(© B. Kosiński/POLSKA)
Paulina Rolek
2008-12-19 10:43:33, aktualizacja: 2008-12-19 15:45:09
W młodości uczył się grać na skrzypcach, ale wolał chodzić na chór. Dziś chce udowodnić, że jest solistą z krwi i kości. Jak zamierza tego dokonać, Artur Chamski, zwycięzca programu "Jak oni śpiewają"?
"Metro", "Romeo i Julia", "Fala zbrodni", "Oficer", "Boża podszewka"... Jak mogłeś o tym wszystkim zapomnieć i z ambitnego teatru Buffo, ciekawych produkcji filmowych przeskoczyć do telewizyjnej komercji! To przecież skok do tyłu.
Szczerze mówiąc, siedem lat pracy w teatrze Buffo to zupełnie inny rodzaj doświadczenia niż ten zdobyty przez trzynaście tygodni w programie "Jak oni śpiewają". Tak jak w teatrze aktorowi może się przydarzyć mało ambitna rola, tak w programie rozrywkowym może go spotkać coś wartościowego. Ludzie kochają szufladkować. Ja staram się podejmować nowe wyzwania. Nie poszedłbym raczej do "Tańca z gwiazdami" czy programu "Gwiazdy tańczą na lodzie", bo nie widzę tam dla siebie miejsca. A Brylantowy Mikrofon wygrany w "Jak oni śpiewają" pozwolił mi uwierzyć w siebie i myślę, że teraz będę miał lepsze warunki, żeby móc zrealizować swoje plany zawodowe. Poza tym występy w tea-trze zupełnie różnią się od tych na estradzie. Miałem okazję posmakować i jednego, i drugie-go. Na estradzie mam lepszy kontakt z publicznością. Emocje są dużo silniejsze. Czuję, że mam skrzydła. To nie krok do tyłu, to coś, co w zawodzie artysty jest najcenniejsze - ciągły rozwój.
Nie za bardzo ci urosły? Po ostatnim sukcesie Violetta Villas zaproponowała ci duet, który odrzuciłeś.
To nie tak! Nie otrzymałem żadnej propozycji. Duet z Violettą Villas wymyśliła gazeta "Fakt". Udzieliłem wywiadu, w którym padło pytanie, czy zaśpiewamy razem na mojej płycie. A ja na dzień dzisiejszy nie wiem jesz-cze, co się na niej znajdzie. Dopiero się zastanawiam, więc nie jestem w stanie obiecać nikomu żadnego duetu, a nie lubię rzucać słów na wiatr. Pani Violetta jest bardzo ciepłą i otwartą osobą. Kiedy przed wspólnym występem w programie "Jak oni śpiewają" wyznałem jej, jak bardzo jestem zdenerwowany, odpowiedziała: "Uuu, daj spokój. Kiedy pierwszy raz mia-łam się spotkać z Frankiem Sinatrą, też byłam zestresowana". Też ma kobieta dystans do siebie. Przed występem bardzo źle się poczuła, istniało nie-bezpieczeństwo, że w ogóle nie zaśpiewa. Ja bym to zrozumiał, a ona mimo wszystko zdecydowała się wystąpić i dała z siebie wszystko. Trzeba to docenić.
Nic więc nie stoi na przeszkodzie, żebyście razem nagrali piosenkę?
Bardzo chętnie, jeżeli będzie fajny pomysł, ciekawa kompozycja. Jestem przeciwnikiem robienia duetów na łapu-capu i byle jak tylko po to, żeby się wylansować. W tym przypadku kosztem pani Violetty.
A nie na odwrót?
Właśnie słyszałem, że na odwrót. Absolutnie nie. Niczego takiego nigdy nie powiedziałem. Wszystko zostało wyrwane z kontekstu i poprzekręcane. Ostatnio w ogóle dowiaduję się o sobie ciekawych rzeczy z plot-karskich gazet i portali. Dziś na przykład wyczytałem, że jestem z przyjaciółką na gorących wyspach Goa. A siedzę z tobą w Warszawie. Sobowtóra nie mam, teleportować też się nie potrafię. Jak można w ogóle wymyślać takie brednie?
A można - i przyzwyczajaj się, że będzie jeszcze gorzej, bo Edyta Górniak wróży ci przyszłość idola młodego pokolenia, a to się wiąże z wyskakiwaniem paparazzich z lodówki.
Nie strasz, bo nie będę mógł spać. A mówiąc serio, to mam fanklub "SIŁA", który bardzo mnie wspiera. Spotykając się z nim, widzę, że mam wpływ na mło-dych ludzi, którzy do niego należą. Edyta powiedziała mi w programie, że ludzie, którzy kupią moje płyty, za kilka lat będą głosować na prezydenta. I to jest sedno sprawy. Bo jak masz wpływ, to musisz brać za to odpowiedzialność. Na razie nie czuję się idolem, bo idol to ktoś więcej niż osoba popularna. Idol powinien nie tylko fajnie śpiewać, ale też dawać przykład. Wydaje mi się, że jestem na tyle dojrzałym człowiekiem, że sobie z tym poradzę.
Właśnie - dojrzałym. Masz już 29 lat, nie za późno na idolowanie?
Jak za późno, Kupicha jest w moim wieku (śmiech). Na realizowanie swoich marzeń nigdy nie jest za późno. Trzeba tylko się wykazać i liczyć na to, że zostanie się zauważonym. Jedni mają kupę szczęścia i zostają docenieni od razu, inni muszą poczekać na okazję.
Jak długo ty czekałeś na swoją?
Chyba całe życie. Już w podstawówce rodzice zauważyli moje zamiłowanie do sztuki i zapisali mnie do szkoły muzycznej, w której spędziłem sześć lat. Cztery razy w tygodniu miałem tam zajęcia, więc można powiedzieć, że ten etap w moim życiu to tak naprawdę tylko szkoła i szkoła. Ale nie mam poczucia, że się męczyłem. Przeciwnie, miałem bardzo fajne i beztroskie dzieciństwo. Do siódmego roku życia wychowywałem się na wsi, totalna sielanka. Miałem rzekę, budowałem tamy, chodziłem po górach, skakałem po drzewach. Tak sobie myślę, ile razy mogłem skręcić kark... Hm, sporo, ale za to zabawa świetna!
Sielanka się skończyła. Podobno ludziom z małych miejscowości ciężko jest odnaleźć się w Warszawie - mieście samotnych. Nucisz sobie czasami pod nosem piosenkę Lady Pank "Stacja Warszawa"?
I Beaty Kozidrak! "Nie dogoni mnie, nie dogodnię jej"... (Artur śpiewa).
I jeszcze kilka innych, powstało tego naprawdę sporo.
Nic dziwnego, to specyficzne miejsce. Miasto samotnych - coś w tym jest. Kiedy wracam w rodzinne strony, trasę z domu do rynku pokonuję w zastraszająco szybkim tempie. Nikt za mną nie nadąża. Wszyscy myślą, że jestem zdenerwowany. A ja się po prostu przyzwyczaiłem do morderczego tempa Warszawy. Kiedy tu jestem, często się zastanawiam: "Kurde, gdzie są moje góry?!". W Warszawie spotkało mnie wiele miłych rzeczy - przyjaźnie, miłości. Ale brakuje mi rodziny, szczególnie braci.
Tak? Ja mam swojego dość.
Ha! Normalne, my siebie też często mieliśmy dość. Mój brat jest starszy o trzy lata i pamiętam, że w dzieciństwie byłem dla niego jak wrzód na tyłku. Zawsze bawiliśmy się w czwórkę - on, dwóch kuzynów i ja. Byłem najmniejszy i nigdy nie mogłem za nimi nadążyć. Plątałem się gdzieś tam z tyłu i krzyczałem: "Ej! Czekajcie na mnie". Ale ten braterski układ znam także od drugiej strony, bo mam również młodszego brata, i to o osiem lat. Musiałem się nim opiekować i był zbędnym balastem. Balastem, który się oczywiście kocha, ale chętnie zostawiłoby się go w domu i miało święty spokój. Ale żadnych wielkich awantur nie pamiętam, chociaż mieszkaliśmy w jednym pokoju. Dziś ta różnica wieku się zatarła i jest nieodczuwalna.
Bracia też próbują swoich sił w muzyce czy aktorstwie? Płynie w was ta sama krew...
Nie. Zresztą w mojej rodzinie nie było nigdy żadnych tradycji artystycznych. Jestem wyjątkiem.
Rodzice pewnie nie byli zadowoleni z pomysłu na życie. Nie mówili: puknij się w głowę i zajmij się czymś pożytecznym?
Tak w ogóle moim pierwszym pomysłem na życie było zostanie kierowcą autobusu. Ale tylko dlatego, że miałem chorobę lokomocyjną i kierowca wyda-wał mi się herosem, niemalże półbogiem. Marzyłem o takim małym autobusie i w końcu dostałem go od rodziców. Był piękny! I...Czekaj, o czym gadaliśmy?
O tym, czy twoi rodzice popierali twoje pasje.
Podchodzili do tego bardzo sceptycznie. Oczywiście umożliwiali mi realizowanie siebie, ale jak sobie pomyślę, przez jakie występy musieli przejść... Aż włos się jeży na głowie.
Chyba z dumy im się ten włos jeżył. Oglądanie występów własnych dzieci to czysta przyjemność.
Na pewno tak, ale chyba nie zawsze. W podstawówce znalazłem ogłoszenie związku esperantystów polskich, którzy organizowali jakiś koncert. Oczywiście się do nich zgłosiłem, bo to była okazja, żeby wyjść na scenę i zaśpiewać. Okazało się, że był to koncert piosenki chrześcijańskiej w języku esperanto. Rozumiesz? Mało tego, trzymaj się mocno - to był koncert dla głuchoniemych!
Jezu...
A widzisz, ekstremalnie, co? Dzieciak wychowujący się na prowincji nie ma tak dużych możliwości, jak jego rówieśnicy w Warszawie.
Musiałeś bardzo chcieć. Paulo Coelho w jednej ze swoich książek napisał: "I kiedy czegoś bardzo pragniesz, to cały wszechświat potajemnie sprzyja twojemu pragnieniu".
I miał rację. Przede wszystkim trzeba chcieć, bo to jest główna siła napędowa. I nie marnować okazji. Mnie zdecydowanie pomogła Grażyna Wachowska-Szuba - dziś dyrektorka gminnego ośrodka kultury w mojej rodzinnej Bystrzycy Kłodzkiej. Prowadziła kółko teatralne i kiedy w siódmej klasie skończyłem szkołę muzyczną i miałem aż za dużo czasu, zaproponowała mi, żebym uczęszczał na jej zajęcia. Pamiętam, w każdy piątek jeździłem tam rowerem - siedem kilometrów. I tak żyłem z głową w chmurach aż do matury. Jak wielu mło-dych ludzi kompletnie nie wiedziałem, co mam ze sobą zrobić dalej. I Grażynka namówiła mnie, żebym zdawał do szkoły teatralnej. Tak zrobiłem. Nie dostałem się za pierwszym razem. Za drugim się udało - i dzięki Bogu, bo po drugiej porażce zamierzałem z tego zrezygnować i pójść na geografię. Może byłbym teraz nauczycielem?
Nauczycielem już raczej nie zostaniesz. Wygrałeś kontrakt płytowy, ale na pewno posypały się też filmowe propozycje. Na co teraz postawisz - na muzykę czy na aktorstwo?
Na razie nagrałem maxi singiel zawierający trzy utwory - ukaże się pod koniec grudnia i będzie zwieńczeniem programu "Jak oni śpiewają". Ale faktycznie, telefon dzwoni jak oszalały. Pootwierało się przede mną wiele drzwi. I teraz pytanie: w które wejść? Muszę ochłonąć, żeby zdecydować. Chciałbym powalczyć o autorską płytę, ale jeżeli pojawi się fajna rola w filmie - nie odrzucę.
Skoro już o aktorstwie mowa - co myślisz o pomyśle PSL-u, żeby tytuł aktora przysługiwał tylko tym, którzy ukończyli studia aktorskie?
Myślę, że to w założeniu dobry pomysł, ale w praktyce niewykonalny. Mam za to inną propozycję: może będzie łatwiej nam wszystkim, jak politycy zadbają o swoje wykształcenie...?