Menu Region

Na podbój Rosji

Na podbój Rosji

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Piotr Maślak

1Komentarz Prześlij Drukuj
Zarabiają od pięciu tysięcy euro wzwyż. Nie ma górnej granicy. Ci na najwyższych stanowiskach dostają nawet 55 tysięcy euro miesięcznie. Samochód z kierowcą, pokojówka, kucharka, niania do dziecka, fitness dla żony - to dodatki, które na polskich menedżerach pracujących w Rosji nie robią już wrażenia. Tyle warta jest walka o miejsce na jednym z najtrudniejszych rynków świata.
Przez pierwsze dwa tygodnie zastanawiałem się, co ja tutaj robię. W drugim dniu pobytu w Rosji okradła mnie milicja. Chciałem zwiedzić plac Czerwony. Milicjanci zatrzymali mnie do kontroli. Sięgnęli po portfel. Oddali go, ale był prawie pusty. Byłem załamany. Myślałem o powrocie - mówi jeden z polskich menedżerów. Anonimowo. O swoich porażkach, trudnościach, chwilach słabości opowiadają bardzo niechętnie. Podobnie jak o zarobkach.

Dlaczego? - Tutaj także obowiązuje zasada, że dżentelmeni nie rozmawiają o pieniądzach, oni je mają - mówi, uśmiechając się, Marcin Kowalczyk. 31 lat. Kawaler. - Żona? Musiałaby być gotowa na to, że jutro może wylądować ze mną w Chinach, a pojutrze w Stanach.
Ale z perspektywą powrotu do Polski. Nie widzę innej możliwości. Sześć lat temu ukończył warszawską SGH i niemal natychmiast wylądował w Rosji z misją... stworzenia fabryki Belli - producenta artykułów higienicznych i kosmetyków. Podczas rozmowy cały czas się uśmiecha. Pogodny, dynamiczny, w wiecznym ruchu. - Ja strasznie nie lubię na coś czekać, np. w korkach. Mój rekord dojazdu na lotnisko to osiem godzin i piętnaście minut - żali się.

Zapewne także z tego powodu fabrykę wybudował w Jegoriewsku. - 101 kilometrów od zakorkowanej stolicy - precyzuje. Jest jej dyrektorem generalnym. O firmie opowiada w typowy dla pracowników zachodnich koncernów, korporacyjny sposób. - Jest jedną z najlepszych firm naszej grupy kapitałowej. To jest serce naszego biznesu w Rosji.

Odwiedził nas prezydent Kwaśniewski. Mamy, osiągnęliśmy, jesteśmy, będziemy, nasza firma... - to najczęściej powtarzane słowa. Nikt nie kazał mu jechać do Rosji. Sam wybrał ten kierunek jeszcze w latach 90. Wtedy zaczął uczyć się rosyjskiego. Dla Rosji był to czas bardzo ponury. Chaos, bieda, bezrobocie, zorganizowana przestępczość rządząca ulicami. - Kiedy w Polsce wszyscy byli zapatrzeni w Zachód, ja założyłem, że tak dużego rynku nie można nie doceniać. Dlatego od razu po studiach szukałem pracodawcy, który pozwoli mi wyjechać do Rosji.

ZŁE DOBREGO POCZĄTKI

Rosję, jako miejsce do prowadzenia biznesu, wybrał też Mirosław Grzybowski (50 lat). Choć jego początki były dużo trudniejsze. Po studiach zaczął pracę w jednej z dużych - jak na tamte czasy - trójmiejskich firm komputerowych. Był koniec lat 80., kiedy szef zaproponował mu wspólny wyjazd na wystawę do Leningradu, zorganizowaną w ramach Dni Polsko-Radzieckich. Pojechali. Przy stoisku kłębił się tłum. Wszyscy chcieli kupować, ale nikt nie miał pieniędzy.

- Cena była astronomiczna. 80 tysięcy rubli za komputer, czyli tyle, ile trzeba było wtedy zapłacić za dwa samochody marki Lada. Takie pieniądze miały tylko duże firmy. Ale one mogły kupować jedynie za ruble transferowe. Nie bardzo wiedzieliśmy, co to jest. Sprzedaliśmy jeden komputer za gotówkę. Tę pierwszą transakcję Mirosław Grzybowski bardzo dobrze pamięta. - Dwóch facetów przyniosło do naszego hotelu walizkę z pieniędzmi i wyszło z komputerem. Miałem za nie siedzieć na miejscu i sprawdzić, jak handlować rublami transferowymi. Jak się okazało, potrzebna była do tego zgoda Centrali Handlu Zagranicznego i stos innych pozwoleń.

1 3 4 5 »