądze finansować nieudaczników z koncernów samochodowych, którzy od lat wciskają na rynek ten sam kit?! Te same drogie i wielkie landary, pożerające litry paliwa? A niech plajtują z tym złomem na zdrowie albo nauczą się robić profesjonalny wyrób najwyższej jakości za rozsądne pieniądze. A można. Np. General Motors ma kłopoty ale w USA a jego firma Opel w Europie wali teraz dodatkowe zmiany, bo ludzie wykupili na pniu całą produkcję nowego modelu Insygnia. Czyli można. A Toyota? Proszę bardzo hybrydowo-elektryczny Prius sprzedaje się znakomicie od ponad 10 lat! Czyli można. A poza samochodami się jeszcze inne rzeczy robi na świecie i jak towar porządny to i kupca znajdzie. Więc proszę mi przestać w mediach bełkotać o jakimś „kryzysie”, bo ktoś kupił akcje warte milion, doszły mu do 10 milionów a teraz są warte „tylko” sześć milionów a on płacze, że ma „kryzys”, bo stracił 4 miliony. Otóż kolego ty tak naprawdę zyskałeś 5 milionów więc nie płacz i idź do domu ze swoją bańską spekulacyjną i nie zawracaj głowy ciężko pracującym ludziom.

odpowiedzi (0)

skomentuj