Menu Region

Marek Zając: Krakus i warszawski bon ton

Marek Zając: Krakus i warszawski bon ton

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Publicysta "Polski"

Prześlij Drukuj
No i stało się: żoliborzanin, wychowany razem z bratem w kręgach inteligenckich, a nie jak urwisowaty Donald Tusk na trójmiejskim podwórku, skomplementował krakusa ponoć wywodzącego się z równie zacnych, inteligenckich i obeznanych z kindersztubą środowisk.
Ów komplement wygłosił, jak się drodzy warszawiacy domyślacie, prezydent Lech Kaczyński pod adresem swego ministra Andrzeja Dudy, który podczas jednej z ostatnich debat w Sejmie zaapelował o ustąpienie miejsca wiceminister z rządu Tuska, pani Agnieszce Chłoń-Domińczak będącej w stanie błogosławionym.

Gwoli ścisłości przypominam, że podczas spotkania z dziennikarzami w Brukseli prezydent obrazowo, by nie rzec - soczyście, skomentował całą sytuację: "Przyszedł moment, w którym ta pani stała tuż koło mikrofonu i w dalszym ciągu żaden z dżentelmenów nie był w stanie podnieść, no już nie powiem czego, bo byłbym nieelegancki".
Rzeczywiście, prezydent nie sprecyzował, czego członkowie rządu bądź posłowie nie byli w stanie podnieść, bo jest z Żoliborza i jest elegancki, natomiast wyjaśnił szczegółowo, skąd się wzięło dobre wychowanie ministra Dudy.

Otóż minister Duda, jak zaznaczyła głowa państwa, "pochodzący z krakowskiej, inteligenckiej rodziny zareagował tak jak mężczyzna".

Zapomnijmy na chwilę o kontekście politycznym całego zajścia. Odłóżmy na bok wyborcze sympatie i antypatie. Przestańmy chociażby na pół minuty doszukiwać się śliskich podtekstów i cierpkich aluzji. Nie zastanawiajmy się, czy minister Duda faktycznie przejął się losem wiceminister Chłoń-Domińczak, czy może chciał tylko dopiec adwersarzom z Platformy.

Zamiast tego wszystkiego powinniście, drodzy warszawiacy, zinterpretować wypowiedź prezydenta dosłownie. Bo Lech Kaczyński po prostu przyznał, że krakusi są z reguły dobrze wychowani. Prawdę mówiąc, dla człowieka urodzonego i wychowanego w stołeczno-królewskim mieście Krakowie, obecnie w poszukiwaniu zarobku tułającego się po stołecznym bruku, to nie było wcale odkrycie.

Kiedy przepuszczam w drzwiach koleżanki z pracy, nieraz słyszę: "Ach, przecież ty jesteś z Krakowa". Kiedy otwieram żonie drzwi do samochodu, zanim sam usiądę za kierownicą, warszawscy przyjaciele kiwają głowami: "No tak, wy krakusi już tak macie". Kiedy po zaparkowaniu samochodu wysiadam i otwieram siedzącym w aucie kobietom drzwi, warszawiacy mają miny, jakbym na środku Nowego Światu zaczął nagle odgrywać rytuał inicjacyjny z czasów Prasłowian.

Nie, nie zmierzam wcale do wniosku, że warszawiakom obcy jest bon ton. Chodzi tylko o spostrzeżenie, że w stolicy taki klasyczny, może już nieco archaiczny, ale przecież ujmujący savoir-vivre odchodzi w przeszłość. Ale nie martwcie się, drodzy warszawiacy. Zawsze pozostaje wam jeszcze import z Krakowa.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

 

Komentarze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się