Menu Region

Przetrwać na londyńskim bruku

Przetrwać na londyńskim bruku

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

dr Michał P. Garapich

Prześlij Drukuj
Dlaczego polscy emigranci w Wielkiej Brytanii są lepiej przygotowani do kryzysu niż wyspiarze i w czym tkwi wyższość homo sovieticus nad biurokratą, tłumaczy w rozmowie z Mirą Suchodolską dr Michał P. Garapich, antropolog społeczny z Centrum Badań nad Wielokulturowością CRONEM Uniwersytetu w Surrey i Roehampton
Jak bardzo dał się we znaki kryzys ekonomiczny naszym rodakom pracującym w Wielkiej Brytanii?
Trudno jednoznacznie powiedzieć, trochę za wcześnie. Parę osób na pewno straciło pracę w prestiżowych instytucjach finansowych City, ale z kolei dla tych pracujących w PricewaterhouseCoopers, firmie zajmującej się m.in. "sprzątaniem" po bankructwach i zarządzaniem masą upadłościową, ten kryzys to okres prosperity.
Bo też odpowiedź na pytanie o kryzys zależy od tego, kogo mamy na myśli, mówiąc "nasi rodacy" - to silnie zróżnicowana grupa. Na pewno wiele osób straci pracę w sektorze budowlanym, ale te pewnie przeniosą się gdzie indziej, to bardzo mobilni ludzie.

Statystyczny Polak na emigracji to niekoniecznie wysokiej klasy menedżer, raczej właśnie pracownik fizyczny.
Jeśli wziąć statystycznego Polaka w Polsce, to też okaże się, iż ma on wykształcenie średnie i na chleb zarabia siłą mięśni. Według mnie nie ma sensu mówić o statystycznym "obrazie", bo on zawsze jest pewną fikcją przesłaniającą różnorodność kulturową, klasową, społeczną. Jednak nawet jeśli będziemy mówić o tej większości, okaże się, że ich sytuacja w dobie kryzysu może być różna, nawet jeśli pracują w podobnej branży. Na przykład budowlańcy. Mówi się, że kryzys uderzy w ten sektor, że są zwolnienia.

Pewnie ci, którzy pracowali dla dużych firm, albo pracownicy agencyjni są najbardziej zagrożeni. Ale na brytyjskim rynku polscy budowlańcy mogą wygrać, bo małe firmy zawsze miały konkurencyjne ceny. Więc możliwe, że ten kryzys jeszcze bardziej wzmocni ich pozycję. Inna też sprawa, że ludzie różnie rozumieją samo pojęcie kryzysu. Wiele osób, z którymi ostatnio rozmawiam, ma bardzo zdystansowany stosunek do tego, co pisze się w brytyjskiej prasie. I z pewnym niedowierzaniem traktują te makroekonomiczne newsy z pierwszych stron gazet.

Nie sądzi pan, że to naiwność wierzyć, że burze właśnie nas ominą?
Myślę, że ten dystans wynika z kulturowej percepcji. Polacy przeżyli już wielki kryzys lat 80., transformację po roku 1989 i bezrobocie. Oni albo ich rodzice żyli w PRL-u, za komuny. I dobrze też wiedzą, jak to jest mieszkać w prowincjonalnej dziurze, gdy wkoło dziki kapitalizm, a człowiek nie ma perspektyw na przyszłość. Dlatego całkiem inaczej pojmują kryzys niż Brytyjczycy. Mówią: jaki to kryzys? Nawet jeśli ktoś jest za młody, aby pamiętać PRL, to bezrobocie późnych lat 90. i okres przed akcesją dały się wielu ludziom we znaki. Oczywiście ludzie demonizują te czasy, aby utwierdzać się w słuszności swojej decyzji migracyjnej, ale nie zmienia to faktu, że kulturowo i emocjonalnie Polacy są dość odporni na kryzysy i mają pewien historycznie wbudowany system odpornościowy.

Wiedzą, że w Polsce żyłoby się im jeszcze ciężej.
Pamiętajmy, iż dla wielu wyjazd za granicę był awansem społecznym i ekonomicznym. Zyskali w oczach znajomych i rodziny, dając sobie radę w wielkim świecie, dorobili się. Nawet za cenę utraty prestiżu, jaka spotkała ludzi z wykształceniem pracujących poniżej kwalifikacji. No i system brytyjski jest dla nich przejrzysty: pracujesz - będziesz zarabiał; jesteś lepszy - awansujesz.
Dla kontrastu - widzą Polskę jako wciąż umoczoną w pozaformalnych układach: od poziomu lokalnego do najwyższego, gdzie reguły gry nie są przejrzyste, gdzie może teraz jest dobrze, ale kto wie, ile to potrwa. Częstą postawą, z jaką się spotykam, jest: lepszy chwilowy kryzys w dojrzałej funkcjonującej gospodarce kapitalistycznej niż chwilowe prosperity w systemie, gdzie wciąż dławi się przedsiębiorczość, a relacja między podatnikiem a państwem jest opisywana w kategoriach walki. Tutaj dla ludzi szokiem kulturo-wym jest fakt, iż urząd skarbowy jest taki przyjazny i nie wlepia kar za byle co.

Jest też inna kwestia, która może spowodować, iż Polacy okażą się nieźle zaadaptowani do kryzysu. W przeciwieństwie do Brytyjczyków, których wychowano w kulturze kredytu i którzy przez to są najbardziej zadłużoną nacją w Unii Europejskiej, wielu Polaków umie zaciskać pasa, nie szaleje z wydatkami, nie żyje ponad stan. Ci, którzy przyjechali z zamiarem oszczędzania, trzymali się z daleka od konsumpcyjnych ekstrawagancji, a kapitału nie inwestowali w giełdę, tylko w ziemię, domy, mieszkania.

To zasługa polskiego konserwatyzmu.
Zaryzykuję tezę, że mamy wypracowaną przez pokolenia strategię przetrwania, którą zawdzięczamy socjalizmowi. Właśnie lata przeżyte w tzw. gospodarce planowej przygotowały nas do radzenia sobie w epoce rozwiniętego kapitalizmu.
Ryzykowna teza, choć zgadzam się, że dla Polaka liczy się pieniądz, który ma w garści.
Chodzi o głęboki dystans do skomplikowanych narzędzi finansowych, machinacji rynkowych, banków, a także pewnych ideologii wspierających wolny rynek. Zwłaszcza ludzie o pochodzeniu robotniczym czy chłopskim na pewno mają zdrowsze podejście do kapitalizmu, traktując jako patologię to, że cały kraj się zadłuża po uszy, a ludzie bez opamiętania grają na giełdzie, ślepo wierząc ekspertom. Porównując, kto więcej stracił: czy polski imigrant, który ciuła na dom w swoim mieście, czy Anglik z klasy średniej, któremu wyparowały oszczędności na giełdzie, widzimy, kto jest lepiej przystosowany do życia w epoce turbokapitalizmu.

Inna cecha wypracowana w socjalizmie, która okazała się funkcjonalna w Wielkiej Brytanii, to umiejętność lawirowania w gąszczu przepisów, radzenia sobie z biurokracją, traktowania przepisów jako zło konieczne, ale które można nagiąć. W brytyjskiej uznaniowej kulturze prawnej, gdzie tyle zależy od indywidualnej decyzji urzędnika, to się sprawdza. Dla Polaka nie ma "nie da się". Można to nazwać "kombinowaniem", co ma negatywne konotacje, ale dla wielu ludzi to przejaw zaradności, obrotności. W końcu umiejętność kombinowania stoi za skalą tych migracji - wszak kilka lat przed akcesją dziesiątki tysięcy Polaków pracowały nielegalnie, przygotowując grunt dla fal poakcesyjnych. Co najciekawsze, z ówczesnych badań wynika, że Polacy bynajmniej nie traktowali pracy na czarno i łamania przepisów migracyjnych jako czegoś niemoralnego. Wręcz przeciwnie, traktowali to jako ich święte prawo. Puenta jest taka, że otwarcie granic i rynków pokazało, że to oni mieli rację, a nie Brytyjczycy, którzy tworzyli restrykcyjne przepisy.

Są tacy, którzy powiedzą, że to wada, uszkodzony gen moralności czyniący z nas homo sovieticus, który przeszkadza funkcjonować w cywilizowanym świecie.
Wielu polskich socjologów zżyma się, że "kombinowanie" to naganna cecha na drodze do modernizacji, ale moim zdaniem to wywyższające się moralizatorstwo. Ludzie wyrzuceni poza nawias polskiej transformacji musieli sobie jakoś radzić. To przepisy były niemoralne, a nie działania ludzi, którym polska wersja kapitalizmu nie dawała szans rozwoju. W istocie to umiejętność ludzi zmarginalizowanych, pewna broń najbardziej poszkodowanych.

W tym sensie uważam, że socjalizm w wielu aspektach był nie przeszkodą, ale treningiem kulturowym, który okazał się przydatny w gospodarkach, gdzie liczy się innowacyjność, zaradność, umiejętność kombinowania, wietrzenia okazji, nowej niszy. Ale tylko w pewnych kontekstach - pamiętajmy bowiem, że już te cechy mogą nie być takie przydatne w krajach o innej kulturze prawnej, np. w Niemczech. Inną cechą, którą wypracował w nas socjalizm, a która daje Polakom przewagę na tutejszym rynku, jest wielofunkcyjność.

Polak wytrenowany w czasach PRL-u jest zarówno handlowcem i biznesmenem, jak i złotą rączką. Przeciętny Kowalski potrafi wbić gwóźdź, zreperować pralkę, naprawić zepsuty kran i zamek. To nam daje przody na rynku brytyjskim, gdzie od lat obowiązuje tak wysoka specjalizacja, że facet, który przychodzi naprawić ci pralkę, nie potrafi już odciąć dopływu wody i trzeba wołać drugiego fachowca.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

 

Komentarze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się