Menu Region

Samochodoloty

Samochodoloty

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Łukasz Słapek

Prześlij Drukuj
Za kilka, góra kilkanaście lat zamiast stać na szosie w korku, po prostu zmienimy… wysokość jazdy (lotu?). O samochodach zdolnych wzbić się w powietrze pisze Łukasz Słapek.
Tam, dokąd się wybieramy, nie potrzeba dróg" - stwierdził beznamiętnie szalony naukowiec doktor Emmet Brown w pierwszej części "Powrotu do przyszłości". Chwilę później ustawił na rok 2015 zegar swego samochodu, przerobionego na wehikuł czasu.

Sportowy De Lorean wzbił się w powietrze i wystrzelił niczym odrzutowiec.

Tymczasem mamy za pasem rok 2009 i nadal tkwimy na ziemi zderzak w zderzak w coraz większych korkach.
Choć mamy internet, Wielki Zderzacz Hadronów i genetycznie zmodyfikowane rośliny, ludzkość wciąż nie może się dorobić produkowanego seryjnie latającego samochodu, który w dobie dzisiejszego postępu cywilizacyjnego wydaje się konstrukcją wręcz dziecinnie prostą. Najwyraźniej jednak inżynierowie w końcu powiedzieli dość stagnacji w tej dziedzinie i ostro wzięli się do roboty.

Na horyzoncie, a dokładniej na horyzoncie Kanady, pojawiła się szansa, że za kilka, może kilkanaście lat co najwyżej poszukamy nie tyle objazdu jakiegoś piekielnego korka, ile po prostu zmienimy wysokość. Uczeni z firmy Petera Mollera zapowiedzieli bowiem stworzenie latającego samochodu na bazie ferrari 599 GTB. 620 koni mechanicznych, jakimi dysponuje to autko, które w dodatku fruwają - to brzmi naprawdę zachęcająco.

Nad przeróbkami ma czuwać chyba największy na świecie entuzjasta śmigających po niebie przyszłości aut - sam profesor Peter Moller, który ostatnie 40 lat swojego życia spędził na próbach zbudowania czegoś, czym można byłoby się przelecieć do najbliższego hipermarketu po bagietkę bez angażowania w to Urzędu Lotnictwa Cywilnego, wieży kontroli lotów i wypełniania skomplikowanych rubryczek w planach lotu.

Do tej pory największym jego sukcesem jest latający samochód noszący oznaczenie M-400. Ten pomalowany na krwistoczerwony kolor wehikuł przypomina pojazd, któremu ktoś zamiast kół zamontował po bokach cztery niewielkie silniki lotnicze. Po raz pierwszy wzniósł się w powietrze w 2003 roku, przywiązany na wszelki wypadek do dźwigu za pomocą specjalnej liny. Od tamtej pory wznosił się jeszcze kilkukrotnie, a Moller nieustannie udoskonalał jego konstrukcję.

Szalony profesor wydaje się więc najwłaściwszą osobą do tego, żeby "nauczyć latać" kolejny samochód. Jak szumnie zapowiada firma Mollera, pierwsze latające - i to nie wbrew własnej woli - ferrari ma wyjechać, a raczej wylecieć z garażu już za dwa lata.

- Wybraliśmy to auto nieprzypadkowo. Po pierwsze, jest naprawdę piękne, a po drugie i najważniejsze, ma aerodynamiczny kształt - tłumaczy Moller.

1 3 »

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

 

Komentarze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się