Z Krzysztofem Rybińskim, partnerem Ernst & Young, rozmawia Beata Tomaszkiewicz.
"Plan stabilności i rozwoju" przedstawiony w niedzielę przez premiera Donalda Tuska przewiduje m.in. udrożnienie systemu bankowego i gwarancje państwa dla przedsiębiorstw.
Bardzo ważną rolę będzie teraz odgrywał Bank Gospodarstwa Krajowego, który dostanie od państwa 2 mld zł na udzielanie gwarancji dla przedsiębiorstw. Myślę, że dzięki temu dużo łatwiej będzie małym i średnim firmom uzyskać kredyt, bo BGK przejmie na siebie połowę ryzyka.
Jak Pan ocenia skuteczność tego pakietu?
Wydaje mi się, że plan może pomóc w wyhamowaniu spadku wzrostu gospodarczego. Teraz jednak rząd powinien zrobić wszystko, by faktycznie od 1 stycznia 2009 r.
ten plan zaczął działać.
I to naprawdę wystarczy, by uchronić nas przed kryzysem?
Zobaczymy, co w najbliższych miesiącach wydarzy się w Europie i Stanach Zjednoczonych. Dopóki ceny nieruchomości w USA spadają, nie można mówić o tym, że świat wychodzi z kryzysu. Może on potrwać najbliższe dwa lata.
Czy polska gospodarka może zwolnić bardziej, niż przewiduje to minister Jacek Rostowski?
Spowolnienie jest nieuniknione. Myślę, że założenie rządu spadku dynamiki PKB tylko do 3,7 proc. jest nazbyt optymistyczne. Na pewno czeka nas wzrost bezrobocia. Ale jest też pozytywny aspekt spowolnienia. Część eksporterów będzie się starała więcej sprzedawać na krajowym rynku, a to zwiększy konkurencję i wpłynie na spadek cen, a tym samym inflacji.
Jakie są największe atuty planu antykryzysowego Donalda Tuska?
Na przykład ułatwienie firmom dostępu do funduszy unijnych przez umożliwienie im pobierania zaliczek w wysokości od 10 do 15 proc. wartości inwestycji.
Premier zapowiedział także ułatwienia dla inwestycji telekomunikacyjnych i teleinformatycznych.
Co w takim razie powinno być nadrzędnym celem rządu?
Trzymanie w ryzach deficytu i wejście do strefy euro. Dla Polski to będzie jak wykupienie polisy ubezpieczeniowej na wypadek pożaru.