Menu Region

Rzeźbił dla króla, teraz podbija Europę

Rzeźbił dla króla, teraz podbija Europę

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Błażej Przygodzki

Prześlij Drukuj
Król Szwecji Karol XVI Gustaw łamał sobie język na jego nazwisku, ale kupił rzeźbę artysty. Prace Polaka pływają na najbardziej luksusowym statku świata. Stanisław Wysocki podbija Europę.
Rozglądam się po jego domu położonym w malowniczej, spokojnej dzielnicy Wrocławia. Sam nie wiem, czy jest w nim więcej dzieł sztuki, czy sportowych pucharów. Rzeźbiarz, sportowiec, pierwszy żeglarski trener swoich synów, miłośnik samochodów. Stanisław Wysocki zaskakuje na każdym kroku i - co najważniejsze - jeśli w coś się angażuje, robi to po prostu dobrze.

Czym dla Pana jest prawdziwy sukces?

Miło mi słyszeć, że to, co robię, ma sens. Cieszę się, kiedy ludzie kupują rzeźby Wysockiego i chcą je postawić u siebie w domu czy w biurze. Byłem dumny, gdy w Strasburgu po sesji Rady Europy ambasador otwierał moją wystawę. Zrobiłem rzeźby, które pływają na największym statku świata, luksusowym "Queen Mary II". Ostatnio kilka rzeźb kupił amerykański ambasador. Jednak największy sukces to rodzina. Żona, która wspiera, dzieci idące w ślady ojca.

Jest Pan zapewne najlepszym sportowcem wśród rzeźbiarzy. Dlaczego zrezygnował Pan z lekkiej atletyki i zamienił ją na dłuto?
W latach 70. przyjechałem z Białegostoku do Wrocławia, żeby studiować w Akademii Wychowania Fizycznego. Trenowałem wtedy dość intensywnie. Miałem sukcesy, ale w pewnym momencie zamiast pójść na salę gimnastyczną, wolałem odwiedzić muzeum albo galerię sztuki. Mimo to skończyłem AWF i zostałem asystentem, robiąc studia doktoranckie. Chciałem jednak coś zmienić w swoim życiu. Wystarczył niewielki impuls, żebym rzucił uczelnię. Nagle okazało się, że mam dużo wolnego czasu, i nie wiedziałem, co z nim zrobić. Postanowiłem wyjechać na Zachód. Znalazłem pracę u szwajcarskich rolników.

"Pan doktor" rwący marchewkę i szparagi? Nie miał Pan wątpliwości co do tej decyzji?
Jak człowiek jest młody i ma niewiele do stracenia, może sobie pozwolić na taką odwagę. Nie żałowałem niczego, bo ciężko pracując, szukałem nowej drogi życiowej. Właśnie tam, w Szwajcarii, odniosłem swój pierwszy sukces artystyczny. Przed wyjazdem wyrzeźbiłem kilka bożków, takich figurek przedstawiających świętych. Wydłubałem je z drzewa lipowego ściętego na terenie mojej macierzystej uczelni. Zabrałem je ze sobą za granicę i sprzedałem bez większych problemów. Za zarobione pieniądze kupiłem swój pierwszy samochód. Wybrałem stylową angielską markę Vauxhall Victor. Auto było piękne, ale jego kupno okazało się kiepskim interesem, bo niedługo po tym zepsuło się i nadawało się tylko na złom. Szkoda.

To dobrze, że rzeźby, a nie samochód, sprzedały się z zyskiem. Bo może wtedy zamiast zostać artystą, otworzyłby Pan salon samochodowy.
Wtedy rzeczywiście wszystko było prawdopodobne (śmiech). Jednak zachęcony tym sukcesem postanowiłem zdawać na Akademię Sztuk Pięknych w Poznaniu. Gdy już zostałem jej studentem, natychmiast zacząłem uważać się za rzeźbiarza. W Polsce szybko jednak ugaszono mój entuzjazm Zaniosłem swoje dzieła do desy. Powiedzieli mi, że jestem amatorem, a rzeźby nie nadają się ani na wystawę, ani na sprzedaż. Zapakowałem wtedy wszystko do swojego kolejnego samochodu, a był to Ford Taunus, i pojechałem do Niemiec. Tam w ciągu zaledwie jednego tygodnia sprzedałem wszystko, co miałem. Stałem się tak bogaty, że zacząłem jeździć Mercedesem 220D.

Mówi Pan o zarabianiu na sztuce. Czy naprawdę chodziło tylko o to?
Na Zachodzie nauczyłem się tego, że nic tak nie dodaje siły jak sukces. Pieniądze to jeden z jego aspektów. Wtedy jednak nie zdawałem sobie sprawy, ile jeszcze nauki przede mną. To, że zostałem doceniony, sprawiło, iż chciałem pracować nad sobą.

Nie wrócił już Pan na poznańską uczelnię?
Zostałem w Niemczech. Wkrótce potem zaczęła się moja największa przygoda z rzeźbiarstwem. Jako pierwszy Polak rozpocząłem studia w berlińskiej akademii sztuki - Hochschule der Künste. Pamiętam dobrze egzamin na tę uczelnię. Musiałem przynieść swoje prace, a nic nie miałem. Żeby zarobić na życie, sprzedałem wszystko, co zrobiłem. Chodziłem więc po klientach i pożyczałem od nich moje najbardziej udane rzeźby. Choć w Berlinie czułem się jak u siebie, po studiach wróciłem do miasta, z którym zżyłem się najbardziej, czyli do Wrocławia. Tak naprawdę nie wyobrażam sobie, że mógłbym mieszkać na stałe gdzieś poza Polską.

I wtedy był już Pan przekonany, jaką drogę życiową obrać?

Nie. Pewności, że zostanę rzeźbiarzem, nabrałem dopiero po pierwszej udanej wystawie we Wrocławiu. Miałem plan awaryjny w postaci przemysłowej maszyny do robienia lodów, którą kupiłem, wracając z Berlina. Na szczęście lody zrobiłem tylko na imprezie, kiedy oblewałem dobrze przyjętą przez krytyków i publiczność wystawę.

Przyjechał Pan do Polski jako artysta znany w zachodniej Europie. Tutaj nazwisko Wysocki nic nikomu nie mówiło. Dlaczego zdecydował się Pan wrócić?
Wrocław działał na mnie jak magnes. Może to kwestia wspaniałych młodzieńczych wspomnień, ale im dłużej byłem za granicą, tym bardziej idealizowałem Polskę. Podczas pierwszego zarobkowego pobytu w Szwajcarii zafascynowała mnie ciągłość kulturowa rodziny, u której pracowałem. To było już chyba piąte pokolenie mieszkające w tej samej wsi, a nawet w tym samym domu. Żartowali sobie, że oni są tutaj od niedawna, bo ich sąsiedzi zapuścili korzenie na kilka wieków. Chciałbym, żeby u nas też tak było.

Co Pana w Polsce rozczarowało?
Trudniej mi było realizować pasje motoryzacyjne. Był okres, kiedy przerzuciłem się na rodzime auta, takie jak Fiat 125p. Jakiś czas miałem nawet malucha. Wspominam go dobrze, bo zwiedziłem nim sporą część Alp. Potem udało mi się rzeźby wymienić na Forda Escorta.

Pana starszy syn kończy wrocławską ASP i reprezentuje Polskę na żeglarskich mistrzostwach świata. Ile w tym zasługi ojca?
Jeśli chodzi o sport, byłem pierwszym trenerem Michała, a w sztuce - pierwszym mistrzem. Teraz, gdy wchodzimy razem na łódź, jestem już tylko kapitanem honorowym. Dużo czasu spędzamy ze sobą w pracowni. Ja mu przekazuję dystans do świata, a on mnie - młodzieńczą energię. Uczę go pokory wobec tego, co robi, i uczę go przegrywać. Jeśli nauczy się przegrywać, może zajść daleko.

A Pan, jak sobie radzi w trudnych chwilach?
Podczas powodzi tysiąclecia woda zalała mi dom. Na pamiątkę tego zdarzenia wyrzeźbiłem "Powodziankę". Stoi w centralnym punkcie Wrocławia i jest symbolem zwycięstwa człowieka nad przeciwnościami losu. Właśnie tak sobie radzę. Nigdy się nie poddaję i wierzę w to, co robię.

Stanisław Wysocki w latach 1978-1980 studiował w Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu. Później ukończył berlińską Hochschule der Künste. W 1986 roku powrócił do Polski

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

 

Komentarze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się