Menu Region

Praga to całe moje życie

Praga to całe moje życie

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Rozmawia Alicja Bobrowicz

Prześlij Drukuj
Z Elżbietą Zgondek, dyrektorką przedszkola na Pradze-Północ, która jako jedna z dziesięciu osób w Polsce otrzymała tytuł profesora oświaty, rozmawia Alicja Bobrowicz.
Jest Pani chyba niespokojnym duchem?
Każdego roku sobie obiecuję, że tym razem będzie spokojnie, że nie będę robić nic poza tym, co wymagają ode mnie kuratorium i władze oświatowe. Ale jak tu się uspokoić, kiedy przychodzi do mnie któraś z moich pracownic i pokazuje mi książkę albo album, który ją zainspirował, i już jest pomysł na projekt.

Zawsze tak było?
Chyba zawsze miałam swoje zdanie.
Z pierwszej pracy wyleciałam, bo bardzo nie chciałam przygotowywać hasła o Leninie czy rewolucji październikowej. Powiedziałam, że to nie należy do moich obowiązków. Dostałam upomnienie za aspołeczną działalność. Dobrze, że nie wywrotową (śmiech).

Tę aspołeczną działalność prowadziła Pani tu na Pradze?
Tak, jestem związana z tą dzielnicą od 30 lat - od Żerania, Tarchomina po Kamionek. Wcześniej tu mieszkałam, ale uciekłam na wieś. Jednak wciąż tu pracuję. Zaczynałam pracę w przedszkolu na ul. Gersona. Potem w 1973 roku wspólnie z moim mentorem panią Krystyną Wytrykowską urządzałyśmy jedno z przedszkoli na ul. Markowskiej.

Robiłyście je od podstaw?
Tak. Tam zaczęłam wariować. Wymyśliłam sobie, że będzie to przedszkole ludowe. Że dzieciaki będą wychowane patriotycznie i uspołeczniane poprzez tradycję i obrzędy ludowe. Jeździłam po Polsce i kupowałam ludowe zabawki, kołyski, koguciki i ptaszki. Ściągałam do placówki firanki, zasłony i mebelki. Nawet szyłam ludowe stroje. Czego tam nie było - od "Pyzy na polskich dróżkach" po "Płynie Wisła, płynie" czy dożynki. I tak już zostało.

Nie żal było się Pani z tym rozstawać?
Człowiek dojrzewa i powinien zmieniać pracę. Jak nie zmienia, to się nie rozwija. Zresztą potem pracowałam w studium nauczycielskim i ta praca dawała mi mnóstwo satysfakcji. To była fajna młodzież, takie dziewczyny, co to od dziecka chciały być nauczycielkami. Z nimi miałam swój pierwszy teatr. Czasem musiałam być ich spowiednikiem, kiedy przychodziły i zwierzały się, że są w ciąży. Wiele ode mnie zależało, widziałam, jak się rozwijają, dorośleją, wchodzą w zawód. W tym czasie byłam jeszcze doradcą metodycznym. Tu w przedszkolu jestem już od 7 lat.

I co chwilę robi Pani nowe projekty.
Mnóstwo rzeczy robimy. Ciekawa jest nasza współpraca z Centrum Czeskim, która trwa już od pięciu lat. Dzieciaki uczą się czeskich słówek, poznają literaturę. Dowiadują się np., czym różni się nasza Praga od Pragi czeskiej. W tym roku będą przyrządzały knedliki i farsze do naleśników. Spotkają się z mistrzem cukiernictwa. Teraz organizujemy jasełka, gdzie polskie kolędy przeplatane będą czeskimi.

A co ma Pani teraz na tapecie?

Usłyszałam w radio piosenkę Ryszarda Makowskiego "Kapliczka na Ząbkowskiej". To jest zupełna perła, tym bardziej że poza starymi kawałkami typu "Weź lagę i idź na Pragę" nic się o tej dzielnicy nie pisze. Wtedy się zrodził pomysł przeglądu z dzieciakami twórczości o Pradze. Poleciałam do pana Makowskiego i zapytałam, czy da mi płytkę z muzyką. Zgodził się i teraz szykujemy finał obchodów 360-lecia Pragi. 18 listopada będzie koncert w bazylice podzielony na trzynaście minispektakli. Moje dzieciaki wystąpią na koniec i zaśpiewają tę piosenkę. Musi to się zakończyć z łezką w oku, a ta balladka jest rewelacyjna.

Ale to nie wszystko, co dzieje się z okazji obchodów roku Pragi.
Cały rok siedzimy w Pradze. Napisałam projekt dla praskich przedszkoli i podzieliłam zadania
na wszystkie placówki. Robimy np. tomik twórczości dziecięcej z całej dzielnicy. Moje dzieciaki przygotowują wystawę "Praga w dziecięcej fotografii".

Dzieci same robiły zdjęcia?

Tak, i fotografie są różne. Niektóre ujęcia są do siebie podobne jak dwie krople wody. Zdarzają się wśród nich i piękne buty, bo jedno drugiemu zrobiło, i sceny, jak się tarmoszą. Ale wiele zdjęć jest bardzo dobrych, bo nauczycielki wszystko z nimi obgadywały, żeby dzieciaki poznały miejsca, które fotografują. Dzięki temu mogliśmy je potem podzielić na tematyczne cykle, np. śladami ginących zawodów - kaletnika, introligatora czy szewca - praskie kapliczki, Praga kontrastów, zabawne graffiti czy podglądane przez szybę. Chcemy to wydać w formie albumu. Na razie robimy wystawę w Info Praga na ul. Ząbkowskiej, a ja cieszę się, że to wypaliło, bo trochę się bałam, jak dzieciaki wyszły z aparatami na ulicę.

Bo taka dzielnica?

Bo aparaty dali rodzice. Ale tu jest wbrew pozorom spokojnie. Oni mają świadomość, że to są ich dzieci. Nie to, że gangstera czy złodziejaszka, ale ich lokalne dzieci. Choć kiedyś było różnie. Jak zobaczyli, że pojawiła się nowa dyrektorka, to próbowali mi coś wynieść. Szepnęłam wtedy jednej z dozorczyń: " Pani Zosiu, pani powie chłopakom, żeby nic się nie działo". Zadziałało. Ale potem przyjęłam nauczycielkę, która miała "buraczane" numery na tablicy rejestracyjnej samochodu, więc odkręcili jej felgi. Nie zdążyłam w porę szepnąć, komu trzeba.

Pani zna Pragę od lat. Czy ta dzielnica bardzo się zmienia?

Zmiany zaczęły się w latach 70., kiedy zaczęły wyrastać nowe osiedla i pojawili się nowi ludzie. Wtedy wymieszała się społeczność lokalna. Teraz zmiany poszły jeszcze dalej, bo mamy bardzo dużo dzieci artystów, redaktorów, malarzy. Jest moda na Pragę.

Ale także dzieci ze środowisk…
... ze środowisk staropraskich, tak. Bo tu nie ma patologii. Jestem urażona, gdy ktoś nazywa ich patologią. To, że ojciec ma skłonności, że gdzieś skręcił w boczny tor, że gdzieś się jego życie zawirowało, to w większości przypadków nie wpływa na dziecko ani na nas. Im trudniej temu człowiekowi żyć i znaleźć swoją drogę, tym bardziej dba o dziecko. Ja widzę, jak ci ludzie się wyciągają. Przychodzi ojciec pokropkowany, a dzieci są super, ambitne. On się stara być dobrym ojcem, bywa na zajęciach, spotkaniach integracyjnych. Nie wolno tym ludziom dać odczuć ich inności.

Ale zdarzają się problemy.
Bardziej je widać w rodzinach bogatych, gdzie ludzie są nastawieni na sukces zawodowy albo rodzice są w separacji czy nie mogą się dogadać. Oczywiście zdarzają się przypadki ciężkie. Są rodziny z problemami narkotykowymi czy alkoholowymi. Ale nie ma tak, że matka się zaćpała i nie ma kto przyjechać po dziecko, bo jest rodzina zastępcza, która robi wszystko, by było szczęśliwe.

Jaka jest na to recepta?
Ważne, żeby zrozumieć, że wszystko, co wgramy dziecku na twardy dysk do trzeciego roku życia, to się prawie nie odkręci. Nie można powiedzieć, że dziecko to nie ma na co liczyć, bo kiepski z niego uczeń będzie, bo nie łapie, nie rozumie, nie mówi. Świat zachodni znalazł na to sposób: jeśli jesteś kiepsko zaprogramowany intelektualnie, to będziesz świetnym sportowcem i twoje dyplomy wiszą w całej szkole.
I powinniśmy robić to samo.
 

Komentarze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się