W czasie weekendu młodzi demonstranci zaatakowali posterunek policji, kilka banków i sklepów oraz siedzibę ministerstwa środowiska. Na ulicach zapłonęły barykady. Pod bankami i siedzibą rządzącej konserwatywnej partii Nowa Demokracja wybuchły bomby domowej produkcji.
Trwające już ponad tydzień zamieszki w Atenach wzbudzają obawy o to, że w płomieniach stanie cała Europa. Straty już dziś szacuje się na setki milionów euro.
Demonstracje zwróciły uwagę greckiej opinii publicznej i rządu na gospodarcze, polityczne i społeczne bolączki tego kraju.
- Mam wrażenie, że jesteśmy w Iraku lub w Afganistanie. Ciągle się boję, że ktoś wejdzie. Niemal ich słyszę - mówi podenerwowany Christos Kittas, dziekan Uniwersytetu Ateńskiego. Po chwili raz jeszcze z niepokojem wygląda przez okno.
Rok temu, gdy demonstranci włamali się do jego biura, pocięli nożami dwa wiszące na ścianach portrety. - Boję się, że tym razem po prostu spalą to miejsce. Tydzień temu w proteście przeciw temu, że policja nie chciała usunąć okupujących uniwersytet studentów Kittas, zrezygnował ze stanowiska.
Niektórzy obserwatorzy widzą w greckich zamieszkach przedsmak tego, jak będzie wyglądał kolejny etap światowego kryzysu finansowego. W gryzącym dymie gazu łzawiącego oraz wszechobecnych hasłach wyrażających niezadowolenie przeczuwają swoiste ostrzeżenie skierowane wprost do europejskich przywódców.
Moskiewskie, rzymskie czy madryckie demonstracje solidarności z greckimi anarchistami potwierdzają tego typu obawy. Na pierwszej linii ognia jednak znajduje się tamtejsza elita władzy. Jej pozycja w ostatnich latach uległa wzmocnieniu dzięki korzyściom płynącym z żyły złota, jaką okazały się unijne fundusze. Pozytywny wizerunek Grecji umocniła sprawna organizacja letnich igrzysk olimpijskich w Atenach w 2004 r.
Dziś ta sama elita stanęła twarzą w twarz z powszechnym buntem. Tysiące obywateli zaczęło wylewać swoje żale, narzekając na korupcję, niskie płace i wysokie bezrobocie wśród młodych. Co piąty Grek żyje poniżej poziomu ubóstwa. Minimum socjalne wynosi 486 euro miesięcznie.
- Ateny muszą spłonąć. Szczególnie banki - wykrzyczał ubrany w kurtkę z kapturem nastolatek imieniem Marios.
Tuż obok protestujący rozbijali monitory bankomatów i okna wystawowe. Wynoszono wszystko, co się dało: telefony komórkowe, zegarki, ubrania i komputery. Kilku demonstrantów wyciągnęło na ulicę olbrzymią sklepową lodówkę. Rozbili drzwi, wyciągnęli butelki, puszki z alkoholem i napojami orzeźwiającymi. Kilka z nich wypili, reszty użyli jako pocisków przeciw siłom porządkowym.
Policjanci ukryci za olbrzymimi tarczami z pleksiglasu stali nieruchomo. Rząd, w obawie przed rozlewem krwi, zakazał im użycia siły. Taka postawa wywołała z kolei wściekłość właścicieli sklepów skarżących się, że - po ogromnym wysiłku, jakim były odbudowa i przygotowanie Aten do olimpiady - władze zostawiły miasto na pastwę protestujących.
- Ludzie mają prawo demonstrować, ale nie rujnować sklepy i siedziby firm stanowiące dorobek życia ich właścicieli. Rząd zdaje się tego nie zauważać. Nic go nie obchodzi.
Obiektem gniewu tłumu stał się konserwatywny premier Kostas Karamanlis sprawujący władzę od 2004 r. W stolicy krążą plotki, że popadł on w ciężką depresję. Tak tłumaczy się jego zadziwiającą bezczynność i bezradność, jaką wykazuje w obliczu zamieszek będących dziełem studentów i anarchistów.
Tłum. Zbigniew Mach