Menu Region

Agnieszka Radwańska: Możemy zbojkotować sezon

Agnieszka Radwańska: Możemy zbojkotować sezon

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Rozmawia Hubert Zdankiewicz

Prześlij Drukuj
Z Agnieszką Radwańską, najlepszą polską tenisistką, rozmawia Hubert Zdankiewicz.
Pani ojciec i trener [niedoszły student Akademii Sztuk Pięknych - red.] powiedział kiedyś, że tenis w tym jest lepszy od malarstwa, że każdy zawodnik jest kowalem własnego losu i nie musi liczyć na przychylność osób trzecich. To chyba nie do końca prawda?
Chodzi panu o to, że podczas rozpoczynających się we wtorek mistrzostw WTA w Doha będę rezerwową i zagram tylko wówczas, gdy wycofa się któraś z moich wyżej sklasyfikowanych w światowym rankingu koleżanek?


Dokładnie. Czy to bardzo frustrujące?
Na pewno nie tracę nadziei. Przed rokiem Francuzka Marion Bartoli była w identycznej sytuacji co ja, a potem zagrała dwa mecze po wycofaniu się Amerykanki Sereny Williams. Nie mam nic przeciwko temu, by historia się powtórzyła.

Chyba nieładnie życzyć koleżankom kontuzji?
Życzyć to zbyt mocne słowo. Myśląc o siostrach Williams, nie zaciskam kciuków i nie powtarzam w myślach: "skuś babo na dziada". Smarować masłem schodów w turniejowym hotelu również nie zamierzam (śmiech). Po prostu mam nadzieję, że wyjdę na kort przynajmniej raz.

A jeśli się nie uda?
To będę trochę rozczarowana, lecz bez przesady. Sam wyjazd na mistrzostwa WTA to wielka frajda i wyróżnienie [kwalifikuje się osiem najlepszych tenisistek mijającego sezonu plus dwie rezerwowe -red.]. Można powiedzieć, że to dla mnie wisienka na torcie, którym był bardzo udany sezon, najlepszy w dotychczasowej karierze.

Jaki moment był najprzyjemniejszy?
Wygrałam trzy turnieje: w Pattayi, Stambule i Eastbourne, awansowałam do czołowej dziesiątki rankingu WTA [w sierpniu była 9., obecnie zajmuje 10. miejsce - red.]. Najbardziej cenię sobie jednak pierwsze w karierze ćwierćfinały turniejów Wielkiego Szlema - Australian Open i Wimbledonu.

Największe rozczarowanie? Igrzyska olimpijskie w Pekinie, podczas których odpadła Pani już w drugiej rundzie?

Fakt, liczyłam na medal. Nie byłam jednak bardzo rozczarowana, bo przyjechałam do Chin z kontuzją. Zdawałam sobie sprawę, że nie będę w stanie zagrać na sto procent możliwości. Trudno - było, minęło. Spróbuję za cztery lata w Londynie.

Wspomniała Pani o awansie do czołowej dziesiątki światowego rankingu. Można odnieść wrażenie, że nie jest Pani do końca zadowolona z tego powodu?
Przed sezonem celem była dla mnie druga dziesiątka, więc z zajmowanego miejsca oczywiście jestem zadowolona. Jednak nie podobają mi się związane z tym ograniczenia.

Chodzi o przyszłoroczny kalendarz rozgrywek?

Dokładnie. Przecież pozbawiono nas prawa wyboru. Do tej pory same decydowałyśmy, gdzie będziemy grać. Teraz ustalono listę obowiązkowych turniejów najwyższej rangi dla zawodniczek z najlepszej dziesiątki na świecie. W efekcie te mniejsze imprezy będą dla nas praktycznie niedostępne, bo w całym sezonie będziemy mogły zagrać tylko w dwóch. I to też warunkowo.

Trochę to skomplikowane. Można jaśniej?
Nie wiem, czy będę mogła wziąć udział w zaplanowanym na lipiec turnieju w Warszawie [pula nagród: 220 tys. dol. - red.]. Najpierw muszę odsłużyć obowiązkową liczbę startów przypadających na tę część roku. Trzeba coś z tym zrobić, doskonałą okazją będą właśnie mistrzostwa WTA, bo wszystkie przylatujemy do Kataru. Na pewno spróbujemy wynegocjować jakieś zmiany.

Jeśli się nie uda? Wspominała Pani o bojkocie rozgrywek...
Napisała tak jedna z polskich gazet, choć powiedziała o tym Rosjanka Dinara Safina [zdążyła się już wycofać z tej deklaracji - red.]. Bojkot to ostateczność, do której raczej nie dojdzie, niemniej w pełni podzielam jej oburzenie. To jest chore, ludzie rządzący WTA nie dbają o tenisistki, tylko o własne korzyści i interes sponsorów.

Zostawmy już politykę. Kto będzie faworytką turnieju w Doha?
Może siostry Williams, choć z drugiej strony ich dyspozycja jest zawsze wielką niewiadomą.

Trzy lata temu Argentyńczyka Davida Nalbandiana nie było nawet na liście rezerwowych w Masters Cup [męski odpowiednik mistrzostw WTA - red.]. Plaga kontuzji sprawiła, że zaproszono go w ostatniej chwili. Przyjechał prosto z plaży i... wygrał cały turniej.
Ponosi pana fantazja (śmiech). Chociaż miło jest pomarzyć. Fajnie byłoby wykręcić podobny numer.

***

Masters uciekło polskim deblistom

Grali jak nigdy, przegrali jak zawsze - przez lata tak właśnie mówiło się o piłkarskiej reprezentacji Hiszpanii. Teraz to powiedzenie można odnieść do Mariusza Fyrstenberga i Marcina Matkowskiego. Polscy debliści do końca walczyli o drugi w karierze udział w turnieju Masters Cup (od 9 listopada).

W paryskim turnieju Master Series (pula nagród: 2,27 mln euro) Polacy dotarli do półfinału, pokonując po drodze najlepszą parę deblistów świata - Boba i Mike'a Bryanów (to ich pierwsze zwycięstwo nad amerykańskimi bliźniakami). Jednak w sobotę przegrali 4:6, 3:6 z reprezentantami RPA Jeffem Coetzeem i Wasleyem Moodiem i stracili na rzecz rywali siódme miejsce w rankingu ATP Doubles Race.

Oznacza to, że będą w Szanghaju tylko rezerwowymi, bo jako ostatni zakwalifikowali się (dzięki dzikiej karcie) Peruwiańczyk Luis Horna i Urugwajczyk Pablo Cuevas - zwycięzcy Roland Garros.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

 

Komentarze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się