Menu Region

Samotność we dwoje

Samotność we dwoje

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Andrzej Wiśniewski z Laboratorium Psychoedukacji. Kierownik Studium Terapii Rodzin.

3Komentarze Prześlij Drukuj
Dlaczego wolimy być sami, niż czuć się samotni w związku? Jak zauważyć, że odsuwamy się od żony? I co zrobić, żeby nie szukać wytłumaczenia w pracy i obowiązkach, czyli cywilizacyjnym biegu? Bo to nie on jest powodem naszego osamotnienia - mówi psycholog, terapeuta Andrzej Wiśniewski
Czujemy się samotni, żyjąc w związku. Spotykamy się po 16 godzinach pracy i rozmawiamy wyłącznie o rachunkach czy o tym, kto jutro odbierze dzieci ze szkoły. Co zrobić, żeby codzienna gonitwa nie odsuwała nas od siebie?
Nigdy w związku nie czujemy się samotni przez to, że mamy za dużo pracy i swoich indywidualnych zajęć. W te wszystkie cywilizacyjne zawirowania wpadają ludzie, którzy się od siebie odsuwają dużo wcześniej. Przeżywają kryzys zaufania, kryzys uczuć, kryzys własnej wartości. Zawsze za taką sytuacją kryje się długotrwały konflikt. I życie w biegu czy przesiadywanie w pracy jest po prostu ucieczką i sygnałem istnienia problemu, a nie przyczyną tego, że ludzie się od siebie odsuwają.
Można mieć pół godziny dziennie na kontakt ze sobą i być dwojgiem szczęśliwych ludzi. Większość osób na początku terapii sprzedaje mi następującą historię: "Mam dużo pracy, dbam o komfort życia mojej rodziny, robię to dla mojej żony, dla nas". A to nie jest prawda. Bieg codzienności jest cienkim usprawiedliwieniem. Ale pojawia się często, bo uwalnia nas od odpowiedzialności.

Nie umiemy się przyznać, gdzie tkwi problem?
Boimy się szukać. Jeżeli powiem moim pacjentom, że ciężko jest mi uwierzyć, że dwoje kochających się ludzi, którzy wybrali właśnie siebie spośród tysiąca innych osób, rozstaje się z powodu tego, że ma za dużo pracy, szybko okazuje się, że rzeczywiście nie to spowodowało, że zaczęli się od siebie odsuwać, że przy najbliższej osobie czują się samotni.

Kiedy i jak poznać, że coś się dzieje, że zaczynamy budować sobie samotność, swój odrębny świat?
Pierwszym symptomem jest narastająca w nas złość. W zasadzie każda rzecz: niepozmywane naczynia, źle położony widelec, jakikolwiek komentarz stają się przyczyną nagłego wybuchu agresji. Zdecydowanie nieproporcjonalnej do sytuacji. Kolejnym etapem jest unikanie rozmów o konkretach, ograniczanie kontaktu do kwestii logistycznych. I tak krok po kroku rozdzielają się światy. I każda z osób zaczyna tak naprawdę rozmawiać ze swoim wyobrażeniem o partnerze, a nie z partnerem. "Nie ma sensu mówić do niej, do niego, bo przecież i tak nie zrozumie. Wiem to". I tak budujemy samotność w związku. Jeżeli jednak zaczniemy działać w chwili, kiedy tylko zauważymy, że się od siebie oddalamy, mamy dużą szansę na szybkie rozwiązanie problemu. Niestety częściej trafiają do mnie ludzie, którzy przeżywają już efekt tego oddalenia się od siebie, czyli np. zdradę albo głęboki, zaogniony kryzys. Przychodzą za późno, bo w momencie kiedy oskarżają wyłącznie swojego partnera o to, że źle się dzieje w ich związku. A trudno jest im zauważyć, że też mają jakiś wkład w to, że konflikt się zaostrza.

Wtedy wkracza terapeuta, który odkrywa, że...?

Najczęściej odkrywa, że przyczyną problemu jest nierealistyczne oczekiwanie osób tworzących związek, które liczą na to, że otrzymają od siebie wzajemnie wszystko to, czego nie otrzymały dotychczas w życiu od ważnych dla siebie ludzi. A związek nie jest po to, żeby się w nim leczyć czy też podbudowywać własne poczucie wartości. W pierwszym okresie bycia razem ludzie są gotowi robić dla siebie wszystko, bez oglądania się i liczenia, kto wkłada więcej, a kto mniej. Nie odczuwają ponoszonych kosztów. Jeżeli jednak jest w nich bardzo silna, przesadna potrzeba bycia docenianym, zauważanym, w stu procentach akceptowanym, to z czasem ta niezaspokojona potrzeba sprawi, że poczują, iż więcej robią dla partnera niż on dla nich. I to jest pierwsza frustracja, pierwsza złość, która nakręca spiralę odsuwania się od bliskiej osoby, a w efekcie poczucie osamotnienia.

Co zrobić, żeby nie zadziałał ten mechanizm, żeby w takim momencie nie uciekać od siebie? Najlepszym sygnałem na przebudzenie, chociaż trudnym do zauważenia, jest moment, kiedy pierwszy raz w głowie pojawia się myśl: jestem poszkodowany, jestem w tym związku ofiarą. Jeżeli przychodzi nam do głowy taka myśl, trzeba natychmiast poszukać pomocy! Innym częstym alarmującym sygnałem jest fakt, że powrót do domu przestaje sprawiać nam radość. Że szukamy pretekstu, żeby do niego nie wracać.

I zapisujemy się na dodatkowe kursy, bierzemy nadgodziny, dodatkowe zlecenia...

A potem idę na przyjęcie i słyszę: "Kobiety są bezwzględne", "Mężczyźni są bezmyślni". Widzę małżeństwa, w których partnerzy na każdym kroku sobie docinają. Słyszę panów, którzy wybierając się z kolegami na piwo, podejmują głównie jeden temat: narzekania na swoją żonę. To wszystko są sygnały, że czujemy się coraz bardziej samotni! Bo ciągle wydaje nam się, że nie otrzymujemy emocjonalnej odpowiedzi od swojego partnera. A ja śmiem twierdzić, że z wyjątkiem takich oczywistych sytuacji jak przemoc psychiczna, fizyczna czy seksualna, każdy z nas jest w swoim związku tak samo katem, jak i ofiarą. Tego nie chcemy widzieć. Mówimy, że najgorsza nie jest samotność - ta dosłowna, kiedy rzeczywiście jesteśmy sami - ale właśnie ta w związku. Dlaczego? Tak, to prawda. Samotność nie musi być czymś złym. Sama w sobie. Dla niektórych bywa nawet przyjemna. Bo można sobie pobyć ze sobą. Złe jest osamotnienie. I ono zdarza się właśnie w związku. Jest trudne, bo nie dość, że człowiek czuje się sam, to jeszcze ma ciągle towarzyszące poczucie zawiedzionych nadziei. Wykonuje - albo tak mu się przynajmniej wydaje - rozmaite ruchy, żeby zdobyć partnera, jego uwagę, a to się ciągle nie udaje. Więc czuje się odrzucony, niezaopiekowany, niezauważony przez konkretną bliską osobę. To potęguje poczucie osamotnienia. Myślę, że to właśnie lęk przed taką pozycją w związku jest przyczyną mody na bycie singlem. Lęk przed bliskością, a głównie jej niespełnieniem powoduje, że wchodzimy w związek na pół gwizdka. A jeżeli już w nim jesteśmy, niespełniona potrzeba bliskości powoduje, że bronimy się po omacku. Najczęściej oskarżając drugą stronę. Ona też zaczyna się bronić w tym samym tonie. I dochodzi do kłótni, która jest wyliczaniem wzajemnych pretensji.

Zamiast do powiedzenia: "Brakuje mi ciebie", czyli tego, co tak naprawdę leży nam na sercu.
Tak, do powiedzenia: "Potrzebuję bliskości". Dlatego trzeba rozmawiać. I fochy odkładać na bok. Nie należy się gniewać, zamykać, zaciskać. Ani karać naszego partnera milczeniem, cichymi dniami. Bo w ten sposób budujemy też w sobie poczucie krzywdy. Oceniamy, że jeżeli nasz partner nie próbuje się do nas dobijać, znaczy, że nas nie kocha, podczas gdy on przeżywa tak naprawdę to samo.

A potem kładziemy się do łóżka obok bliskiej osoby i czujemy się samotni...
I marzymy, żeby ta druga strona wyciągnęła rękę. Śmieję się, że kiedyś, jak były małe mieszkania, ludzie musieli się ze sobą zetknąć chociażby w kuchni. Nawet fizycznie, bo inaczej nie można było przejść obok siebie. I jakoś się to wszystko przełamywało. Teraz w dużych salonach, domach, gdzie każdy ma swój azyl - w gabinecie, garażu - można się nie spotkać. Trzeba być wyczulonym. Na potrzeby partnera, ale i na swoje.