Menu Region

Wino, kobiety i śmiech Pazury

Wino, kobiety i śmiech Pazury

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Rozmawiała: Izabela Pałucha

Prześlij Drukuj
Nie zamierza być drugim Markiem Kondratem. Zamiast jeździć po świecie w poszukiwaniu nietypowych win, Cezary Pazura po prostu... zrobił własne
Na świecie swoich win dorobili się Gérard Depardieu, Madonna i Céline Dion. W Polsce jakiś czas temu głośno było o winie księdza Henryka Jankowskiego. Cezary Pazura nie mógł czekać dłużej i poszedł w ich ślady. P'azurro. Tak się zwie jego winne dziecko.

Pana pierwszy kontakt z winem?

To było wino mszalne. Od siódmego roku życia byłem ministrantem, więc pierwszy raz wina spróbowałem w kościele (śmiech).

Jak takie wino smakuje?

Przedtem wyobrażałem sobie, że wino mszalne jest czerwone. Trochę się zd
ziwiłem, kiedy okazało się, że jest białe i lekko wytrawne. Księża kupują je w specjalnych sklepach. Nam, chłopakom, nie smakowało. Bo dzieciakom z reguły smakowo odpowiada to, co słodkie. Spróbowaliśmy i poczuliśmy się rozczarowani. Zaczęliśmy nawet współczuć księdzu, że musi coś tak niedobrego pić.

A jak Pan zapamiętał swoje kolejne, dojrzalsze już spotkania z winem?

Moi rodzice byli raczej abstynentami. Jednak czasem przy różnych rodzinnych uroczystościach i świętach pojawiało się słodkie czerwone winko domowej roboty, które lubiła moja mama. Prosiłem ją, żeby mi dawała łyczek i pozwalała pomoczyć w nim usta. A kiedy byłem nastolatkiem, sam robiłem wino z... chabrów. Chodziło się na pole z kolegami, rwało się kwiatki chabrów, wkładało się je do słoików, dodawało drożdże, zasypywało cukrem i odstawiało do fermentacji. Ale rzadko takie wino wytrzymywało do końca procesu produkcji. Wypijaliśmy je, zanim dojrzało (śmiech). W szkole średniej popijaliśmy wino owocowe, patykiem pisane. Natomiast na studiach piliśmy z kolegami winko - jedyne wówczas do zdobycia w sklepach - węgierskie czerwone wino Egri Bikavér, czyli Byczą Krew. To było pierwsze czerwone wytrawne wino gronowe w moim życiu. A kiedy się chodziło na randki z dziewczynami, obowiązkowo zamawiało się ratafię, która jest słodką nalewką z wielu owoców. Mniej pozytywnie wspominam wermut, który pewnego razu piłem jak wodę, nie podejrzewając, jak źle się to może dla mnie skończyć. Dotkliwie to odchorowałem... Tak wyglądały moje młodzieńcze kontakty z winem.

Trochę Pan ma winnych grzeszków na sumieniu.
Podejrzewam, że dziś wyglądałoby to inaczej. Cała ta rewolucja, która odbyła się w świadomości Polaków na fali mody na kuchnię śródziemnomorską, a razem z nią na wina wytrawne, sprawiła, że zaczęliśmy doceniać prawdziwe wina gronowe, rozróżniać szczepy winorośli i umiejętnie te wina pić. Kiedy w młodości wyjeżdżałem na Zachód, w restauracjach obserwowałem, jak goście, którzy zamówili wino, przyglądają się jego barwie w kieliszku - nie wiedziałem, na co tak naprawdę patrzą. Że oceniają aromat, próbują określić smak. Strasznie mnie wtedy ten rytuał śmieszył. Dla mnie wówczas wino to było po prostu... wino. Nie czułem różnicy. Ale wkrótce okazało się, że to kwestia bardziej złożona. Kiedy to do mnie dotarło, kupiłem książkę o winach, zacząłem czytać, a później rozmawiać na ten temat z kolegami. A przecież kultura picia polega na tym, żeby zwłaszcza wino - trunek bogów i bodaj najstarszy napój - po pierwsze umieć od siebie odróżniać. Od pewnego czasu sprowadza się do Polski dobre wina z różnych stron świata. Jeszcze 10 lat temu były bardzo drogie; pamiętam, że za butelkę trzeba było zapłacić 300-400 zł. Teraz za te same wina płacę po 40 zł.

1 3 »
Reklama
 

Komentarze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się

Reklama
Reklama