Normalne ludzkie poczucie solidarności

    Normalne ludzkie poczucie solidarności

    Łukasz Grzesiczak i Bartłomiej J. Kwasek

    Dziennik Zachodni

    Dziennik Zachodni

    Z Anną Szatkowską, córką Zofii Kossak, rozmawiają Łukasz Grzesiczak i Bartłomiej J. Kwasek
    Była pani sanitariuszką w powstaniu warszawskim. Czas wojny przewartościowuje postawy. Jak ówczesna młodzież rozumiała słowo patriotyzm?

    Byliśmy wychowani i kształceni pośród wspomnień osób bliskich. Wiele polskich rodzin od pokoleń miało do czynienia z działalnością niepodległościową i represjami. Szkoła przypominała postacie przeszłości szczególnie zasłużone dla utrzymania polskości na ziemiach okupowanych, i tych, co przynosili pomoc społeczną chorym i zubożałym rodakom. Dla nas patriotyzm sprowadzał się do coraz lepszego poznawania historii i geografii kraju, dumy z jego osiągnięć oraz szacunku i przywiązania do ojczyzny, ziemi ojców. Byliśmy za młodzi, by odróżniać autentyczny patriotyzm od nacjonalizmu i szowinizmu. Te trzy pojęcia stapiały się w jedno.

    Czy podjęcie walki zbrojnej, poświęcenie życia, przychodziło wówczas łatwiej?

    Gdy wojna wybuchła, moje pokolenie weszło w wiek gimnazjalny. Wzmagający się terror, aresztowania, wieści o obozach koncentracyjnych, stracenia i stałe zagrożenie wywoływały reakcję oporu i buntu. Okoliczności te, sprzężone z wychowaniem, prowadziły do gotowości poświęcenia nawet życia. Ale podjęcie walki zbrojnej, do której rwało się społeczeństwo, należało do dowództwa AK i do Delegatury Rządu, nie do nas.

    Po wojnie zmuszona była pani wraz z matką do opuszczenia Polski. Na ile Polska była obecna z panią na emigracji?

    Czułam się tak źle na emigracji, że raczej stroniłam od rodaków-emigrantów. Wyszłam za mąż za Szwajcara i w domu mówiliśmy po francusku. Po jego śmierci co rok zabierałam dzieci na wakacje do Górek, do moich rodziców. W latach 1957-1976 dzieci poznały życie w Polsce, osłuchały się z językiem, bawiły się z sąsiadami i czuły się jak w domu. Obecnie większość wnuków prawie nie mówi po polsku, ale może się porozumieć w tym języku i bardzo chętnie przyjeżdża do Polski, nawet na własną rękę i z kolegami. Oni namówili mnie do spisania wspomnień.

    W czasach PRL organizowała pani konwoje humanitarne i pomagała zaopatrywać polskie szpitale w sprzęt medyczny i lekarstwa. Czuła pani potrzebę serca?

    Przyjeżdżającym do Polski na przełomie lat 70. i 80. rzucało się w oczy dramatyczne zubożenie społeczeństwa. Nie można było pozostać obojętnym. Z dwoma znajomymi lekarzami i paroma przyjaciółmi podjęliśmy ambitną akcję w naszym kantonie Fryburg. Nawiązaliśmy bezpośredni kontakt z paroma polskimi instytucjami: szpitalem w Rabce, domami dla dzieci upośledzonych w Izdebniku i Skoczowie oraz z Instytutem Onkologii w Krakowie. Dostaliśmy od nich wykaz najpilniejszych potrzeb, by móc działać skutecznie. Dzięki szwajcarskiej prasie w naszym kantonie powstał prawdziwy entuzjazm i ruch zdobywania funduszy na transporty. Wiele rzeczy dostaliśmy od szpitali, aptek, wytwórni, firm i marketów. Ile wykazano inicjatywy i pracy w zdobywaniu funduszy, to przerastało nasze wyobrażenie.

    Aż wybuchł stan wojenny...

    Dokładnie wówczas, gdy nasz pierwszy transport był gotów do drogi. Spiętrzyły się trudności dyplomatyczno-polityczne, na szczęście udało nam się je pokonać i w gęstą śnieżycę 25 grudnia 1981 r. stanęliśmy szczęśliwie w Rabce. W Polsce aresztowano i internowano, a rodziny opozycjonistów zostawały bez pomocy. Dlatego postanowiliśmy zorganizować kolejną akcję, indywidualne paczki "P" (od franc. "prisonnier") dla rodzin więźniów politycznych. Przygotowywaliśmy je według listy podanej nam dyskretnie w Krakowie. Całe wsie w kantonie zmobilizowały się do tej akcji. Przynoszono worki z obuwiem, ubraniem, pościelą. Zawsze jechał zamówiony sprzęt lekarski i trochę przemycanych artykułów drukarskich dla Solidarności. W sumie zorganizowaliśmy 17 transportów w składzie 1-2 tiry z przyczepami i jakiś mniejszy pojazd. Otrzymaliśmy od ludzi ok. pół miliona franków na potrzeby szpitali, rodzin i dzieci upośledzonych.

    Co panią kierowało?

    Normalne ludzkie poczucie solidarności z ciemiężonym krajem. Nazwijmy to potrzebą serca. Nie można było patrzeć obojętnie i bezczynnie na to, co działo się niby daleko, a tak blisko. Dodam, że każdy z nas działał po godzinach zwykłej pracy.

    Książki Zofii Kossak wciąż ukazują się na rynku. Niedawno Wydawnictwo Literackie opublikowało na nowo zebrany i zredagowany tom wspomnień z Kornwalii. Co z ducha działalności pisarki i jej dzieł literackich pozostało ważne dzisiaj?

    Ważne dziś i na przyszłość pozostają zarówno jej postać, jak i jej dorobek literacki. Zofia Kossak była bezkompromisową, jeżeli chodzi o nią samą, a pełną wyrozumienia i życzliwości wobec osób spotkanych na swej drodze, zarówno najbliższych, jak i obcych.

    Świadoma, głęboka i gorąca wiara, oparta na Ewangelii, była jej przewodnikiem w życiu prywatnym i publicznym, czemu też dawała wyraz w swoich książkach. Jako człowiek pozostanie przykładem wiernego, konsekwentnego stosowania się do swoich przekonań. Na nich opierały się jej światopogląd, patriotyzm, poczucie obowiązku i odpowiedzialności za otrzymany talent. Całe pisarstwo mojej matki jest naznaczone ogromnym szacunkiem do tego, co opisuje: do historii, bohaterów, do ich wiary i przekonań, nawet niezgodnych ze światopoglądem autorki. Bogactwo języka, malarska wrażliwość i podziw dla piękna przyrody, dla zwierząt, to szczególne cechy pisarstwa Zofii Kossak. W czasie wojny przekonania swoje potwierdzała życiem, ratując zagrożonych Żydów i Polaków, troszcząc się o wysiedlone rodziny, o sieroty i o wszystkich potrzebujących pomocy spotkanych na swej drodze. Swój talent literacki poświęciła bez reszty prasie podziemnej.

    W Górkach Wielkich k. Skoczowa działa fundacja, która organizuje doroczne Dni Zofii Kossak.

    Nie tylko. Fundacja im. Zofii Kossak ma na celu rewaloryzację i konserwację spuścizny po autorce i jej mężu, Zygmuncie Szatkowskim, współpracę i wsparcie dla Muzeum Zofii Kossak-Szatkowskiej w Górkach Wielkich, organizowanie spotkań kulturalnych. W ostatnich latach odbyła się rewaloryzacja starego parku góreckiego, a ostatnio wykonano pierwszy etap konserwacji ruin spalonego dworu. W tym roku odbyło się "Artystyczne lato u Kossaków" z udziałem m.in. studentów krakowskiej ASP, w ramach którego wykonano część panoramy w plenerze "Zdobycie Konstantynopola przez Turków" według powieści Zofii Kossak "Puszkarz Orbano". Panorama będzie kontynuowana przez następne dwa letnie sezony.

    Anna Szatkowska, córka Zofii Kossak, pisarka, autorka opublikowanej przez Wydawnictwo Literackie książki "Był dom... Wspomnienia", opisującej losy rodziny Kossaków. Mieszka w Szwajcarii.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Nie przegap

    Wideo