W latach 90. badał Pan środowisko poznańskiej policji. Czy śledczy zrobili wszystko, by wyjaśnić sprawę zniknięcia Jarosława Ziętary?
W kierownictwie policji byli ludzie, którzy kompletnie nie nadawali się do służby. A nawet, w przypadku późniejszego komendanta wojewódzkiego, okazali się po prostu przestępcami.
Jakie było nastawienie policjantów wobec dziennikarzy?
Dziennikarzy uważano za wrogów, z którymi nie można współdziałać i którymi trzeba utrudniać życie. I pewnie na fali tej niechęci sprawa Ziętary została potraktowana tak, a nie inaczej.
Czy próbował Pan wyjaśniać zagadkę na własną rękę?
Zniknięcie było bardzo tajemnicze.
W środowisku dziennikarskim pojawiało się wiele plotek, które próbowaliśmy sprawdzać, ale okazało się to bardzo trudne. Nie mieliśmy żadnych pewnych źródeł ani w policji, ani w środowiskach półprzestępczych. Ludzie, którzy rozmawiali z nami w miarę szczerze na inne tematy, nie mieli wiedzy o sprawie Ziętary.
Czego dowiedział się Ziętara, że ktoś mógł chcieć go uciszyć?
Mieliśmy podejrzenia, że zajmował się sprawą, którą my również badaliśmy, czyli przekrętami w firmie Elektromis. Nie udało się tego jednak potwierdzić na sto procent.
Czy widzi Pan tu jakieś podobieństwa do sprawy Olewnika?
Proceduralno-śledcze. Ilość czynności, których w sprawie Olewnika nie podjęto lub wypaczono ich sens, była zatrważająca. Gdybyśmy przejrzeli akta sprawy Ziętary, na pewno znaleźlibyśmy podobną liczbę zaniechań.
Po latach nic się nie zmieniło?
Tak, a co więcej okazuje się, że na niektórych komendach są sprawy, których się nie podejmuje, jeśli nie zadzwoni ktoś z Warszawy.
Czy podpisałby się Pan pod apelem o ponowne zbadanie tajemniczego zniknięcia dziennikarza?
Jak najbardziej. Być może nigdy nie poznamy prawdy, ale policja musi dokończyć robotę i przeprowadzić czynności śledcze, których zaniechała 16 lat temu. Inaczej okaże się, że nie nadaje się do ochrony naszego bezpieczeństwa.