Menu Region

Ring rodzinny: Córka Katarzyny Grocholi

Ring rodzinny: Córka Katarzyny Grocholi

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Sonia Ross

Prześlij Drukuj
Dorota Szelągowska - prowadzi w Kuchni.tv program "Dietosfera", wychowuje 7-letniego synka. Produkuje programy telewizyjne. Narzeczona muzyka Adama Sztaby.
W mamie do szału doprowadza mnie nieprzewidywalność jej nastrojów. W jednym momencie jest cudownie szczęśliwa, świat jest dobry i przyjazny, ludzie uczciwi, a po chwili jest zmęczona i rozdrażniona, wszyscy chcą ją wykorzystać i okłamać, za każdym rogiem czyha niebezpieczeństwo. Ale wystarczy mały punkt zapalny, żeby doszło do przemiany - postronny obserwator mógłby być zdezorientowany. Niepostronny - też, bo sama bywam.


Potrafi oszczędzać na ważnych rzeczach. Dziwią ją ceny w sklepach, uważa, że wszystko jest za drogie, jakby się wychowała na innej planecie. Ale bez mrugnięcia okiem słono przepłaca za kolejny kredens i stół. Nakupowała ich tyle, że w każdym pomieszczeniu w jej domu jest minimum jeden kredens i dwa stoły. Nadal nie znalazła tego wymarzonego. Moja ciotka śmieje się, że gdy mama jedzie na targ staroci w Broniszach, sprzedawcy dopisują przy cenie jedno zero. Ona i tak nie zauważy.

Nie możemy długo przebywać w jednym pomieszczeniu. Zaraz strasznie się kłócimy. Jednocześnie nie potrafimy bez siebie żyć. Ale nawet gdy się pokłócimy, po chwili jest wszystko w porządku. Kiedyś gdy brakowało nam argumentów, zamiast słowami rzucałyśmy w siebie rzeczami. Po czym spokojnie siadałyśmy do kolacji.

Mama uwielbia mnie oskarżać o to, że coś jej zabrałam. To trwa od dwudziestu paru lat i nawet moja wyprowadzka 10 lat temu tego nie zmieniła. Ma problem z przyznaniem się do własnego bałaganiarstwa. Ostatnio przez dwa lata żyła w przekonaniu, że wzięłam jej ładowarkę do kamery. Znalazła się u niej dwa tygodnie temu.

Jestem bardziej ostrożna niż mama. Mniej zapalam się do różnych pomysłów. Czasem czuję się jak matka mojej mamy. Muszę gasić zapał i staję się adwokatem diabła. To jest silniejsze ode mnie. Często jestem pewna, że wiem, co jest dla niej najlepsze. Ale moje wysiłki idą na marne, bo jestem ostatnią osobą, której radę weźmie pod uwagę.

Kiedy zarobiła pierwsze duże pieniądze i kupowała swój pierwszy samochód, wszyscy byli w to zaangażowani. Rodzina, przyjaciele, listonosz, który przychodził z przesyłką, pan, który wykańczał schody. Wszyscy doradzali, wybierali, wybrzydzali. W końcu stanęło na tym, że ma to być kombi, duży, mało palący, na ropę, bezpieczny. I mama wpłaciła zaliczkę na taki samochód.

Pech chciał, że jadąc po jego odbiór, zobaczyła tęczę (to według niej jakiś znak) akurat wtedy, gdy przejeżdżała w pobliżu zupełnie innego salonu niż ten, do którego zmierzała. Do domu wróciła wściekle żółtym dwudrzwiowym seatem cordobą, na benzynę, w wersji sportowej, bez gwarancji, bo był przez dwa lata autem testowym w salonie. Gwarancja by się przydała zwłaszcza wtedy, gdy na ręcznym hamulcu dojechała z Milanówka do Warszawy.

Lubię jej poczucie humoru. Razem gramy w scrabble, kłócąc się o słowa. Mama nie uznaje internetowego słownika scrabblisty, ja nie uznaję słów "pięknaś", "miłaś" itp. Czasem dzwoni nawet do profesora Bralczyka.

Zawsze mogę na nią liczyć, jest moją poduszką powietrzną, choć już w dużo mniejszym stopniu niż kiedyś. Łatwiej mi się z tym żyje. Mama wyznaje dziwną religię, w której Budda z Jezusem, otoczeni aniołami, rozprawiają o jodze i medycynie chińskiej. A reinkarnacja zupełnie nie kłóci się z Sądem Ostatecznym i zmartwychwstaniem. W innych dziedzinach życia jest podobnie. Przedpokój musi być pomalowany na zielono (bo feng shui), mimo że zielony tam nie pasuje, ale w sypialni może być telewizor (mimo feng shui). W dorosłym życiu ciężko mi było przyjąć zasady, których nie da się tak łatwo naginać. Dlatego jestem dość surową i pragmatyczną matką dla mojego syna.

Jesteśmy głośną rodziną. Każdy ma wyostrzone poglądy i zdumiewającą jasność ich wypowiadania. Kiedy przyprowadzałam kogoś nowego na rodzinne obiadki, najpierw żartowaliśmy, dyskutując przy stole, później graliśmy w jakąś grę towarzyską, wreszcie kończyliśmy dyskusję, która zaczęła się przy stole, lub wyjaśnialiśmy spory powstałe podczas gry i piliśmy herbatkę. Za każdym razem po wyjściu słyszałam: "Rany, ale wy się pokłóciliście".

A ja nawet nie dostrzegłam zalążka kłótni. Życie, które prowadziłyśmy kiedyś z mamą, diametralnie różni się od tego, które mama prowadzi teraz. Gdy jeszcze z nią mieszkałam, kompletnie nie było pieniędzy. Nie było samochodu, wakacji itp. Ostatnio siedziałam u mamy w ogrodzie i przyjechał wujek, spojrzał na duży dom, na mnie i zapytał: "Dorota, a czasem cię nie strzela, że jak tu mieszkałaś, to nie było w domu ogrzewania i zapylałaś codziennie do szkoły na piechotę?".

A ja sobie pomyślałam, że nie do końca. Bo dzięki naszej niełatwej historii mam poczucie, że zawsze sobie poradzę. Czy będą pieniądze, czy nie.Nasze relacje oparte są na czystej fizyce. Odpychamy się i przyciągamy. Mnóstwo rzeczy doprowadza nas do szału. Bo w innych najbardziej wkurza nas to, czego nie akceptujemy u siebie.
 

Komentarze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się