Menu Region

Legia liderem w ekstraklasie

Legia liderem w ekstraklasie

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Rafał Romaniuk, Piotr Wierzbicki Warszawa

Prześlij Drukuj
I niech ktoś jeszcze powie, że Takesure Chinyama to napastnik, który umie wszystko na boisku poza myśleniem. Gdyby tak w istocie było, to piłkarz z Zimbabwe z siedmioma golami na koncie nie byłby wiceliderem klasyfikacji strzelców. Po wczorajszym meczu z Lechią Gdańsk Chinyama traci do Pawła Brożka zaledwie jedną bramkę.
I pomyśleć, że przed meczem z Wisłą Kraków Cezary Kucharski, były napastnik Legii, powiedział o Chinyamie, że to samolub, w dodatku przereklamowany.

Nie byłoby to jednak możliwe, gdyby nie Maciej Iwański. 27-letni pomocnik, który trafił do Legii z Zagłębia Lubin za 650 tys. euro, po raz kolejny w tym sezonie udowodnił, że był wart każdego wyłożonego na niego eurocenta. Na dziesięć podań, osiem miał nie tylko skutecznych, ale i niebanalnych. To on asystował przy obu golach Chinyamy.

Najpierw, w 37. min, wyłożył piłkę koledze na wolne pole. Siedem minut później dośrodkował z rzutu rożnego. W obu przypadkach Chinyama, ciesząc się ze zdobytych goli, mógł wykonać słynny niegramotny taniec.

Nazwisko Iwańskiego drukowanymi literami powinien zapisać sobie w notesie trener Leo Beenhakker. Wczoraj, po kilkunastu dniach nieobecności w Polsce, w końcu pojawił się na trybunach.
Legia nie porywała swoją grą, tak jak tydzień temu w spotkaniu z mistrzem Polski. Nie musiała. Lechia Gdańsk pokazała, że jest drużyną co najwyżej przeciętną. Kto nie wierzy, niech obejrzy sytuację z początku spotkania, gdy Paweł Buzała miał do bramki Jana Muchy 4 metry, a mimo to minął się z piłką. Miejsce w kultowym filmie "Piłkarskie jaja" miałby jak w banku.

Jackowi Zielińskiemu, szkoleniowcowi gości, zależało na tym spotkaniu wyjątkowo. W końcu wrócił na stadion, na którym spędził 12 lat w roli zawodnika i kolejne dwa sezony jako trener. Później pożegnano się z nim w nieprzyjemnych okolicznościach (władze Legii uznały, że już go nie potrzebują). Mimo to kibice doskonale pamiętają, ile zdrowia zostawił przy Łazienkowskiej, bo przed meczem powitali go burzą oklasków.

W wielkim stylu do składu Legii powrócił Edson. Brazylijczyk, który przez kilkanaście ostatnich dni leczył kontuzję, zrobił to, co kibice uwielbiają najbardziej. 79. min, rzut wolny dla Legii. Do piłki podchodzi Edson. Szeroki rozkrok, następnie dwa kroczki i piłka w siatce. "Edson, Edson" - znów rozległo się na trybunach. Nie tylko dlatego, że Brazylijczyk pokazał "specjalność zakładu". Również dlatego, że Legia wyprzedziła w tabeli Polonię Warszawa i awansowała na pierwsze miejsce w tabeli ekstraklasy.

Od pierwszej minuty zagrał również Aleksandar Vuković, w zeszłym sezonie kapitan warszawskiej drużyny. Wielu myślało, że trener Jan Urban celowo nie wystawiał go w ostatnich spotkaniach do pierwszej jedenastki, mszcząc się w ten sposób na Serbie, bo ten odmówił przedłużenia kontraktu.

Potwierdziło się jednak, że "Vuko" nie jest w najwyższej formie. Już na początku drugiej połowy człapał po boisku. Na tle wszędobylskiego Iwańskiego był jak maluch przy mercedesie. Wszystko wskazuje więc na to, że gdy do zdrowia powróci Ariel Borysiuk (doznał kontuzji na ostatnim treningu i będzie musiał pauzować co najmniej trzy dni), Vuković ponownie odwiedzi co najwyżej ławkę rezerwowych.

Wbrew zapowiedziom nie był to ostatni mecz z udziałem kibiców na trybunie otwartej. Z powodu opóźnienia budowy nowego stadionu "żyleta" będzie jeszcze do dyspozycji fanów najprawdopodobniej do końca roku.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

 

Komentarze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się